Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 listopada 2013

Samantha Shannon - "The Bone Season" ("Czas żniw")

Miało być dziś o czymś innym, ale właśnie skończyłam czytać „The Bone Season” Samanthy Shannon i uznałam, że natychmiast muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami na jej temat, zwłaszcza, że ta powieść będzie miała w Polsce swoją premierę już za kilka dni. Jakoś ominął mnie medialny szum, który podobno rozpętał się wokół tej książki - zaliczka na poczet siedmiotomowej serii! prawa filmowe zakupione jeszcze przed ukazaniem się książki! obwołanie Shannon "nastepczynią J.K. Rowling! Ja usłyszałam o niej po raz pierwszy na blogu Cornflower Books, jeszcze przed jej wydaniem. Przypomniałam sobie o „The Bone Season” zupełnie niedawno, zaczęłam czytać i bardzo szybko po prostu w nią wsiąkłam...
Bohaterką powieści jest Paige Mahoney, dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w 2059 roku pracuje dla podziemnej organizacji w Scion London (Sajon Londyn). Jej praca jest nie tylko nielegalna i niebezpieczna, ale też stanowi zdradę stanu – Paige jest bowiem jasnowidzem, istotą nienaturalną, a więc według prawa zasługuje na śmierć. Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze – podczas rutynowej „łapanki” w pociągu Paige zabija strażnika, zostaje schwytana i wywieziona do tajemniczego Oxfordu – miejsca, które oficjalnie nie istnieje, a które w rzeczywistości jest karną kolonią zwaną Sheol I. Sheol zamieszkuje tajemnicza rasa Rephaite'ów, istot, które od dwustu lat sprawują kontrolę nad Sheolem i jego mieszkańcami. Paige, jako numer XX- 59-40 zostaje przydzielona Naczelnikowi – jej dozorcy, strażnikowi, trenerowi – wrogowi. 

Zanim wzruszycie ramionami i postanowicie sobie, że alternatywna historia w dystopijnej wersji to powieść nie dla was, pozwólcie mi was przekonać, że „The Bone Season” zasługuje na waszą uwagę. Po pierwsze – wyobraźnia autorki jest wprost niesamowita. Udało jej się stworzyć oryginalną wizję świata, który ma w sobie wystarczająco dużo detali, by zaciekawić czytelnika, a który z drugiej strony nie przytłacza, jest spójny i konsekwentny. To prawda, że pierwsze kilka rozdziałów może oszołomić, ale na pomoc przychodzi słowniczek z tyłu książki, a także mapki i tabelka. Zresztą pomimo początkowego zawrotu głowy w wizję wykreowaną przez Shannon po prostu się wsiąka. Dodam jeszcze, że „The Bone Season” to pierwsza z siedmiu części zapowiedzianych przez autorkę, więc mam nadzieję, że w kolejnych tomach świat Paige będzie się jeszcze bardziej rozwijał i intrygował. Przyznam, że futurystyczna wizja Londynu i Oksfordu bardzo mi się spodobała – miejscami przypominała mi klimatem fantastyczne „Igrzyska głodowe” Collins, odnalazłam tu miejscami podobną atmosferę brudnej rzeczywistości ukrywającej się pod powłoką porządku i praworządności. Do tego Paige jest świetną bohaterką, bynajmniej nie kryształowo czystą, podejmującą trudne decyzje, a w dodatku jej talent i umiejętności są bardzo spektakularne! Po drugie – książka jest pełna szarości, wieloznaczności, trudnych wyborów i konfliktów. Czy życie w kolonii, która rozpoznaje w jasnowidzach ludzi niższej klasy jest lepsze niż życie w ukryciu, w strachu? Czy twój nieprzyjaciel może być też twoim sprzymierzeńcem? Czy twoi najbliżsi mogą być także twoimi wrogami?

Poza tym Samancie Shannon trzeba pogratulować talentu – podobno na pomysł powieści wpadła dwa lata temu, jako dziewiętnastolatka. Jeśli tak wygląda jej debiutancka powieść, to już się cieszę na kolejne części. Autorka już zresztą pracuje nad kolejnym tomem, który chce opublikować w przyszłym roku. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach historia będzie rozwijać się równie interesująco jak tutaj – pomimo tego, że w niektórych miejscach akcja nieco zwalnia, to w tej książce wciąż coś się dzieje, a pod koniec książki autorka wręcz rusza z kopyta! Do tego nie wszystkie zagadki zostają tu rozwiązane, ba! pojawiają się też nowe pytania, na które mam nadzieję znajdziemy odpowiedź w kolejnych tomach serii.

