Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lipca 2014

Cormoran Strike powraca! (Robert Galbraith, "The Silkworm")

Pamiętacie sensacyjną wiadomość z zeszłego roku, że Robert Galbraith to pseudonim literacki pod którym ukryła się J.K. Rowling i że to ona była autorką kryminału „The Cuckoo Calling”? Ilu z nas sięgnęło po tę książkę zachęconych nazwiskiem autorki? Muszę przyznać, że książka spodobała mi się na tyle, że z niecierpliwością oczekiwałam na pojawienie się tomu drugiego przygód londyńskiego detektywa, Cormorana Strike’a. Już w kilka dni po premierze mogłam ją wypożyczyć z mojej biblioteki, więc rzuciłam w kąt Dostojewskiego i kilka innych pozaczynanych powieści, żeby przekonać się, czy Galbraithowi Rowling udało się napisać kolejny dobry kryminał. No i teraz z zadowoleniem mogę stwierdzić, że Rowling pisze fajne kryminały, że „Wołanie kukułki” to nie był jakiś tam ewenement, a dalsze części będę chyba kupować w ciemno. 

Tym razem Cormoran Strike, który po rozgłosie jaki zyskał rozwiązawszy sprawę Luli Landry na brak zajęcia raczej nie narzeka, podejmuje się mało lukratywnej sprawy odnalezienia zaginionego pisarza, Owena Quine’a. Z prośbą tą zwraca się do detektywa żona zaginionego, a sprawa wydaje się raczej błaha, bo Quine najprawdopodobniej chowa się w jakimś pisarskim ustroniu, albo hotelu, albo u kochanki. Szybko jednak okazuje się, że pisarz tuż przed swoim zniknięciem naraził się wielu osobom, pisząc powieść, w której sportretował w bardzo niepochlebny sposób większość znanych mu osób. Nic więc dziwnego, że sprawa zaginięcia szybko przekształca się w morderstwo, Quine zostaje odnaleziony w dziwacznych okolicznościach, a Strike naraża się znajomym prowadząc śledztwo zupełnie pod innym kątem niż policja. W śledztwie pomaga Cormoranowi wierna asystentka Robin oraz kilku użytecznych przyjaciół. Podobnie jak i w poprzedniej części tak i teraz Galbraith przedstawia środowisko zamożnych i wpływowych ludzi, tym razem zamiast świata mody koncentrując się na świecie literackim.

Żeby nie było zbyt różowo, od razu przyznam się, że bez wad się nie obyło – według mnie początek książki rozwijał się dość ospale, miałam wrażenie, że więcej uwagi poświęcono innym sprawom, którymi zajmował się Strike, zupełnie bez związku z głównym wątkiem powieści. Natomiast sam wątek zaginięcia/zabójstwa pisarza bardzo mi się spodobał, a zakończenie zaskoczyło. Moim zdaniem to dobrze napisany kryminał – nie koniecznie nowatorski i pełen fajerwerków, ale raczej w dobrym, angielskim stylu, nieco podrasowanym na współcześnie. Pomimo początkowych dłużyzn, „The Silkworm” wciąga – język Rowling jest łatwy w odbiorze, historia ciekawa, do tego Rowling stworzyła galerię interesujących postaci – zaniedbana żona, zadufany w sobie znany pisarz, nieprzyjemna agentka... Również wątek Robin robi się coraz bardziej interesujący, pojawiają się bowiem nowe szczegóły z jej przeszłości, które mnie zaczynają intrygować (mam nadzieję, że dowiemy się o bohaterce więcej z kolejnych tomów). Pojawiają się kolejni „krewni i znajomi królika”, czyli użyteczni znajomi Cormorana (kto wie, jakie jeszcze znajomości nawiązał nasz detektyw!), na krótko pokazuje się duch z przeszłości... W dodatku środowisko, w którym toczy się akcja powieści jest zdecydowanie interesująco sportretowane – kliki, koterie, animozje, zazdrości i dramaty, a do tego książka, która w tym kociołku nieźle zamiesza. Tło społeczne tego kryminału bardzo mi przypadło do gustu.

Jeśli lubicie niezłe kryminały, w których pojawia się interesujący detektyw, którego można polubić od pierwszych stron (robi się to coraz trudniejsze, wybór przecież jest wielki, trudno znaleźć coś oryginalnego), sięgnijcie po „The Silkworm” i zapoznajcie się z Cormoranem Strike'm. To idealna letnia lektura, którą można połknąć w czasie urlopu, wylegując się na plaży, lub (w przypadku braku odpowiedniej pogody) w łóżku. Fajny kryminał, udana kontynuacja – pani Rowling, mam ochotę na więcej!

środa, 18 czerwca 2014

Claire Kendal - "The Book of You"

Wyobraźcie sobie, że ktoś was nieustannie śledzi, jest zawsze obok i nie chce zostawić was w spokoju. Ta osoba narusza waszą osobistą przestrzeń, obsypuje niechcianymi podarunkami, prawi niechciane komplementy, analizuje każdy wasz ruch i interpretuje go w sobie tylko odpowiadający sposób, a wszystko to z miłości do was. Nie reaguje na żadne wasze odmowy i nie chce zrozumieć, że takie zachowanie was męczy lub wręcz przeraża. W jaki sposób pozbyć się niechcianego natręta? Czy ktoś uwierzy, że takie nachalne zachowanie jest nam niemiłe?

Clarissa, bohaterka powieści Claire Kendal "The Book of You" pada ofiarą stalkingu. Jej kolega Rafe jest zdecydowanie zbyt blisko niej i kobieta ma już dosyć ciągłego śledzenia, nagabywania i dręczenia. Zaczyna prowadzić dziennik, w którym notuje wszystkie niechciane spotkania i zdarzenia. Jednocześnie z ulgą przyjmuje wiadomość o tym, że na kilka tygodni zasiądzie na ławie przysięgłych w procesie toczącym się w sąsiednim mieście. Sala sądowa, gdzie Clarissa nie może być prześladowana, oferuje jej chwilę wytchnienia od swego gnębiciela, ale rozprawa, do której zostaje wybrana jest bardzo nieprzyjemna. W toczącym się procesie na ławie oskarżonych zasiadają mężczyźni, którzy brutalnie pobili i zgwałcili kobietę. Clarissa zaczyna dostrzegać pewne podobieństwa między sposobem w jaki Rafe, jej dręczyciel, przedstawia światu ich "związek", a manipulacjami oskarżonych, którzy przedstawiają swoja ofiarę jako winną tego, co ją spotkało.

Stalking to zjawisko wciąż nowe w polskiej rzeczywistości, przestępstwo trudne do udowodnienia, które może mieć niszczycielski wpływ na stan psychiczny osoby prześladowanej. "The Book of You" to świetnie przedstawiona wiwisekcja osaczonej ofiary, systematycznie niszczonej przez jej sprawcę. Clarissa porównuje swoją sytuację do tej będącej udziałem Carlotty - na sali sądowej padają stwierdzenia sugerujące, że zgwałcona kobieta (narkomanka i prostytutka) sobie na to zasłużyła. Dla prześladowanej kobiety jest to kolejny dowód na to, jak ciężko będzie jej udowodnić winę Rafe'a. 

Dziennik Clarissy to  przyprawiające o gęsią skórkę świadectwo obsesji mężczyzny, która pod przykrywką uczucia dąży do zniszczenia swojej ofiary. Zapiski są prowadzone jest w drugiej osobie, a ten sposób narracji powoduje, że niepokój jest w tej powieści wręcz namacalny. Obsesyjne postępowanie Rafe'a, jego manipulacje i kłamstwa powoli izolują jego ofiarę, wywołują poczucie frustracji, lęku i zagrożenia. Duszną atmosferę książki pogłębiają też odwołania do mniej znanych, za to często okrutnych baśni, które często cytuje Rafe, baśni, w których kobiety są ofiarami niegodziwych postępków. Jak w każdej bajce, tak także i tutaj pojawia się rycerz w lśniącej zbroi, w osobie poznanego przez Clarissę Roberta. I chociaż skontrastowanie postaci obu mężczyzn i ich związku z Clarissą jest raczej oczywiste, to na szczęście Kendal udało się tu uniknąć łatwych rozwiązań. 

"The Book of You" Claire Kendal to wciągający thriller psychologiczny, który przypomniał mi o innej książce, która spodobała mi się jakiś czas temu, czyli "Before i Go To Sleep" S J Watsona... "The Book of You" to podobnie trzymająca w napięciu pozycja. Autorce udało się uniknąć łatwych rozwiązań i zakończenie było według mnie jak najbardziej satysfakcjonujące. Zdecydowanie polecam i mam nadzieję, że książka zostanie też przetłumaczona na język polski.

niedziela, 15 czerwca 2014

#killallpigs (Tony Parsons - "The Murder Bag")

Całe wieki temu czytałam "Mężczyznę i chłopca" Tony Parsonsa (a potem coś jeszcze tegoż autora, chociaż bez wyszukiwarki nie dojdę co i ile). Pamiętam, że książka była obyczajowa, fajna i że miała białą okładkę z butami. Kolejnych powieści autora już nie przeczytałam, widać nie zrobiły na mnie aż takiego wrażenia, żeby znajomość kontynuować. Natomiast ostatnio podczas odsłuchiwania popularnej audycji książkowej Marielli Frostrup Open Book, nadawanej prze BBC Radio 4, dowiedziałam się, że Parsons napisał kryminał. 

Przyznaję, wywiad z autorem bardzo zachęcił mnie do lektury. "The Murder Bag", bo taki tytuł nosi powieść Parsonsa, to współczesny kryminał obyczajowy, z akcją umiejscowioną w Londynie, czyli coś, co bardzo lubię (śledzenie poczynań bohaterów w znanych mi miejsca zawsze jest przyjemne!). W dodatku Parsons bardzo ciekawie opowiadał o głównym bohaterze - Max Wolfe to detektyw, który niedawno dołączył do wydziału zabójstw w jednym z londyńskim komisariatów. Jego życie nie koncentruje się jednak tylko na pracy - Wolfe jest poza tym bokserem-amatorem, ojcem samotnie wychowującym małą córeczkę (plus za to, kiedy i w jaki sposób wyjaśnia autor nieobecności żony) i właścicielem spaniela. Ponieważ na pojawiające się wciąż w książkach postacie steranych życiem detektywów reaguję już ziewaniem (zdecydowany przesyt i zmęczenie materiału), spodobał mi się detektyw Wolfe, chociaż przyznaję, że bardziej mi on przypominał bohatera powieści obyczajowej (Harry'ego Silvera z "Mężczyzny i chłopca", na przykład), niż bohatera kryminału. Dla Parsonsa bowiem sprawy prywatne Wolfe'a są równie ważne jak zagadka kryminalna. W dodatku sporo miejsca poświęca policyjnym ciekawostkom, chociażby takim jak wizyty w policyjnym muzeum, w których Scotland Yard przechowuje pamiątki i przedmioty powiązane ze słynnymi sprawami kryminalnymi. Zresztą i tytuł powieści odnosi się do jednej z takich pamiątek - murder bag to  niezbędnik detektywa, czyli torba z podstawowym wyposażeniem kryminalistycznym, takim jak rękawiczki, szczypczyki, torebki, w których można przechowywać odnalezione na miejscu przestępstwa dowody, szkło powiększające i tym podobne, którą Scotland Yard wprowadził do użytku w 1924 roku. Czy te fragmenty wnoszą coś nowego do akcji powieści? Raczej nie, są za to ciekawymi ozdobnikami, które mają według autora tworzyć klimat powieści.