Pozostaje mi tylko westchnąć, że na kolejny tom przygód Paige przyjdzie nam czekać tak długo... Będę też trzymać kciuki za to, by talent pisarski Samanthy Shannon rozwijał się z każdym nowym tomem, by jej wyobraźnia nie pozostawała w tyle, żeby każdy kolejny tom był równie ciekawy i żeby „The Bone Season” był początkiem świetnej serii...

niedziela, 16 czerwca 2013

Powroty do dawnych lektur (David Eddings - Belgariada)

Dawno, dawno, temu... W czasach chmurnej i durnej młodości (także tej powtórnej), uwielbiałam czytać przeróżne powieści fantasy, czym zaraziłam się od Pewnego Znajomego, który mi te książki pożyczał początkowo i doradzał. Czytałam więc Xanth Anthony'ego, czytałam i Andre Norton, czytałam i Anne McCaffrey, Mercedes Lackey i Davida Eddingsa. Po wielu latach okazało się, że niektóre książki były tylko na jeden raz, a niektóre zostały ze mną na dobre. Lubię sięgać po nie od czasu do czasu, czytać je wybiórczo, czasami ciągiem, mimo że wiem dokładnie, co się w każdej z nich stanie, jak się potoczą losy bohaterów, jak zakończą się ich przygody. Konia z rzędem temu, kto zna lepsze lekarstwo na smutki i stresy niż czytanie po raz kolejny ukochanych, dobrze znanych książek. Kiedy więc ostatnimi czasy potrzebowałam podleczyć skołatane nerwy i wiedziałam, że na byle czym się skupić nie będę mogła, na nowe nie miałam ochoty, zwłaszcza, że przy nowym trzeba się czasem skoncentrować, przyszedł mi z pomocą David Eddings i jego słynny pięcioksiąg - Belgariada. 

Początek historii, opowiedziany w tomie zatytułowanym „Pionek proroctwa”, zabiera nas na farmę pewnego gospodarza, gdzie w kuchni, pod czujną opieką cioci Pol, dorasta Garion, zwykły sendarski chłopak, któremu nigdy się nie śniło, że stanie się pionkiem w grze pomiędzy potężnymi siłami, które walczą o panowanie nad światem. Tajemnicze proroctwo, śpiący bóg Torak, Klejnot Aldura – to przecież tylko fragmenty opowieści, jakie snuje wędrowny bajarz, a w dodatku nie mają one nic wspólnego z losem zwykłego wiejskiego chłopca, prawda? Aż pewnego dnia okazuje się, że macki przeznaczenia sięgają po Gariona i nasz bohater, w towarzystwie pozornie tylko przypadkowej grupy przyjaciół, wyrusza w Podróż Życia. Kolejne książki z tego cyklu, „Królowa magii”, „Gambit magów”, „Wieża czarów” i „Ostatnia walka czarodziejów”, opowiadają o przygodach i podróżach naszego bohatera, który podąża ku swojemu przeznaczeniu.

Cóż mogę więcej napisać o Belgariadzie Eddingsa, żeby nie zepsuć wam przyjemności czytania? Jest w tych książkach wszystko, czego potrzeba dobrej serii. Przede wszystkim wachlarz wspaniałych postaci, a wśród nich czarodzieje, rycerze, szpiedzy i pewna nieznośna księżniczka, a także z pozoru zwykli ludzie, którzy (jak się okazuje) wcale tacy zwykli nie są. A do tego Niechętny Bohater, nieświadomy swojego przeznaczenia zwykły młody człowiek, który w czasie Wyprawy dojrzewa, dorasta i odnajduje swoje przeznaczenie. I choć właściwie prawie od razu wiadomo, jaki los go czeka, to nie przeszkadza to czytelnikowi z wypiekami na twarzy śledzić jego przygód. Bo też akcja cyklu, po niespiesznie rozwiniętym początku, przyspiesza zdecydowanie w dalszych częściach, a dzieje się w tej powieści sporo – towarzyszymy Garionowi i jego przyjaciołom w wędrówkach, potyczkach i niezwykłych zdarzeniach, odwiedzamy przydrożne gospody i pałace władców. A wszystko to opisane w sposób bardzo plastyczny, ukraszone dowcipnymi dialogami i słownymi potyczkami bohaterów. Jednym słowem – pięć tomów cyklu Davida Eddingsa czyta się błyskawicznie i z prawdziwą przyjemnością.
Ach, ta Belgariada! Pięć tomów fantastycznej przygody, wydanych przez Wydawnictwo Amber w latach dziewięćdziesiątych, koszmarne okładki i wspaniała treść. Saga kupowana i czytana tom po tomie. Pamiętam do dziś ekscytujące drżenie rąk, kiedy niosłam z księgarni kolejną książkę z serii i smutek, kiedy uświadamiałam sobie, że na kolejny tom trzeba będzie teraz poczekać... Do dziś te sfatygowane nieco książki wywołują we mnie nostalgiczne wspomnienia. Kiedyś już wspomniałam, że to właśnie od tej serii zaczęła się moja przygoda z czytaniem książek w języku angielskim – w londyńskiej księgarni zauważyłam prequel do tej serii i wiedziałam, że nie chcę czekać na polskie tłumaczenie! Dziś zachęcam was wszystkich do sięgnięcia po Belgariadę i jej kontynuację, Malloreon, a tymczasem idę sprawdzić, co tam słychać u moich dobrych znajomych...