Jeśli chodzi o wątek kryminalny, to "The Murder bag" przeczytałam z zaciekawieniem, chociaż moim zdaniem nie należy oczekiwać tu fajerwerków. Wolfe wraz z zespołem prowadzą śledztwo w sprawie brutalnych morderstw, które szybko zostają przypisane seryjnemu mordercy, ukrywającego się pod pseudonimem Bob the Butcher (Bob Rzeźnik). Okazuje się, że ofiary to grupa szkolnych przyjaciół, którzy poznali się w prywatnej, ekskluzywnej szkole z internatem, Potter's Field. Co jeszcze wspólnego mają ze sobą bogaty bankier, bezdomny narkoman i polityk? Wolfe, w przeciwieństwie do swoich przełożonych uważa, że za zabójstwami kryje się ktoś inny niż żądny sławy socjopata.

Jak już wspomniałam, "The Murder Bag" to według mnie powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Na otwarcie Parsons serwuje czytelnikowi brutalną scenę gwałtu i morderstwa, natomiast dalsze rozdziały są już zdecydowanie bardziej uładzone i koncentrują się bardziej na procedurach i powolnym dochodzeniu do prawdy, bez wielu podobnie emocjonujących fragmentów.

Mam nadzieję, że w kolejnych zaplanowanych dwóch powieściach Wolfe zmężnieje i zrobi się z niego detektyw pełną gębą, a i Parsons odejdzie bardziej od obyczajowego tła. Póki co, sięgnijcie po "The Murder Bag" jeśli jesteście fanami autora i chcecie na własnej skórze przekonać się, jak poradził sobie z nowym gatunkiem powieści, albo jeśli szukacie lekkiej lektury w sam raz na letnie wakacje. Ta nada się w sam raz.

niedziela, 2 lutego 2014

Gdzie diabeł nie może tam siostry Sucharskie pośle... ("Drugi przekręt Natalii" - Olga Rudnicka)

Pamiętacie siostry Sucharskie, bohaterki „Natalii 5” Olgi Rudnickiej? W zeszłym roku przeczytałam pierwszy tom ich przygód, zachęcona recenzją Padmy i natychmiast zachciało mi się więcej. Wreszcie miałam okazję przeczytać tom drugi przygód sióstr i z przyjemnością mogę donieść, że autorka trzyma fason. Jednym słowem, „Drugi przekręt Natalii” w niczym nie ustępuje tomowi pierwszemu. Natalie to świetny przepis na serię, mam nadzieję, że Olga Rudnicka niedługo znów coś z nimi w roli głównej napisze, bo świetnie jej to wychodzi. Zupełnie jak w jakimś zaklęciu - weźmij kilka wrednych babek (najlepiej pięć), domieszaj do tego kilku facetów, dodaj do smaku garść brylantów, jakieś morderstwo, a wszystko polej smakowitą mieszanką dialogów, a wyjdzie ci z tego całkiem niezły kryminał.

„Drugi przekręt Natalii” zaczyna się dwa lata po zakończeniu części pierwszej. Kiedy znika były wspólnik ich ojca, Janusz Zawadzki, a w jego mieszkaniu pojawiają się zwłoki młodego mężczyzny, siostry Sucharskie zaczynają prowadzić własne dochodzenie. Czy starszy pan żyje? Czym tak naprawdę się zajmował? Co odziedziczyły po nim w spadku Natalie? Czy coś im grozi? Siostry będą się musiały nieźle nagłowić, nie tylko nad tym, co się tak naprawdę stało, ale też nad tym, w jaki sposób utrzymać swój udział w tajemnicy przed znajomymi policjantami, zwłaszcza, tymi, z którymi są związane... 

Co mogę powiedzieć o tej książce, oprócz tego, że mi się spodobała? „Drugi przekręt Natalii” to przede wszystkim postacie sióstr – postacie tak świetnie i udanie scharakteryzowane, że nie można wobec nich przejść obojętnie. Nieufne, patologicznie skryte, wciąż się kłócą między sobą, tylko po to, by wobec obcych trzymać wspólny front. W dodatku świetnie kłamią, są inteligentne i pewne siebie. Ich rozmowy pełne są słownych przepychanek i szybkich ripost, a że są w gorącej wodzie kąpane, akcja gna w tej książce na łeb na szyję. Jednym słowem - z siostrami Sucharskimi można się zaprzyjaźnić, ale chyba tylko na kartkach książki!

Po drugie, Olga Rudnicka pisze lekko, dowcipnie i sprawnie. „Drugi przekręt Natalii” czyta się świetnie – książka pełna jest szybkich scenek, napompowanych energią i zabawnych dialogów. Jednym słowem – jest to idealna lektura dla tych, którzy czekają lekkiej, zabawnej książki na zimowe popołudnie. Po trzecie - nie znaczy to, że autorce udało się ustrzec błędów. Moim zdaniem w kilku miejscach akcja toczy się zbyt szybko, plącze się za bardzo, a czytelnik może się pogubić w tej pozornie prostej intrydze. Jednak dla mnie zalety tej książki zdecydowanie przeważają nad wadami. Mam więc nadzieję, że to nie koniec przygód Natalii, bo bardzo chętnie poczytałabym więcej książek o nich. Polecam „Drugi przekręt Natalii” jako świetną, niezobowiązującą rozrywkę, w sam raz na kilka mroźnych wieczorów pod kocem.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nadchodzą Dalziel i Pascoe! ("A Clubbable Woman" - Reginald Hill)

Kto, podobnie jak ja, lubi czytać kryminalne serie o detektywach, ręka w górę. (Liczę na las rąk!) jak dla mnie w takich książkach liczą się nie tylko kolejne zagadki kryminalne, ale i prywatne życie postaci. Kiedy czytam jakąś serię, zaprzyjaźniam się z nowymi bohaterami, przywiązuję się do nich w miarę czytania kolejnych tomów, czekam na kolejne książki z niecierpliwością i pozostaję im długo wierna. Najbardziej lubię zaczynać nowe, nieznane do tej pory serie, mając w perspektywie kolejne tytuły, czekające cierpliwie na przeczytanie.

Seria Reginalda Hilla o detektywach Dalzielu i Pascoe naczekała się dobrych kilka lat, nim wreszcie po nią sięgnęłam, mimo rekomendacji wielu osób. Kiedy zaczęłam pierwszy tom serii, „A Clubbable Woman”, miałam na uwadze to, że nie jest to (podobno) jedna z najlepszych książek Hilla, a jedynie pierwsza z serii, w dodatku wydana w latach siedemdziesiątych, więc niekiedy trąci myszką. Biorąc to wszystko pod uwagę, pierwsze spotkanie z parą detektywów z Yorkshire uznaję za udane, chociaż nie bez zastrzeżeń.

Andy Dalziel i jego podwładny Peter Pascoe rozwiązują zagadkę zabójstwa Mary Connon, żony byłej gwiazdy rugby, Sama „Connie” Connona. Śledztwo toczy się głównie w klubie rugby, do którego należy też Dalziel. Mąż jest oczywiście pierwszym podejrzanym, ale wkrótce okazuje się, że nie jedynym. Zarówno klub rugby jak i miasteczko, w którym mieszkają nasi bohaterowie, okazują się siedliskiem plotek, sekretów i utajonych żądz. Intryga kryminalna nie trzyma może w napięciu do ostatniej strony, ale jest moim zdaniem składna i dobrze poprowadzona. Za to ludzkie namiętności i zwykłe zazdrości pokazane są bardzo przekonująco, a Hill tak umiejętnie odmalowuje portret zamordowanej kobiety, która bynajmniej nie była miłą postacią, że czytelnik zaczyna wręcz współczuć jej mężowi. Do tego postacie dwóch detektywów są bardzo ciekawe – szczerze mówiąc, Dalziel („Gruby Andy”) jest tak obleśnym charakterem, że początkowo trudno mi było go polubić – pełen uprzedzeń i złych nawyków detektyw stanowi tak drastyczny kontrast dla swojego podwładnego, porządnego i wykształconego Pascoe'a, że młodszy detektyw wypada w tym porównaniu wręcz świętoszkowato. Jednym słowem, nie są to bohaterowie, których można szybko zapomnieć. 

Jeśli lubicie książki o parze bohaterów, którzy różnią się jak ogień i woda, są niekonwencjonalni, nie zawsze się ze sobą zgadzają, polecam wam serię o detektywach z Yorkshire, zwłaszcza, że (według wielu czytelników) jest to jedna z tych serii, która robi się lepsza z książki na książkę. Wydaje mi się teraz, że popełniłam błąd, czytając „A Clubbable Woman” Hilla zaraz po książkach Iana Rankina. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że style tych autorów są zdecydowanie odmienne, ale chyba bardziej do gustu przypadł mi subtelny humor Rankina, niż język powieści Hilla. Do tego miałam z czytaniem tej książki mały kłopot – jak dla mnie było w niej zdecydowanie zbyt wiele odniesień do rugby, więc miałam wrażenie, że nie zawsze wszystko udało mi się zrozumieć. Mam jednak nadzieję, że kolejne książki spodobają mi się bardziej – liczę na mniejsza ilość rugby, kolejną niezłą (albo i jeszcze lepszą) intrygę i ciekawe tło społeczne. A także na to, że uda mi się polubić Dalziela.

niedziela, 20 października 2013

Ian Rankin - "Knots and crosses" ("Supełki i krzyżyki")

Kiedy Ian Rankin przystąpił do pisania „Knots and Crosses” w 1985 roku, nie przypuszczał, że to jest początek świetnej, popularnej serii, która przyniesie mu sławę i rzesze wielbicieli na całym świecie. Rankin miał zresztą zamiar uśmiercić swojego głównego bohatera – na szczęście zmienił zdanie i „Knots and Crosses” to pierwszy tom przygód detektywa Johna Rebusa, edynburskiego śledczego. Jak możecie się domyśleć, lektura tej książki sprawiła mi podwójną przyjemność, bo zupełnie inaczej czyta się powieści, których akcja rozgrywa się w znanym nam miejscach. Co więcej, kiedy zabrałam ze sobą „Knots and Crosses” na wycieczkę do Edynburga, nie spodziewałam się, że wrócę z autografem autora! Skończyłam czytać kryminał Rankina już w domu i cóż mogę powiedzieć – poproszę o więcej!

Detektyw John Rebus zostaje przydzielony do zespołu, który prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstw dziewczynek w Edynburgu. Właśnie zaginęła trzecia ofiara, policja obawia się, że i ona zostanie niebawem odnaleziona martwa. Dla Rebusa ta sprawa nabiera niebezpiecznych osobistych kolorów – ktoś przysyła mu dziwne listy, sznurki powiązane w supełki, krzyżyki z zapałek – czy jest to robota szaleńca, czy też może ktoś przesyła mu jakieś wskazówki?