PS. Jeśli was zaciekawiłam i chcielibyście sprawdzić, co jeszcze napisał Eddings, na tej stronie możecie znaleźć całą listę jego książek (i o wiele więcej)... Nie polecam jedynie ostatniej serii, Marzycieli. Po resztę moim zdaniem zdecydowanie warto sięgnąć!

niedziela, 9 grudnia 2012

Prywatny detektyw w świecie magii (Jim Butcher - "Storm Front")

O powieściach Jima Butchera słyszałam już dawno temu – koleżanka z pracy polecała mi serię The Dresden Files (Akta Dresdena) Jima Butchera jako świetny kryminał z elementami magii. Przyznaję jednak, że dopiero ostatnio nabrałam ochoty na przeczytanie tych książek – mówiąc ściślej – od kiedy przeczytałam wszystkie trzy części cyklu Bena Aaronovitcha „Rivers of London”. W poszukiwaniu podobnych w stylu powieści wyciągnęłam z czeluści kindla „Discovery of Witches” Debory Harkness, zaczęłam czytać... ale to nie było to samo. Sfrustrowana, odłożyłam powieść o wiedźmach w Oxfordzie na potem (zwłaszcza, że zniechęciło mnie porównanie do „Zmierzchu”) i zaczęłam poszukiwania od początku.

Wtedy właśnie przypomniałam sobie o książkach Jima Butchera. Znów okazało się, jak przydatny jest czytnik w przypadku podobnych zachcianek – po krótkich poszukiwaniach już po chwili mogłam zacząć czytać „Storm Front” („Akta Dresdena. Front Burzowy”).
Głównym bohaterem i narratorem „Storm Front” Butchera jest prywatny detektyw, Harry Dresden, który we współczesnym Chicago pomaga policji w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych, które przekraczają możliwości zwykłych śmiertelników. Dresden jest bowiem magiem, jedynym w mieście, który się do swojej profesji przyznaje, jedynym, który pomaga policji w utrzymywaniu porządku. Bycie prywatnym detektywem – magiem nie zawsze się opłaca, Dresden co rusz boryka się z trudnościami finansowymi, bo mało osób decyduje się na wynajęcie jego usług. Dlatego dzień, kiedy potencjalna klientka umawia się na spotkanie, zapowiada się pomyślnie. Niestety, tego samego dnia policja wzywa go jako konsultanta w sprawie podwójnego morderstwa i uwierzcie mi, zwłoki nie wyglądają ciekawie – ich serca zostały dosłownie wydarte z ich piersi. Harry ma nie lada orzech do zgryzienia, nie tylko musi odnaleźć mordercę, ale jeszcze przekonać Radę, że on sam jest niewinny.

Nie sposób ustrzec się od porównań z książkami Bena Aaronovitcha. W obu cyklach głównym bohaterem jest stróż prawa – we „Froncie burzowym” prywatny detektyw, w „Rzekach Londynu” - policjant. Obaj są magami – co prawda Peter Grant dopiero się uczy fachu, a Dresden ma za sobą lata szkolenia, ale obaj używają swojego daru by bronić niewinnych ludzi. Obaj bohaterowie są też narratorami powieści – do tego ich głosy są bardzo charakterystyczne, pełne sarkazmu i ironicznego poczucia humoru. Jednak w porównaniu z Peterem Grantem, którego można określić jako pewnego siebie i nieco zarozumiałego, Harry Dresden (właściwie Harry Blackstone Copperfield Dresden) jest bardziej doświadczony, bardziej cyniczny, bardziej mroczny i skomplikowany. Jego życie bynajmniej nie jest usłane różami, a fragmenty jego przeszłości, o których się dowiadujemy, są dość dramatyczne i wciąż mają wpływ na jego współczesne losy.

Front burzowy” to powieść utrzymana w tradycji czarnego kryminału amerykańskiego, w którym samotny detektyw rozwiązuje zagadkę. Tyle tylko, że przeciwnicy, z którymi Dresden musi się zmierzyć to między innymi wampiry, czarni magowie i demony. Podobnie jak u Aaronovitcha, w powieści Butchera magia jest częścią realnego świata, chociaż nie wszyscy są jej świadomi. W porównaniu z Rivers of London humor w Aktach Dresdena jest bardziej mroczny, a powieść bardziej pełna przemocy i trupów. Być może ma to związek z różnicami pomiędzy amerykańskimi a brytyjskimi kryminałami ogólnie? Mimo iż wątek kryminalny nie był dla mnie tak interesujący jak ten fantastyczny, to zagadka zabójstwa była dość interesująco rozwiązana, a poszczególne wątki powiązane ze sobą w zgrabny, choć momentami przewidywalny sposób. W każdym razie, muszę przyznać, że chociaż „Front burzowy” czytało mi się dobrze, powieść mnie wciągnęła i spodobał i się główny bohater, to jednak książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak „Rivers of London”. Być może dlatego, że książkę Aaranovitcha, która przecież oparta jest na bardzo podobnym koncepcie, przeczytałam jako pierwszą, ale przede wszytskim dlatego, że Londyn po prostu znam, a w Chicago nigdy nie byłam. Czytanie o znajomych miejscach było znacznie przyjemniejsze.

Mimo wszystko polecam powieść Jima Butchera wszystkim, którzy lubią kryminały z poczuciem humoru, interesującymi bohaterami, którym czytelnik będzie kibicował. Wydaje mi się, że w przyszłych tomach serii świat Dresdena może się stać jeszcze bardziej intrygujący i pełen niespodzianek, bo czuję, że autor dopiero się rozkręcał i pokazał tylko nieliczne aspekty magii. Tak więc wydaje mi się, że do Akt Dresdena jeszcze w przyszłości powrócę, a póki co, zapraszam do ich przeczytania wszystkich miłośników magii i kryminalnych zagadek.

sobota, 27 października 2012

Magiczno-kryminalny Londyn ("Rivers of London" - Ben Aaronovitch)

Co prawda na blogu zamilkłam, ale to nie znaczy, że nie czytam. Czytam. Mało, ale czytam. Po opowieściach rodzinnych nadszedł czas na kryminały. Różne, różniste. Głównie z lat 20 dwudziestego wieku. Ale też i bardziej... specjalistyczne... Znajoma z pracy, wielbicielka kryminałów i sensacji wszelkiej maści, poleciła mi kryminał nieco inny niż wszystkie. W ten sposób wpadła w moje ręce debiutancka powieść Bena Aaronovitcha „Rivers of London” („Rzeki Londynu”). Jej bohaterem jest zwykły policjant, Peter Grant, który próbuje spisać zeznania świadka pewnego morderstwa.  Świadek okazuje się być duchem i to już jest koniec zwykłego życia Granta.  Zamiast spędzać dnie na przepisywaniu zeznań, pomaga swojemu szefowi w wyjaśnieniu sprawy brutalnych morderstw, a w przerwach pomaga zażegnać konflikt pomiędzy duchami rzeki Tamizy... Kiedy nie patroluje ulic Londynu, Grant uczy się podstawowych zaklęć. 

Peter Grant to narrator dowcipny, ironiczny i wygadany. To dobry policjant, chociaż czasem zbytnio roztargniony. Jego ciekawość jest wprost zaraźliwa, a jego dygresje i dyskusje z czytelnikiem są często zabawne, szczególnie kiedy zawierają wzmianki o popularnych pop-kulturowych programach, czy postaciach. Magia i praktyka czarodziejska to dla niego okazja, by się wykazać jako ktoś lepszy niż zwykły policjant. Pozostali bohaterowie też nie pozostają w tyle – enigmatyczny inspektor Nightingale, bezpośredni przełożony głównego bohatera, groźny inspektor Seawoll, a także przyjaciółka Granta, policjantka Lesley May, predestynowana do rzeczy wielkich (w przeciwieństwie do Granta, którego przeznaczenie to wypełnianie formularzy). Oprócz policjantów „Rivers of London” zaludniają magiczne postacie: upersonifikowane dopływy rzeki, które wdają się w bójki o terytorium, pełna seksapilu Nigeryjka, która mieszka w bloku i jest boginią Tamizy, Molly, tajemnicza mieszkanka The Folly, a także okazjonalne duchy i wampiry.