Jak już wspomniałam, „Knots and Crosses” („Supełki i krzyżyki”) to pierwszy kryminał w serii, ale jego główny bohater jest pełnowymiarowy, ze skomplikowaną historią i pełen wewnętrznych rozterek. John Rebus to bohater naznaczony – pije i pali zdecydowanie za dużo, jego małżeństwo zakończyło się rozstaniem, a jego relacje z jedynym bratem są równie pogmatwane. Do tego przeszłość Rebusa jest nieco tajemnicza – wiadomo, że zanim został detektywem był żołnierzem jednostek specjalnych, a do tego w pewnym momencie przeżył załamanie nerwowe. Tylko o czym detektyw tak usilnie stara się zapomnieć?
Rakninowi udało się zaserwować czytelnikowi odpowiednio wyważoną mieszankę intrygującej zagadki, nietuzinkowych postaci i świetnej prozy. Sam autor we wstępie do późniejszego wydania powieści przyznaje, że „Knots and Crosses” była zainspirowana bardziej słynną powieścią Stevensona „Doktor Jekyll i pan Hyde”, a nie klasycznymi powieściami detektywistycznymi. A jednak udało mu się napisać świetny kryminał, który pozostawia w czytelniku ochotę na więcej. Co jeszcze można powiedzieć o kryminale Iana Rankina? Dla mnie jedną z największych przyjemności było poruszanie się śladami Rebusa po Edynburgu. Co prawda akcja „Knots and Crosses” toczy się w latach osiemdziesiątych, a część miasta została przez pisarza wymyślona, ale już teraz cieszę się z przyjemności, jakiej zapewne dostarcza mi dalsze tomy serii, bardziej współczesne, w których Rebus porusza się prawdziwymi ulicami, odwiedzając znane bary i knajpy... 

Przyznam się, że spotkaniu z Rankinem w Edynburgu trochę się obawiałam, czy „Knots and Crosses” sprostają moim oczekiwaniom. Jego powieści polecano mi już niejednokrotnie, według wielu moich znajomych cała seria jest znakomita, a nowsze książki są zresztą podobno jeszcze lepsze. Jednym słowem, poprzeczkę zawieszono mi wysoko. Na szczęście były to obawy bezpodstawne. Jednym słowem – przechodzę na stronę wielbicieli Rankina! Tych, którzy jeszcze nie czytali jego książek, informuję, że z Rebusem warto się zapoznać. Ci, którzy go znają, zapewne powiedzą, że znajomość powinno się kontynuować. Co też właśnie zamierzam uczynić... Do poczytania!

PS. Na szczęście "Supełki i krzyżyki" ukazały się również po polsku, więc znajomość z Rankinem można zacząć od zaraz, bez czekania na przekład!

sobota, 28 września 2013

Wołanie kukułki, czyli Rowling w nowym wcieleniu ("The Cuckoo's Calling", Robert Galbraith)

W lipcu internet obiegła elektryzująca wieść, że Robert Galbraith, autor kryminału „The Cuckoo’s Calling” („Wołanie kukułki”) to pseudonim, pod którym ukrył się nie kto inny, a J. K. Rowling. Z dnia na dzień sprzedaż ruszyła z kopyta, a kiedy następnego dnia sprawdziłam tę książkę na naszej bibliotecznej stronie internetowej, okazało się, że tytuł zarezerwowało już ponad dwieście osób. Ponieważ ja właśnie wtedy przeżywałam kryzys czytelniczy, wzruszyłam tylko ramionami i stwierdziłam, że Rowling nie Rowling, a książka i tak poczeka. I dopiero całkiem niedawno, kiedy wreszcie mnie odetkało, przypomniało mi się, że „The Cuckoo’s Calling” to przecież kryminał, a ja mam fazę na kryminały, więc właściwie dlaczego nie, można by tę Rowling wreszcie przeczytać. Od razu przyznaję, że tematyka była dla mnie znacznie bardziej interesująca niż „Trafny wybór”, który zresztą wciąż czeka cierpliwie na półce...

„The Cuckoo’s Calling” to kryminał, w którym prywatny detektyw, Cormoran Strike, rozwiązuje zagadkę samobójstwa pięknej modelki. Lula Landry trzy miesiące wcześniej wyskoczyła ze swojego balkonu w ekskluzywnym apartamencie w dzielnicy Mayfair, ale jej brat, John Bristow, który zleca Strike’owi to zadanie, podejrzewa, że było to morderstwo. Zlecenie przychodzi w samą porę – Strike właśnie rozstał się ze swoją narzeczoną, sypia w biurze, jego agencja detektywistyczna znajduje się na skraju bankructwa, a w dodatku pojawia się przysłana przez agencję sekretarka, której detektyw i tak nie ma jak zapłacić. Jednym słowem - sprawa Luli spada mu jak z nieba, zwłaszcza, że Bristow zobowiązuje się zapłacić podwójną stawkę. Detektyw spotyka się ze przyjaciółmi modelki i świadkami jej samobójstwa, a z rozmów wyłania się portret skomplikowanej, pełnej problemów młodej dziewczyny. Lula to adoptowana przez zamożną parę dziewczyna mieszanej rasy, cierpiąca na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, próbująca poradzić sobie z wymaganiami, sławą, samotnością i niezbyt udanym związkiem. A jednak – Strike powoli nabiera wątpliwości, czy Lula faktycznie odebrała sobie życie…

„The Cuckoo’s Caling” nie wyróżnia się może fantastyczną i nowatorsko skonstruowaną intrygą, są i tacy, którzy będą marudzić, że Rowling bawi się ogranymi schematami, że nic nowego i oryginalnego nie wymyśla, do tego gdzieś się doczytałam, że relacje między Strike’m a jego sekretarką przypominają te pomiędzy Bondem a Moneypenny (nie wiem, skąd to porównanie, mnie się bynajmniej tak nie skojarzyło)... Natomiast mnie książka zdecydowanie przypadła do gustu. Nie mam nic przeciwko schematom, jeśli są tylko dobrze napisane, a co jak co, tego Rowling odmówić nie można. Wydaje mi się, że pisarka stworzyła bardzo udany pierwszy kryminał, pełen dobrych, miejscami dowcipnych, spostrzeżeń i dialogów, z ciekawą intrygą i zgrabnie zakończony. Do tego akcja powieści rozgrywa się w Londynie, w interesująco sportretowanym środowisku „pięknych i bogatych”, albo przynajmniej tylko bogatych. Paparazzi, prywatne limuzyny, blichtr i przepych, a przede wszystkim koneksje – jak się w tym wszystkim odnajdzie nasz prywatny detektyw?

Strike to postać poturbowana nie tylko psychicznie ale i fizycznie, bohater z intrygującą przeszłością, pełen problemów, nie tylko materialnych, ale i emocjonalnych. Wiadomo, że detektyw ma ciekawą przeszłość, nie mniej ciekawych znajomych, a więc jest to ktoś jak dla mnie interesujący, o kim chciałabym się jak najwięcej dowiedzieć. Co więcej, strasznie spodobało mi się imię głównego bohatera – Cormoran Strike to nie tylko brzmi intrygująco, ale i zapada w pamięć, co też jest ważne bo autorka planuje wydać cały cykl z Strike’m w roli głównej. Sekretarka Strike’a, Robin Ellacott, to także sympatyczna postać, młoda dziewczyna marząca skrycie o pracy w agencji detektywistycznej, do tego nad wyraz kompetentna i zorganizowana, czyi ideał sekretarki. (Na szczęście Rowling nie wpadło do głowy, by dwójkę bohaterów wiązać w od razu w jakiś romans – Robin ma narzeczonego, a Cormoran właśnie zakończył wieloletni, burzliwy związek, więc nie w głowie mu romanse i miłostki.) Reszta postaci też wypada całkiem nieźle, szczególnie Lula i jej przyjaciel, projektant mody, Guy Somé, który nazywa dziewczynę Kukułką, a także Rochelle, bezdomna dziewczyna, z którą Lula zaprzyjaźniła się w trakcie terapii.

Bardzo się cieszę, że Rowling zaplanowała cały cykl z Cormoranem Strike’m w roli głównej, cieszę się też, że przybyła nam kolejna, ciekawa postać literacka. Zdecydowanie jest to lektura dostarczająca przyjemnych wrażeń, więc będę czekać na kolejne części z zainteresowaniem. Tych z was, którzy mają możliwość przeczytania „The Cuckoo’s Calling” w oryginale, zachęcam do lektury, chociażby po to, byście sami przekonali się, jak Rowling poradziła sobie z kryminałem. Tym, którzy czekają na polskie tłumaczenie, życzę, żeby książkę jak najszybciej przetłumaczono. A tych, którzy Rowling w ogóle nie znają, zachęcam do rozpoczęcia znajomości – na przykład od tej książki.  

sobota, 21 września 2013

Jussi Adler-Olsen, "Redemption"

Wieczór. Jesienna szaruga za oknem powoduje, że otrząsamy się z obrzydzeniem, zaciągamy zasłony, mościmy się wygodnie w fotelu z książką, by w bezpiecznym zaciszu domowym przeczekać do rana. A jaka to lektura jest najodpowiedniejsza na takie zimne, ponure wieczory? Krwawe, soczyste morderstwo. Ze stolika obok łypie na mnie okładka nowej książki Lucy Worsley, „A Very British Murder. The Story of a National Obsession”, obok kilka kryminałów (między innymi „The Hanging” Lotte i Sorana Hamerów, a do tego „The Cuckoo's Calling” Rowling, „Season of Darkness” Jennings – tej od Murdocha, „The Invention of Murder” Flanders na kindlu...) , a przede mną próba opisania fenomenalnej książki... Jussi Adler-Olsen, moje odkrycie przed sprzed dwóch lat, długo kazał nam, obcokrajowcom, czekać na kolejną swoją znakomitą powieść. Po fenomenalnej „Mercy” (czyli „Kobiecie w klatce” w polskim wydaniu), przyszła kolej na wydanych po polsku „Zabójców bażantów”, a potem długo, długo nic. Aż wreszcie pojawiła się na rynku angielskim kolejna część przygód Carla Morcka i jego ekipy! Hura! „Redemption” to była pierwsza od dwóch miesięcy nowa książka, którą przeczytałam... Dzięki Adler-Olsenowi i jego kryminałowi udało mi się skutecznie (mam nadzieję) pozbyć książkowej zapaści. 

„Redemption” podąża szlakiem poprzednich powieści autora. Tym razem sprawą, która trafia na biurko (a potem na ścianę) Morcka i jego Departamentu Q, jest pewien tajemniczy list w butelce, rozpaczliwe wołanie o pomoc, wyrzucone przez okno w desperackim geście przez związanego i zakneblowanego chłopca. W tym samym czasie czytelnik śledzi poczynania bezwzględnego mordercy, który poszukuje nowej ofiary. W „Redemption” Adler-Olsen przedstawia motyw małych, zamkniętych przed światem środowisk religijnych, portrety ludzi żyjących w hermetycznych wspólnotach, które padają ofiarą bezlitosnego człowieka, żerującego na ludzkim zaufaniu i wierze.

Najnowszy kryminał Adler-Olsena to kolejna świetna pozycja w dorobku tego autora – napięcie rośnie z minuty na minutę, gdy bohaterowie nieświadomie podążają poplątanymi ścieżkami, by w końcu połączyć je w jeden, wspólny trop. Innymi słowy - „Redemption” wciąga, a nawet wsysa czytelnika, powoduje niezdrowe kołatanie serca i nie da się odłożyć na dłużej. Do tego jest coś takiego w książkach tego autora, że czyta się je po prostu z przyjemnością. A to już zasługa zabawnego momentami języka i bohaterów, których nie sposób nie polubić, a którzy z drugiej strony potrafią zaskoczyć i zaciekawić w kolejnych tomach. Nie chodzi mi tylko o Morcka, ale przede wszystkim o Assada, Rose, a także jej siostrę bliźniaczkę, Yrsę – świetnie przedstawione charaktery, o których czytelnik straszliwie chce się dowiedzieć jak najwięcej, a którzy swoje sekrety odkrywają niechętnie i powolutku. Do tego świetne postacie poboczne, historia dzieciństwa mordercy, jego ofiar... Wszystkie te opowieści, jak kawałki układanki zaczynają do siebie pasować, zazębiać się i nakładać na siebie. 

Cóż więcej można powiedzieć o „Redemption”? Okazuje się, że przerwa w pisaniu ma zdecydowanie negatywny wpływ na płynność mojej wypowiedzi, a do tego są pewne książki, które wywołują tak entuzjastyczne reakcje, że właściwie jedyne co można o nich powiedzieć, to „świetna książka, czytajcie, czytajcie”! A ponieważ ten kryminał zdecydowanie do takich pozycji należy, na tym kończę moją nieskładną notkę i z niecierpliwością zabieram się za oczekiwanie kolejnej książki Jussi Adler-Olsena (wychodzi ona na wyspach w lutym przyszłego roku). A czytelnikom czekającym na polskie wydanie tej książki życzę jak najszybszego jej wydania.

sobota, 18 maja 2013

Morderstwo polane włoskim sosem (Manula Kalicka, Zbigniew Zawadzki, "Tutto Bene")

No i okazuje się, że nie tylko historyczne kryminały lubię. Lubię też te współczesne, zabawne i polskie. „Tutto Bene” to właśnie moje najnowsze odkrycie – kryminał autorstwa Manuli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego to lektura lekka, zaprawiona humorem i włoskim sosem. Niestety bez przepisów – a szkoda, bo kuchnię włoska lubię, a niektóre kulinarne wzmianki (caponata!) brzmią bardzo smakowicie. Ale i sama książka to niczego sobie potrawa, w sam raz do spałaszowania niemalże jednym kęsem. I proszę się nie dziwić tym kulinarnym wstawkom, zaraz wszystko stanie się jasne.

Tutto Bene to modna włoska knajpka, w której pracuje Grzegorz Dolan, znakomity kucharz i przedmiot westchnień niejakiej Zosi Staszewskiej, również pracownicy tejże restauracji. Zwykle klienci wychodzą stamtąd zadowoleni, objedzeni po uszy pysznym żarciem, tu króluje włoska kuchnia, a nie włoska mafia! A jednak jeden z klientów pewnego wieczoru strzela do kelnerki. Nagle okazuje się, że w knajpce tutto wcale nie  bene – zaraz potem ginie też kucharz i od tego czasu w restauracji już nie będzie spokoju. Pojawia się policja w osobie komisarza Górzyańskiego i jego ekipy, zaczyna się śledztwo. 

Kiedyś, dawno temu, czytałam debiutancką powieść Manuli Kalickiej „Tata, one i ja” i pamiętam do dziś fragmenty z myciem garnków w Ludwiku... Było lekko i zabawnie, nic więc dziwnego, że na najnowszą autorki zdecydowałam się szybko i bez namysłu. „Tutto Bene” to jednak książka napisana wspólnie ze Zbigniewem Zawadzkim (jak głosi okładka tłumaczem, biochemikiem, wydawcą i agentem literackim), napisana ponoć na przemian, w kawałkach (raz ona, raz on) i w tym właśnie widzę jej słabość. „Tutto Bene” to zbiór króciutkich rozdziałów i rozdzialików, historia opowiedziana w małych dawkach – czyta się to świetnie, ale niestety nieco nierówno. Obok świetnych fragmentów, gdzie dużo i ciekawie się dzieje, pojawiają się mało interesujące (i czasem wręcz zbyteczne) wtręty, poboczne postacie, niepotrzebne scenki, dodane niepotrzebne wątki, które zaczęły mi zgrzytać przy czytaniu. Nie pasowały mi niektóre sformułowania, język postaci zbyt pospolicie wulgarny – tak wiem, taka stylizacja, ale mnie jakoś to przeszkadzało. Na szczęście tylko czasem, bo jeśli chodzi o całość to „Tutto Bene” fajnie się czyta. 

„Tutto Bene” to nie jest żaden proceduralny i wstrząsający majstersztyk, nie o to w tej książce chodzi. Ale jest to interesująca powieść społeczna, bo porusza tematy imigracji, integracji, rasizmu, a także przekrętów finansowych, półświatkowych kombinacji i międzynarodowego hochsztaplerstwa. No i w tle ta wspomniana wcześniej kuchnia, palce lizać po prostu, szkoda, że bez przepisów. Tego jeszcze u nas nie było, więc brawa dla autorów za interesujący i niebanalny gastronomiczny motyw. Jednym słowem, to lekki kryminał dla tych, którzy chcą się przy jego czytaniu zabawić. Do podgryzania przy czytaniu polecam oliwki lub chrupiące grissini.

Czy mnie się wydaje, czy ostatnio nastąpił jakiś wysyp polskich kryminałów? Rudnicka, Kalicka, Sasza Hady, w planach Kursa i kilka innych nazwisk – okazuje się, że skandynawskie klimaty już nas chyba wystarczająco wyziębiły, czas więc rozejrzeć się za książkami na własnym podwórku. Do tego Prószyński rozpoczął wydawanie całkiem interesująco zapowiadającej się serii lekkich kryminałów obyczajowych - seria jak na razie chyba bez nazwy, ale ja już mam obie wydane w niej książki - czeka na przeczytanie wspomniana na na ostatnim stosie Zaczyńska, a wydawca już zapowiada trzeci kryminał, też nieznanej mi dotychczas autorki – Iwony Czarkowskiej. Mam tylko nadzieję, że seria będzie dostępna w formie elektronicznej, bo czekanie na paczki z kraju wcale mi się nie uśmiecha... A teraz pozdrawiam was serdecznie i zapowiadam całkowitą zmianę klimatów w kolejnym wpisie. Do poczytania!

poniedziałek, 6 maja 2013

Wiktoriański detektyw w akcji! (Kate Summerscale - "The Suspicions of Mr Whicher")

Zacznę od tego, że miałam przeczytać zupełnie inną książkę. Podeszłam jednak do półki z moimi dwudziestoma wybranymi książkami do przeczytania w tym roku i pan Whicher zamrugał do mnie. Potem spojrzałam na kalendarz i zorientowałam się, że czas by było coś z tej półki znów przeczytać, bo to już przecież maj, a ja w lesie. Zabrałam się więc radośnie za czytanie „The Suspicions of Mr Whicher or The Murder at Road Hill House” Kate Summerscale i kiedy już wczoraj książkę skończyłam, zorientowałam się, że wcale jej na Liście Dwudziestu nie ma. Po prostu stała sobie niewinnie z boku i została capnięta. Każdy normalny czytelnik by wzruszył ramionami, ja się tak jakoś wkurzyłam. No, bo jak człowiek ma plany i mu jakaś książka wepchnie się pod fałszywymi pretensjami, to ma chyba prawo się wściec, prawda...? Ulubiony Anglik po prostu popukał się palcem w czoło, ale ja tam wiem swoje...

Na szczęście książka obroniła się sama – była to bowiem bardzo interesująca lektura, a w dodatku i tak chciałam ją przeczytać już dawno temu, tylko brakowało mi okazji... Na początek – dobra nowina: „Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu na Road Hill” Summerscale wydało trzy lata temu wydawnictwo W.A.B. Zachęcam was więc do sięgnięcia po te lekturę, bo to fantastyczny wiktoriański kryminał, w dodatku taki, który wydarzył się naprawdę.

Rankiem 30 czerwca 1860 roku, państwo Kent, mieszkający w Road Hill House, w hrabstwie Whiltshire, z przerażeniem stwierdzili, że ich najmłodszy syn, trzyletni Saville, został w okrutny sposób zamordowany. Szybko okazało się, że mordercy należy szukać wśród domowników. Kiedy działania lokalnej policji nie przyniosły żadnych wyników, z Londynu przybył na miejsce jeden z pierwszych najsłynniejszych detektywów – Jonathan (Jack) Whitcher.

Ta zbrodnia, godząca w najświętsze prawo angielskiej rodziny – prawo do prywatności, szybko znalazła się na ustach całej wiktoriańskiej Anglii. O sprawie Road Hill House dyskutowano jak o wyjątkowo soczystym skandalu – nie tylko w prasie, ale i w prywatnych salonach, w dodatku wszystkich opanowała „gorączka detektywistyczna”. Każdy chciał się wypowiedzieć na temat morderstwa, niemal każdy miał na ten temat własna teorię – policja otrzymywała setki listów oferujących rozwiązanie i pomoc. Również najwięksi pisarze epoki byli zafascynowani nie tylko samym morderstwem, ale i postaciami z nim związanymi. Summerscale wspomina między innymi listy Dickensa i Wilkie Collinsa, w których roztrząsali oni słynne morderstwo, opisuje też, w jaki sposób sprawa ta mogła stanowić podłoże ich książek, w jaki sposób postać Whichera również stała się inspiracją do stworzenia postaci detektywów w ich książkach.
 
„The Suspicions of Mr Whicher” to szczegółowy, pełen obyczajowych i społecznych detali zapis zbrodni, przebiegu śledztwa i późniejszych wydarzeń, prowadzących do wykrycia sprawcy. Summerscale pisze więc o policyjnych podejrzeniach, przypuszczalnych motywach, nie omija mniej lub bardziej prawdopodobnych scenariuszy i spekulacji, plotek, jakich pełna była ówczesna prasa, ani najbardziej nawet niewiarygodnych poszlak. Początkowo, jak w każdym dobrym kryminale podejrzani są wszyscy, począwszy od niańki dziecka, poprzez jej rodziców, rodzeństwo, na zawistnych sąsiadach skończywszy. Powoli Summerscale przedstawia poszlaki i domysły, jakimi kieruje się Whicher, pokazuje w jaki sposób jego podejrzenia zostają przez sąd obalone, po czym wiedzie czytelników aż do rozwiązania. Co więcej, odważa się też przedstawić własne przemyślenia, które mają  to rozwiązanie czynią bardziej wiarygodnym.

Dzięki temu, iż autorce udało się nie tylko sprawnie opowiedzieć całą historię, a do tego nasycić ją odpowiednią atmosferą, książkę Summerscale czyta się jak najlepszy kryminał. Autorka, powołując się na liczne materiały archiwalne, takie jak akta sądowe i policyjne, wycinki z gazet, wydane w tym czasie książki i pamflety, nie tylko skrupulatnie przedstawia zaistniałe wydarzenia, ale też ukazuje histerię jaka opanowała wiktoriańskie społeczeństwo. Ludzie byli z jednej strony przerażeni brutalnością zabójstwa, z drugiej zafascynowani jego przyczynami, a co za tym idzie zafascynowani postaciami rodziny Kentów i detektywa Whichera.

Sprawa morderstwa w Road Hill House to fascynująca zagadka kryminalna, opisana przez Kate Summerscale w bardzo zajmujący sposób. Jak już wspomniałam, „The Suspiecions of Mr Whicher” to książka pełna faktów, a także detali dotyczących pracy policji oraz życia prywatnego i zawodowego jej członków. Chociaż takie nagromadzenie szczegółów dotyczących sprawy, jak i innych dochodzeń prowadzonych przez Whichera pod koniec zaczęło mnie nużyć, to autorce należą się wielkie brawa, za tak fantastyczne przedstawienie wydarzeń i stworzenie z niej prawdziwej, wciągającej opowieści. „The Suspiecions of Mr Whicher” ma wszystko, co prawdziwy kryminał powinien posiadać – intrygującą zagadkę, szereg fascynujących postaci, w tym postać detektywa, a także satysfakcjonujące zakończenie. Jednym słowem – książka Kate Summerscale to opowiedziana z pasją prawdziwa, wiktoriańska powieść detektywistyczna. Polecam ją miłośnikom kryminałów historycznych, a także wszystkim zafascynowanym epoką wiktoriańską.

sobota, 30 marca 2013

Kryminał w angielskim stylu ("Morderstwo na mokradłach" - Sasza Hady)

Ostatnio znów naszła mnie ochota na kryminały, które na dobrych kilka miesięcy odstawiłam na półkę. Niespodziewanie przeczytałam aż trzy pod rząd. Co więcej, wszystkie trzy napisane przez polskie autorki. Na początku – obserwacja. Otóż, mam trochę problem z książkami polskich autorów i autorek, którzy akcję osadzają w innych krajach, a ich bohaterami czynią nie Polaków, a na przykład Anglików, czy Amerykanów. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego ktoś decyduje się na ten zabieg – przecież chyba własne podwórko zna się najlepiej...? Po prostu kręcę na takie książki nosem. Jest tylko chyba jeden wyjątek, którym są właśnie kryminały – przeważnie takie stylizowane na modłę angielską.

Tak było i w przypadku „Morderstwa na mokradłach” Saszy Hady - gdyby to nie był kryminał, książką bym wzgardziła, bo autorka osadziła akcję na angielskiej prowincji, bohaterami czyniąc mieszkańców pozornie sielskiej wioski Little Fenn. Na szczęście powieść czyta się dobrze, chociaż za nic nie mogłam umiejscowić jej w czasie – z jednej strony była pełna nieco „staroświeckich” klimatów, brak też było współczesnych elementów, takich jak elektronika, a z drugiej autorka wspominała nazwiska bardziej współczesnych aktorów i aktorek. Wydaje mi się, że mógł to być zabieg celowy, dzięki temu powieść wydaje się tak jakby ponadczasowa. Ale ad rem, bo przecież nic jeszcze nie wspomniałam o samej książce...

Otóż pewnego dnia do prywatnego detektywa, Alfreda Bendelin (dyskrecja gwarantowana), który mieszka pod adresem 7c St Andrew Street, zgłasza się niejaka pani Bradbury, która pilnie potrzebuje jego pomocy. W jej domu znaleziono głowę znanego we wsi komiwojażera, a policja po prostu nie może sobie z tym poradzić. Niestety, słynny detektyw istnieje tylko na papierze i przez to przysparza prawdziwemu lokatorowi, Nicholasowi Jonesowi, niemało problemów. Najczęściej, kiedy na jego progu zjawiają się potencjalni klienci Alfreda Bendelina, Jones po prostu potrafi ich spławić. Tym razem jednak Jones okazuje się bezsilny wobec uroków ślicznej siostry pani Bradbury i zobowiązuje się do podjęcia tej sprawy, choć tak naprawdę jest policjantem specjalizującym się w fałszerstwach, a nie detektywem. Natychmiast zaczyna się pakować i w towarzystwie swego przyjaciela, Ruperta Marley'a, autora książek z Bendelinem w roli głównej, wyjeżdża do Little Fenn, czyli Mokradełka...

Fabuła „Morderstwa na mokradłach” nie jest oryginalna – morderstwo na wsi, gdzie wszyscy się znają i wszyscy są podejrzani, wiele postaci, które wiedzą o sobie wszystko i główny bohater, który usiłuje odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Mimo iż historia mi się spodobała i nie domyśliłam się zakończenia, pod koniec czegoś mi w tej powieści zabrakło – jakby autorce zabrakło impetu. Pewne szczegóły nie zostały wyjaśnione, co było nieco denerwujące – mam nadzieję, że powodem jest to, że autorka w jakiś sposób nawiąże do tych ogniw w planowanej kontynuacji. Natomiast całość pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie, bo Sasza Hady potrafi pisać, język jej powieści jest soczysty, potoczysty, a książkę się po prostu świetnie czytało. W dodatku pojawiają się w niej delikatne humorystyczne akcenty, a także subtelnie zarysowany wątek miłosny, który wcale nie rozwija się tak, jak się można tego spodziewać.

Postać nieco fajtłapowatego głównego bohatera wydała mi się ciekawa, chociaż myślę, że niezbyt wiarygodna – policjant podszywający się pod prywatnego detektywa, w dodatku fikcyjnego? Nie sądzę, żeby ktoś się na to nabrał. Ale początkowe komplikacje i nieporozumienia, kiedy Jones stara się wyjaśnić kim jest, były bardzo zabawne. Za to postać Ruperta, pewnego siebie pisarza i romansującego lowelasa była bardzo sympatyczna. Razem panowie stworzyli zabawny duet, który mam nadzieję, będzie miał jeszcze okazję razem rozwiązać jakąś zagadkę. Postacie drugoplanowe były równie intrygujące, szczególnie miejscowa panna Marple, czyli panna March, czołowa miejscowa plotkarka i źródło wszelkiej informacji.

„Morderstwo na mokradłach” Hady to jednym słowem niezły debiut. Autorka pokazała, ze potrafi pisać, więc mam nadzieję, że jej kolejne książki będą coraz lepsze. Będę się uważnie przyglądać następnym powieściom Saszy Hady, mam nadzieję, że uda jej się czymś mnie zaskoczyć.

środa, 27 marca 2013

Powrót w dobrym stylu! ("Abel i Kain" - Katarzyna Kwiatkowska)

Po raz pierwszy o Katarzynie Kwiatkowskiej usłyszałam dwa lata temu, kiedy to zachwycił mnie jej kryminalny debiut – „Zbrodnia w błękicie”, o której to książce pisałam tutaj. Zachęcałam wszystkich do czytania, a sama zachęcałam autorkę do pisania kolejnej części – także w wywiadzie z nią, opublikowanym na moim blogu. Ogromnie się więc ucieszyłam na wieść o tym, że oto wydawnictwo Novae Res właśnie wydało drugą powieść Katarzyny Kwiatkowskiej - „Abel i Kain”, a jeszcze bardziej, że dzięki uprzejmości autorki mogłam ją już teraz przeczytać. Przyznaję, że zaczynając powieść trochę się bałam, bo pierwsza książka naprawdę mi się podobała, a przecież wiadomo, że najtrudniejsze jest utrzymanie poziomu. Na szczęście, po zakończeniu lektury miałam ochotę autorce przybić piątkę! Tak trzymać i proszę o więcej!

W książce „Abel i Kain” powraca bohater, którego zdążyłam polubić w pierwszej części, detektyw – amator Jan Morawski i jego nieodłączny asystent, kamerdyner Mateusz. Tym razem mężczyzna zostaje poproszony o pomoc w rozwiązaniu zagadki morderstwa, o które jest podejrzany brat ofiary. Zamordowany dziedzic majątku wielkopolskiego, Adam Poniński, był prawdziwym degeneratem, utracjuszem, człowiekiem po prostu podłym, któremu udało się ukryć swoją prawdziwą naturę przed dumnym i władczym ojcem. Z kolei oskarżony o zabójstwo młodszy brat, Edward, to człowiek na wskroś dobry, zdolny architekt, któremu dobro i honor rodziny leżą głęboko na sercu. Nikt nie wyobraża sobie, że może on być winien, ale dlaczego w takim razie milczy? W majątku Ponińskich nasz bohater poznaje rodzinę, rezydentów i służbę, a także najbliższych sąsiadów, a krąg podejrzanych nieustannie się poszerza. Zanim Morawski rozwiąże zagadkę, będzie się musiał sporo nagłowić, nie tylko nad tym, kto jest sprawcą, ale także nad motywem tego zabójstwa.

Powieść Katarzyny Kwiatkowskiej czerpie pełnymi garściami z tradycji powieści detektywistycznej – fabuła gmatwa się, w miarę jak bohater odkrywa nowe, niespodziewane elementy układanki, z której powoli wyłania się rozwiązanie zagadki. Jedynym problemem było dla mnie początkowe zamieszanie dotyczące imion i koligacji postaci, a także zbyt wiele niespodzianek, kolejno ujawnianych przez bohaterów. I chociaż udało mi się pod koniec powieści domyśleć (częściowo) rozwiązania, to przyjemność dochodzenia do prawdy była zaiste wyborna.

Przyznam się też wam, że postać Jana Morawskiego mnie szalenie intryguje. Od czasu do czasu autorka odwołuje się do jego przeszłości, pozwala zajrzeć czytelnikowi za zasłonkę skrywającą jego osobę i zaraz zazdrośnie zasłania okno. Strasznie to frustrujące, bo chciałabym o nim dowiedzieć się jak najwięcej! Mam nadzieję, że Kwiatkowska szybko napisze kolejny kryminał z tym samym bohaterem, bo strasznie go polubiłam. Spodobały mi się też interesujące postacie drugoplanowe – przede wszystkim żarłok i leniuch, rezydent Tercjusz i przeraźliwie wścibska sąsiadka, pani Eufemia, która śmiało może być nazwana druga panią Dulską. Dodam też, że to właśnie Tercjuszowi zawdzięcza ta powieść najbardziej apetyczne momenty – opisy potraw jedzonych przez naszych bohaterów, przy których czytaniu po prostu ciekła mi ślina.

Pamiętacie moją recenzję „Morderstwa w Miłowie” Minickiej? Otóż „Abel i Kain” Kwiatkowskiej ma w sobie właśnie to coś, czego w tamtej powieści mi zabrakło - klimat! Akcja powieści toczy się w 1900 roku i autorka często i chętnie nawiązuje do realiów epoki, do najnowszych nowinek i wydarzeń historycznych. I chociaż, tak jak poprzednio, język jest raczej współczesny, to tym razem autorka sprytnie wykorzystała w niej gwarowe wyrażenia i zwroty, czyniąc całość czytelniczo bardzo przyjemną. I chociaż nie jestem pewna, czy nie pojawiły się tam jakieś nieścisłości dotyczące etykiety (kto kiedy siada i jak bardzo służba może spoufalać się z państwem), to całość była bardzo przekonująca i satysfakcjonująco opisana. Bardzo też jestem ciekawa, czy autorka, opisując posiadłość, w której rozgrywa się akcja powieści, wzorowała się na konkretnej ziemiańskiej siedzibie, bo bardzo bym chciała ja odwiedzić.

Bardzo się cieszę, że „Abel i Kain” Katarzyny Kwiatkowskiej to udana kontynuacja pierwszej powieści. Mam nadzieję, że autorka na tym nie poprzestanie i już niedługo będziemy mogli przeczytać jej kolejna książkę. Od czasu, kiedy czytałam jej debiutancką „Zbrodnię w błękicie”, na rynku pojawiło się zdecydowanie więcej historycznych kryminałów, spośród których czytelnicy zdecydowanie mają co wybierać. Wśród nich powieść Kwiatkowskiej zdecydowanie warta jest przeczytania. A kiedy po nią sięgniecie, mam nadzieję, że spodoba się wam tak samo jak mnie.

wtorek, 19 marca 2013

"Morderstwo w Miłowie" - Alicja Minicka

Wszyscy wiedzą, że bardzo lubię kryminały, a szczególnie fascynują mnie powieści, których akcja jest osadzona w okresie międzywojennym. Dlatego książka Alicji Minickiej „Morderstwo w Miłowie” zapowiadała się bardzo ciekawie – niestety, jak dla mnie na zapowiedziach się skończyło...

W 1928 roku młoda Angielka, Samantha Greenwood, przyjeżdża w gościnę do przyjaciół swego wuja, państwa Górskich. W pozornie spokojnym wiejskim domu kłębią się ludzkie namiętności, wreszcie dochodzi do morderstwa. Miejscowy komisarz, Łukasz Darski będzie miał nie lada zadanie, by odkryć, kto jest mordercą.

Przyznaję, że fabuła mnie zainteresowała i chociaż rozwiązania niektórych zagadek się domyśliłam, pomysł był świetny! Niestety, czytając książkę miałam wrażenie szaleńczego pośpiechu – poszczególne scenki-rozdzialiki następowały po sobie tak szybko, że nie miałam właściwie czasu, by zastanowić się, co się dzieje. Zabrakło mi czasu na oddech, czasu na to, by zagadka mnie zainteresowała, by wchłonął mnie klimat... „Morderstwo w Miłowie” to cienka książeczka, a autorka upchała w niej chyba zbyt wiele – wątki, postacie, motywy i zbrodnie pozostały nierozwinięte, a szkoda, bo spodobała mi się psychologiczna warstwa książki i motywy postępowania bohaterów ukazywane podczas lektury. Zbyt wiele było morderstw, zbyt mało rozmyślań nad tym, dlaczego właściwie zostały one popełnione.

Nie rozumiem też, dlaczego główną bohaterką powieści musiała uczynić autorka Angielkę? Zwłaszcza, że ten fakt niczego nie wnosi do treści książki, nie oferuje żadnego nowego podejścia do tematu. Równie dobrze bohaterka mogłaby być Polka, nic by to bowiem nie zmieniło. W dodatku w porównaniu z postacią Teresy wypadła dość blado. 

Jednak za największy mankament tej książki uważam kompletny brak tła obyczajowego – akcja mogłaby się właściwie toczyć gdziekolwiek, kiedykolwiek. Zabrakło mi tego, co spodobało mi się w innych kryminałach retro, na przykład w książce Katarzyny Kwiatkowskiej, czy serii Konrada T. Lewandowskiego – obyczajowych szczegółów, wzmianek o wydarzeniach historycznych, jednym słowem zabrakło mi w tej książce klimatu. Właściwie miałam wrażenie, że powieść składa się wyłącznie z dialogów. Pewne rzeczy wręcz mi zgrzytnęły – nie sądzę, żeby młodzi ludzie byli aż tak wyemancypowani w tych czasach, by mówić sobie szybko po imieniu...

Reasumując, „Morderstwo w Milowie”Alicji Minickiej nie ma stylowej oprawy, intryga kryminalna nie intryguje, a całość powinna być co najmniej dwa razy dłuższa i o wiele staranniej napisana. Bardzo mi przykro, ale najbardziej w całej książce podobała mi się okładka... Nie polecam.

piątek, 8 marca 2013

Elementarne, drogi Watsonie, czyli "The House of Silk" ("Dom jedwabny") - Anthony Horowitz

Jakiś czas temu, przy okazji lektury „Death Comes to Pemberley” P. D. James żaliłam się na blogu, że bardzo rzadko zdarza się, żeby z kontynuacji znanych powieści wynikło coś dobrego. Ktoś jednak te książki czyta, bo przecież już od dawna na rynku księgarskim pojawiało się mnóstwo niekanonicznych powieści opowiadających o przygodach kultowych literackich postaci. A któż może być postacią bardziej znaną niż słynny detektyw z fajką, zamieszkujący znany adres 221B Baker Street. Tak jest, słynny Sherlock Holmes, dorobił się setek filmów i książek, w różnych zresztą wcieleniach. Z najnowszych strasznie spodobał mi się „Sherlock” z Benedictem Cumberbatchem (nota bene, właśnie się dowiedziałam, że już w tym miesiącu rozpoczynają się zdjęcia do trzeciej serii, która ukaże się na jesieni, lub na początku 2014 roku – hura!), niezły był też „Sherlock Holmes” z Robertem Downey'em Juniorem, natomiast amerykańskiej podróbki „Elementary” z Johnnym Lee Millerem nie mam ochoty zobaczyć. A jeśli chodzi o książki, to szczególnie zapadły mi w pamięć dwie, przeczytane dawno temu – jedna nosiła tytuł „Przygody chemiczne Sherlocka Holmesa”, a drugiej tytułu nie pamiętam, wiem tylko, że była napisana przez zupełnie kogoś innego, a towarzyszem Sherlocka był w niej jakiś młody chłopak (nie mam pojęcia dlaczego, ale wydawało mi się, że był to Węgier)... Z kolei ostatnimi czasy zaopatrzyłam się w powieść pod tytułem „Zabójcza chmura” Andy Lane'a, opowiadającą o przygodach młodego Sherlocka Holmesa... Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego już dawno temu nie sięgnęłam po książkę Anthony Horowitza „The House of Silk” („Dom jedwabny”). Ta powieść, napisana na zlecenie spadkobierców spuścizny Conan Doyle'a, (Conan Doyle Estate), to nowa historia o przygodach Sherlocka Holmesa, zrelacjonowana jak zwykle przez jego wiernego towarzysza, doktora Watsona. Już na wstępie Watson wyjaśnia czytelnikowi, że ta opowieść nie ujrzy światła dziennego przez co najmniej najbliższe sto lat, bo sprawa, której dotyczy jest po prostu zbyt szokująca...

Akcja powieści „The House of Silk” rozpoczyna się jesienią 1890 roku. Sherlock Holmes i przebywający u niego z wizytą doktor Watson podejmują się rozwiązania pewnej na pozór prostej sprawy. Otóż pewien mężczyzna z blizną śledzi i obserwuje angielskiego dżentelmena, niejakiego pana Carstairsa. Okazuje się szybko, że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana – pojawiają się nowe tropy, ślady afery prowadzą aż Bostonu, a w dodatku w prawie pojawia się tajemnicza nazwa: The House of Silk, Dom Jedwabny. Co jednak znaczą te słowa, czym jest tajemniczy dom i jaki jest jego związek ze sprawą, którą prowadzi Holmes?

Stwierdzam, że Anthony Horowitzowi należą się gratulacje i podziękowania. Za to, że do pisania (i postaci!) podszedł z szacunkiem, że nie udziwniał, na siłę nie komplikował, że nie dorabiał bohaterom dodatkowych cech, historii czy życiorysów. Za to że uszanował też czytelnika, który przecież chce czytać opowieści o ulubionym bohaterze, które nie odbiegają daleko od pierwowzoru. I wreszcie za to, że mu napisanie takiej powieści tak zgrabnie poszło. Być może pomogło mu w tym czytelnikom dziesięć reguł, które miał na uwadze pisząc tę powieść, zamieszczonych na końcu książki? A może jako wielbiciel Holmesa, po prostu czerpał z tego ogromną przyjemność!

Przede wszystkim Sherlock jest takim właśnie porządnym Sherlockiem – nieco znudzonym codziennym, nudnawym życiem, rozkwitającym dopiero pod wpływem stymulującego wyzwania. Zwykłe rozmowy, wręcz zabawy w obserwację i dedukcję z doktorem Watsonem, w których Sherlock zgaduje jego myśli, to tylko niewinne wprawki. Detektyw czuje, że żyje dopiero wtedy, kiedy ma przed sobą jakiś cel, im trudniejszy, tym lepszy. Im sprawa bardziej powikłana, im mętniejsza, im może mu przysporzyć więcej problemów, tym lepiej, bo trudniej, bo ciekawiej, bo interesująco. „The game's afoot!” - rozpoczęła się gra, a czytelnik, wraz z doktorem Watsonem, może się jak zwykle jedynie próbować dotrzymać mu kroku.

Nie tylko przedstawienie głównej postaci udało się autorowi. W „Domu jedwabnym” pojawiają się też inni, znajomi bohaterowie – przyszli adwersarzy, członkowie rodziny, a przede wszystkim wierny kronikarz dokonań detektywa, poczciwy doktor Watson. Po raz kolejny wplątany w powikłaną intrygę, choć tym razem wygląda ona zdecydowanie bardziej poważnie, a nawet dramatycznie. Horowitz dokładnie wczuł się w rolę dokumentalisty i jego powieść pisana jest (jak to porządna historia o Sherlocku), z punktu widzenia Watsona, który już na wstępie przyjmuje wobec czytelnika pozycję biografa wydarzeń, z rzadka tylko pozwalając sobie na dygresję i wzmiankę o późniejszych wydarzeniach. Udało się też Horowitzowi utrzymać odpowiedni styl, na tyle bliski oryginałowi, że wpasowuje się w konwencję powieści, a jednocześnie na tyle naturalny i współczesny, że powieść czyta się bez trudności i zgrzytów. Do tego realistyczne opisy wiktoriańskiego Londynu przydają powieści dodatkowego uroku. Bohaterowie „Domu jedwabnego” nie tylko poprawnie się wyrażają, noszą też odpowiednie stroje i rekwizyty. Wraz z nimi odwiedzamy wiktoriańskie więzienie, elegancką posiadłość dżentelmena, trzeciorzędny hotelik, śledzimy nocne życie w ulicznych zaułkach, spelunkach, czy podejrzanych dzielnicach.

Wreszcie – rzecz najważniejsza, czyli sama zagadka. Spodobał mi się i pomysł i wykonanie, pogmatwanie wątków, zagadka w zagadce, a do tego całość została zgrabnie i z wyczuciem rozwiązana. Nie jestem tylko pewna, czy temat, jaki porusza Horowitz, główny motyw powieści, pasowałby mi do oryginalnych powieści Doyle'a. Zapewne nie, bo podobne tematy nie były w tych czasach poruszane. Natomiast jest to (jak gdzieś przeczytałam) powieść, którą Arthur Conan Doyle napisałby współcześnie. I zdecydowanie się z tym zgadzam.

Nie mam nic więcej do dodania. Zachęcam was do przeczytania „The House of Silk” i wyrobienia sobie własnej opinii na jej temat. Jeśli chodzi o mnie, to po przeczytaniu książki stwierdzam, że jeśli Anthony Horowitz napisze kolejną powieść o przygodach Sherlocka Holmesa, to ja ją z przyjemnością przeczytam.

sobota, 9 lutego 2013

Olga Rudnicka - "Natalii 5"

Za oknami szaro, buro i brudno, w dodatku zimno, a ja czytam sobie „Sagę Sigrun” Elżbiety Cherezińskiej i powoli acz skutecznie wsiąkam. Ciągnie mnie Północna Droga, owija swoimi mackami i każe zapomnieć o całym bożym świecie. Magia książki działa nawet teraz – miałam przecież pisać zupełnie o czym innym... Zadziwiające, jak w krótkim czasie nasze książkowe lektury potrafią nas przenieść nie tylko w czasie, przestrzeni, ale i w nastroju... Nawet teraz czuję jak działa na mnie magia starej, pełnej emocji sagi, a jeszcze przed chwilą łaziłam przecież po cmentarzu, łapałam włamywaczy i szukałam wraz z pewnymi siostrami skarbu... Tak, ten wpis jest przecież o zupełnie innej książce! Zmieniam więc zupełnie ton i zapraszam na spotkanie z zupełnie inną polską pisarką!

Kto lubi powieści z wątkiem kryminalnym, a do tego takie, przy których można się trochę pośmiać, kto zaczytywał się w powieściach Chmielewskiej, komu brakowało na czytelniczym rynku podobnych książek, temu spieszę donieść, że przeczytałam (znów za sprawą Padmy, a juści) powieść polskiej autorki, która może spokojnie tę dziurę zapełnić. Polecam wam wszystkim „Natalii 5” Olgi Rudnickiej, moje najnowsze odkrycie. Nie zwracajcie uwagi na okładkę, bo według mnie ona po pierwsze jest brzydka, po drugie nie pasuje do treści. Skupcie się na tym, co dobre – na zwariowanej opowieści, na dowcipnych dialogach i świetnych postaciach. 

Pomysł na fabułę miała autorka znakomity, oryginalny i zabawny – oto umiera znany biznesmen, w spadku swój majątek pozostawiając córkom. Okazuje się, że i ze śmiercią i ze spadkobierczyniami będzie miała policja nie mało kłopotu. Po pierwsze – czy Sucharski popełnił samobójstwo, czy jednak został zamordowany? Po drugie, córki są pyskate, wygadane, niechętne policji i skryte. W dodatku jest ich pięć, pięć zupełnie różnych i nieznanych sobie do tej pory kobiet... i wszystkie mają na imię Natalia.... Do tego czeka na nie w spadku dom, a wraz z nim – tajemnica...

Przy takiej skomplikowanej powieści łatwo byłoby pogmatwać bohaterów, a raczej bohaterki, szczególnie takie, które noszą to samo imię. Pięć kobiet o imieniu Natalia – Oldze Rudnickiej należą się słowa uznania, że potrafiła stworzyć bohaterki tak różne, a jednocześnie posiadające wspólne cechy. Każda bohaterka jest inna, niepowtarzalna i wzbudzająca różnorakie uczucia: rozbawienia, irytacji, czy też sympatii. Zresztą Natalie to gotowy przepis na komizm sytuacyjny, dobrze przez autorkę wykorzystany – kobiety bez przerwy są legitymowane, mylone i traktowane nieufnie, same zresztą także eksploatują posiadanie tego samego nazwiska i imienia. Po przeczytaniu książki Olgi Rudnickiej naszła mnie myśl, że choć zwykle cieszę się, że jestem jedynaczką, czasem chciałabym zrozumieć, na czym polega ten fenomen związków między rodzeństwem. Z jednej strony można drzeć ze sobą koty na okrągło, z drugiej – wobec „obcych” tworzyć zwarty front. To udało się autorce uchwycić znakomicie - wzajemne relacje sióstr zwłaszcza początkową nieufność, niechęć nawet, które powodują, że ich stosunki są często dość napięte. Poza tym każda ma wybuchowy charakterek, a do tego wrodzoną dociekliwość, która, jak się okazuje, jest ich wspólną cechą, odziedziczoną chyba po wspólnym tatusiu. Jednym słowem – siostry Sucharskie wymiatają!

„Natalii 5” to prześmieszna historia, do tego całkiem niezły kryminał z przyzwoitą intrygą, osnutą wokół wspólnego spadku i sekretów, jakie przed światem chował ich ojciec. Sama Joanna Chmielewska, mistrzyni komedii kryminalnej, nie powstydziłaby się takiego pomysłu. Wątek kryminalny jest ciekawie poprowadzony, są nagłe niespodziewane zwroty akcji, dużo się dzieje, a do tego jest się z czego pośmiać. Do lekkiego tonu książki świetnie pasuje równie lekki i dowcipny język, jakim posługuje się autorka. „Natalii 5” po prostu dobrze się czyta!

Po tak udanym pierwszym spotkaniu z kolejną autorką dochodzę do wniosku, że ostatnimi laty literatura polska nas rozpieszcza. Książkę wszystkim polecam, a teraz muszę się rozejrzeć za innymi książkami Olgi Rudnickiej, bo chociaż to młoda pisarka, ma już na swoim koncie siedem powieści. Jeśli kolejne spodobają mi się tak samo jak „Natalii 5”, to na każdą kolejną będę czekać z utęsknieniem. Przede mną jeszcze „Drugi przekręt Natalii”, za którą to książką będę się z niecierpliwością rozglądać – a już teraz zastanawiam się, co nowego zmalują siostry Sucharskie...

niedziela, 25 listopada 2012

Herbaciane Zagadki ("Death by Darjeeling" - Laura Childs)

Zimny wieczór przed nami, co może nas ogrzać lepiej niż dobra herbata i dobry kryminał. A gdyby tak połączyć te dwie rzeczy? Zapraszam wszystkich na „Śmierć i darjeeling”!
„Death by Darjeeling” Laury Childs to pierwsza książka w serii A Tea Shop Mysteries (moje, bardzo dowolne, tłumaczenie nazwy serii to Herbaciane Zagadki), których bohaterką jest Theodosia Browning, właścicielka Herbaciarni Indygo i psa o uroczym imieniu Earl Grey. Theo i jej współpracownicy zostają poproszeni o zorganizowanie dorocznego przyjęcia wydawanego przez towarzystwo historyczne Charleston, na które przygotowana zostaje specjalna herbata Lamplighter Blend. To czarujące przyjęcie na pewno zostanie w pamięci mieszkańców miasta na długo, bo oto jeden z gości zostaje znaleziony martwy, a przy nim pusta filiżanka herbaty...

„Death by Darjeeling” należy do popularnego, szczególnie w Stanach, gatunku kryminałów tematycznych. Bohaterem takich powieści (zwykle są to serie) jest najczęściej właściciel jakiegoś sklepu lub biznesu, albo grupa przyjaciół o wspólnym hobby, którzy amatorsko zajmują się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Do popularnych tematów należą serie o bibliotekarzach (na przykład wydana ostatnio w Polsce książka Harris o Aurorze Teagarden), czy właścicielach kotów (znana w Polsce „kocia” seria Lilian Jackson Braun), a popularne hobby detektywów-amatorów to na przykład robienie na drutach, scrapbooking, gotowanie, robienie kołder, czy ogrodnictwo. Bardzo ciekawą tematyczną listę książek (którą na pewno przestudiuję dokładnie!) znalazłam na tej stronie

Ale wróćmy do Herbacianych Zagadek! Nietrudno zgadnąć, że motywem przewodnim tej serii jest herbata. Theodosia, sympatyczna bohaterka powieści Childs, jest właścicielką dobrze prosperującego sklepu i herbaciarni w Charleston, gdzie znużeni zwiedzaniem turyści mogą zregenerować swoje siły przy filiżance aromatycznych mieszanek herbacianych i pysznych ciasteczkach. Childs pisze o herbatach jak prawdziwa znawczyni – uważny czytelnik dowie się z jej powieści sporo o różnych mieszankach, ich właściwościach i smaku, o tym w jaki sposób należy je zaparzać. Sklep Theodosii jest chętnie odwiedzany także przez miejscowych, którzy lubią plotkować o tym, co się w ich mieście dzieje. Theo pochodzi z szanowanej rodziny, zna wiele wpływowych osób, jest lubiana i szanowana przez swoich znajomych, pewna siebie i opanowana. Nic więc dziwnego, że Theo ma predyspozycje do tego, by odkryć, kto tak naprawdę zabił Barrona i przywrócić Herbaciarni Indygo dobre imię.

Przyznaję, że nie obyło się bez zgrzytów – ton powieści był miejscami nieco przesłodzony, zwłaszcza, kiedy mowa była o ukochanym czworonożnym pupilu Theo, a jeden z bohaterów rozpływał się w zachwytach nad swoją „ukochaną pracodawczynią”. Ale pomimo to „Death by Darjeeling” czytało mi się z przyjemnością i uśmiechem na twarzy. Intryga nie należy do skomplikowanych, ale akcja posuwa się na przód szybko, a cała powieść składa się z króciutkich rozdziałów, dzięki czemu książkę połyka się niemal w całości. Spodobała mi się też postać Theo i jej uroczy sklep. „Death by Darjeeling” to mała książeczka, która jak smaczna przekąska nadaje się do pożarcia w jeden wieczór. Nie jest to co prawda porywający i pełen niespodzianek kryminał, raczej taki miły kryminałek, ale czasem właśnie tego nam trzeba, prawda? Nie jest to też powieść dla wszystkich, ale może się spodobać wielbicielom klimatycznych amerykańskich miast z historią, miłośnikom bezkrwawych kryminałów i – oczywiście – wszystkim, którzy uwielbiają herbatę!


poniedziałek, 12 listopada 2012

Tajemnice angielskich rezydencji (James Anderson - "The Affair of the Bloodstained Egg Cosy")

Wiadomo nie od dziś, że mordercy, złodzieje i inni kryminaliści najbardziej lubią swój zbrodniczy proceder uprawiać w zaciszu angielskich rezydencji. Może sprzyja temu spokojna atmosfera starych bibliotek, galerie z portretami przodków, może uczynna, bezszelestna służba, spełniająca wszystkie zachcianki gości, może wygodne sypialnie, wykwintne posiłki... Co rusz jakiś zbrodniarz odwiedza posiadłość tego czy innego lorda i w sposób iście nieangielski psuje trwający od wieków ład i porządek. Nie inaczej dzieje się i w książce Jamesa Andersona pod złowieszczym tytułem „The Affair of the Bloodstained Egg Cosy” („Sprawa zakrwawionej nakrywki na jajko”).

W wiejskiej posiadłości księcia Burford wiele się dzieje – spotkania polityczne na najwyższym szczeblu, demonstracje kolekcji broni palnej, morderstwo i kradzież. Na miejsce przybywa (niechętnie) detektyw Wilkins, który już na początku, dość nietypowo, oświadcza: „Nie oczekujcie, że uda mi się cokolwiek rozwikłać”. Na szczęście ma do pomocy dwie młode i odważne dziewczęta oraz tajemniczego mężczyznę, który wcale nie jest tym, za kogo się podaje. Doprawdy, naszemu detektywowi musi się udać!

Jest coś bardzo wciągającego w cosy crime, w kryminałach, w których przestępcy są zawsze bardzo szarmanccy, dobrze ubrani i wychowani, a zbrodnie popełnia się pomiędzy jednym koktajlem a drugim. Sam Anderson powiedział kiedyś, że lubi, gdy jego zbrodniarze cytują Szekspira. W dodatku tło obyczajowe jest wyjątkowo interesujące (lata trzydzieste to jedna z moich ulubionych epok!), miejsce akcji - klimatyczne (dom z wielowiekową historią i sekretnym przejściem!), nawet język odpowiednio stylizowany. „The Affair...” to świetna powieść w stylu retro dla wielbicieli kryminałów w stylu Agathy Christie.

Jamesowi Andersonowi udało się świetnie wczuć w nastój klasycznych powieści detektywistycznych Złotego Wieku Kryminałów. Jest w tej powieści wszystko to, co lubię. Atmosferyczne miejsce akcji, zamknięte koło podejrzanych, mnogość postaci, z których każda ma swoje tajemnice, odkrywane kolejno, krok po kroku, podczas śledztwa. Jest więc właściciel posiadłości i jego rodzina, są i goście zaproszeni oraz niespodziewani, są przyjaciele rodziny. Jest też i detektyw i jego sprzymierzeńcy, którzy pomogą zbierać wskazówki i ślady, aż wreszcie wszystkie zagadki zostają wyjaśnione w kluczowej scenie końcowej, kiedy to detektyw gromadzi wszystkich podejrzanych w salonie i wskazuje palcem mordercę. Tak, wiem, to strasznie stereotypowe, ale „The Affair...” utrzymuje właściwy ton i napięcie, zagadka jest ciekawa, a rozwiązanie satysfakcjonujące. To książka lekka i napisana nieco z przymrużeniem oka, bo przecież autor jej był jak najbardziej współczesny.

Kiedy zabraknie wam w domu książek Agathy Christie, kiedy macie ochotę na klasyczny whodunnit z przymrużeniem oka, sięgnijcie po „The Affair of the Bloodstained Egg Cosy” Jamesa Andersona. Dajcie się uwieść czarowi angielskich rezydencji i ich mieszkańców.A jeśli polubicie mieszkańców Alderley, to czekają na was dwa kolejne kryminały w tej serii.

PS. Gdyby ktoś się zastanawiał, jak wygląda taka watowana nakrywka na jajko, poniżej prezentuję przykładowy obrazek poglądowy z sieci: 

sobota, 27 października 2012

Magiczno-kryminalny Londyn ("Rivers of London" - Ben Aaronovitch)

Co prawda na blogu zamilkłam, ale to nie znaczy, że nie czytam. Czytam. Mało, ale czytam. Po opowieściach rodzinnych nadszedł czas na kryminały. Różne, różniste. Głównie z lat 20 dwudziestego wieku. Ale też i bardziej... specjalistyczne... Znajoma z pracy, wielbicielka kryminałów i sensacji wszelkiej maści, poleciła mi kryminał nieco inny niż wszystkie. W ten sposób wpadła w moje ręce debiutancka powieść Bena Aaronovitcha „Rivers of London” („Rzeki Londynu”). Jej bohaterem jest zwykły policjant, Peter Grant, który próbuje spisać zeznania świadka pewnego morderstwa.  Świadek okazuje się być duchem i to już jest koniec zwykłego życia Granta.  Zamiast spędzać dnie na przepisywaniu zeznań, pomaga swojemu szefowi w wyjaśnieniu sprawy brutalnych morderstw, a w przerwach pomaga zażegnać konflikt pomiędzy duchami rzeki Tamizy... Kiedy nie patroluje ulic Londynu, Grant uczy się podstawowych zaklęć. 

Peter Grant to narrator dowcipny, ironiczny i wygadany. To dobry policjant, chociaż czasem zbytnio roztargniony. Jego ciekawość jest wprost zaraźliwa, a jego dygresje i dyskusje z czytelnikiem są często zabawne, szczególnie kiedy zawierają wzmianki o popularnych pop-kulturowych programach, czy postaciach. Magia i praktyka czarodziejska to dla niego okazja, by się wykazać jako ktoś lepszy niż zwykły policjant. Pozostali bohaterowie też nie pozostają w tyle – enigmatyczny inspektor Nightingale, bezpośredni przełożony głównego bohatera, groźny inspektor Seawoll, a także przyjaciółka Granta, policjantka Lesley May, predestynowana do rzeczy wielkich (w przeciwieństwie do Granta, którego przeznaczenie to wypełnianie formularzy). Oprócz policjantów „Rivers of London” zaludniają magiczne postacie: upersonifikowane dopływy rzeki, które wdają się w bójki o terytorium, pełna seksapilu Nigeryjka, która mieszka w bloku i jest boginią Tamizy, Molly, tajemnicza mieszkanka The Folly, a także okazjonalne duchy i wampiry.

Dla mnie „Rivers of London” to lektura idealna! Zaczyna się jak porządny kryminał, od morderstwa, a potem Aaronovitch niespodziewanie wprowadza Elementy Dodatkowe i zaczyna się prawdziwa zabawa. Aaronovitch przedstawia magię jako coś zupełnie normalnego, wplecionego w naturalny porządek rzeczy, niemal jak problem naukowy. Nic w tym dziwnego, bo patronem czarodziei jest sam Isaac Newton. Magia Londynu jest wpleciona w ulice, zakątki i budynki miasta, takie jak siedziba magii i czarodziejów, The Folly. (A propos, przeczytałam gdzieś, że „Rivers of London” porównuje się do książek o Harrym Potterze. Nie mam pojęcia skąd wzięło się to porównanie, bo kryminał Aaronovitcha nie ma z opowieścią o młodym czarodzieju nic wspólnego. Może tylko to, że i Harry i Peter niespodziewanie dowiadują się, że magia istnieje.) Tak, nie każdy czytelnik gustuje w elementach fantastycznych, ale myślę, że książka Bena Aaronovitcha może spodobać się także miłośnikom kryminałów proceduralnych. Sporo jest w niej mowy o żmudnej papierkowej robocie, o nudnych szczegółach pracy policji. Policjanci chodzą do pracy, wykonują rutynowe zadania, a większość z nich jest nieświadoma, że obok istnieje zupełnie inny świat. To, co mnie w tej książce wyjątkowo urzekło, to topografia Londynu. W książce pojawiają się nie tylko znajome ulice i dzielnice, ale i sklepy, restauracje i puby. Bardzo lubię czytać o dobrze znanych miejscach - zamykam oczy i wraz z bohaterami spaceruję ulicami, jadę metrem, patrzę, jak na Covent Garden uliczni buskerzy zabawiają tłumy turystów. Zawsze wiedziałam, że Londyn jest niesamowity i pełen tajemnic. Miło, kiedy okazuje się, że miałam rację!

Dla tych z was, których moja recenzja zachęciła do przeczytania „Rivers of London”, mam dobrą wiadomość. Wydawnictwo Mag planuje wydanie debiutanckiej książki Aaronovitcha na pierwszy kwartał 2013 roku. Przede mną dwie kolejne części serii, „Moon Over Soho” i „Whispers Under Ground”, a jeśli spodobają mi się one tak samo, jak część pierwsza, to na pewno sięgnę po „Broken Homes”, najnowszą powieść o Peterze Grancie, która ukaże się na rynku w przyszłym roku.


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Pod Huncwotem" - Martha Grimes

Przygodę z Marthą Grimes i jej kryminałami z Richardem Jurym zaczęłam, zupełnie wbrew moim zasadom, od środka. Przeczytałam bowiem „Pod zawianym Kaczorem”,  czwartą chyba w serii, a dopiero teraz sięgnęłam po „Pod Huncwotem”, część pierwszą, w której poznajemy bohaterów serii: inspektora Scotland Yardu Richarda Jury i Melrose’a Planta, wściekle inteligentnego arystokratę, posiadacza starej angielskiej posiadłości, dużego majątku i wścibskiej ciotki, który pomaga policjantowi w śledztwie. Śledztwo toczy się zaś w zaśnieżonej, pełnej uroku angielskiej wiosce Little Piddleton, w której jak przystało na prawdziwą angielską prowincję, nie brakuje starego kościoła, rezydencji arystokratycznej i kilku pubów. I to właśnie stare, poczciwe angielskie puby stają się miejscem zbrodni – najpierw zwłoki zostają znalezione „Pod Huncwotem”, potem „Pod Jackiem i Młotem”…  Czy zbrodnie są robotą szaleńca, czy też podejrzanym jest któryś z mieszkańców wioski…?

„Pod Huncwotem” to zabawny i wciągający kryminał, który zapewnił mi kilka godzin dobrej zabawy i spowodował, że nabrałam ochoty na ponowne spotkanie z jego bohaterami. Grimes jest Amerykanką, ale seria o Richardzie Jurym jest na wskroś angielska – jej klimat zbliżony jest do powieści  Agathy Christie, Ann Granger czy P.. James – spokojna i malownicza wioska, ciekawe i barwne postacie, skrywające jakieś sekrety i tajemnice, ekscentryczne osobistości, takie jak na przykład ciotka Planta, Agatha, która usiłuje na każdym kroku wtrącać się w toczące się śledztwo,a do tego nieco humoru i niewiele krwi. Główni bohaterowie również tworzą sympatyczną parę, będę im kibicować w rozwiązywaniu kolejnych zagadek i chętnie poczytam więcej o ich życiu osobistym. 

Serię polecam miłośnikom cosy murders, kryminałów z ciekawymi , chociaż nie koniecznie porywającymi zagadkami, gdzie liczy się też klimat i ludzkie emocje, a nie drastyczne szczegóły. Ciekawostką jest też, że tytuły powieści z tej serii to nazwy angielskich pubów – tak więc następną książką, którą przeczytam z tej serii będzie „Pod Wykiwanym Lisem”, czyli „The Old Fox Deceiv'd”. Mam nadzieję na równie miłą i odprężającą lekturę!