Dla mnie „Rivers of London” to lektura idealna! Zaczyna się jak porządny kryminał, od morderstwa, a potem Aaronovitch niespodziewanie wprowadza Elementy Dodatkowe i zaczyna się prawdziwa zabawa. Aaronovitch przedstawia magię jako coś zupełnie normalnego, wplecionego w naturalny porządek rzeczy, niemal jak problem naukowy. Nic w tym dziwnego, bo patronem czarodziei jest sam Isaac Newton. Magia Londynu jest wpleciona w ulice, zakątki i budynki miasta, takie jak siedziba magii i czarodziejów, The Folly. (A propos, przeczytałam gdzieś, że „Rivers of London” porównuje się do książek o Harrym Potterze. Nie mam pojęcia skąd wzięło się to porównanie, bo kryminał Aaronovitcha nie ma z opowieścią o młodym czarodzieju nic wspólnego. Może tylko to, że i Harry i Peter niespodziewanie dowiadują się, że magia istnieje.) Tak, nie każdy czytelnik gustuje w elementach fantastycznych, ale myślę, że książka Bena Aaronovitcha może spodobać się także miłośnikom kryminałów proceduralnych. Sporo jest w niej mowy o żmudnej papierkowej robocie, o nudnych szczegółach pracy policji. Policjanci chodzą do pracy, wykonują rutynowe zadania, a większość z nich jest nieświadoma, że obok istnieje zupełnie inny świat. To, co mnie w tej książce wyjątkowo urzekło, to topografia Londynu. W książce pojawiają się nie tylko znajome ulice i dzielnice, ale i sklepy, restauracje i puby. Bardzo lubię czytać o dobrze znanych miejscach - zamykam oczy i wraz z bohaterami spaceruję ulicami, jadę metrem, patrzę, jak na Covent Garden uliczni buskerzy zabawiają tłumy turystów. Zawsze wiedziałam, że Londyn jest niesamowity i pełen tajemnic. Miło, kiedy okazuje się, że miałam rację!

Dla tych z was, których moja recenzja zachęciła do przeczytania „Rivers of London”, mam dobrą wiadomość. Wydawnictwo Mag planuje wydanie debiutanckiej książki Aaronovitcha na pierwszy kwartał 2013 roku. Przede mną dwie kolejne części serii, „Moon Over Soho” i „Whispers Under Ground”, a jeśli spodobają mi się one tak samo, jak część pierwsza, to na pewno sięgnę po „Broken Homes”, najnowszą powieść o Peterze Grancie, która ukaże się na rynku w przyszłym roku.


poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Rozpoczęła się gra o tron... (George R.R. Martin, "A Game of Thrones")


Ja i George R.R. Martin znamy się nie od dziś... Kiedyś, jeszcze w czasach młodości, kiedy zaczytywałam się fantasy, wpadła mi w ręce książka zatytułowana „Gra o tron” - koszmarna okładka nie zniechęciła mnie, ale ta sporych rozmiarów powieść jakoś nie specjalnie przypadła mi do gustu, głównie dlatego, że urwała się dość raptownie i bez oczekiwanego rozwiązania... Przeczytałam, odłożyłam i zapomniałam – można by było powiedzieć. W zeszłym roku jednak, kiedy wszyscy zaczęli się zachwycać serialem na podstawie książki, w mojej pamięci otworzyła się mała szufladka. Hey presto! Przypomniałam sobie szczegóły, co jak najlepiej świadczy o książce czytanej przed laty. Obejrzałam wspólnie z zachwyconym Ulubionym Anglikiem serial, a potem stwierdziłam, że tak właściwie, to trzeba byłoby kontynuować znajomość z panem Martinem... Zgodnie ze swoim zwyczajem zdecydowałam się zacząć od początku, od pierwszego tomu, czyli „A Game of Thrones”. Zaopatrzyłam się także przezornie w tom drugi, „A Clash of Kings”. Na potem. I tu zaczęły się schody, bo tom pierwszy zaczęłam i jakoś tak przerwałam w połowie, bo przecież pamiętałam dość dokładnie, co i jak, zwłaszcza, że i serial był wciąż świeży w mojej pamięci. Książka stała więc przez jakiś czas spokojnie kurząc się na półce, aż do tej pory. Bo oto nadszedł czas na drugi sezon, a więc i na drugi tom, zupełnie mi nie znany. Po zastanowieniu doszłam do wniosku, że powinnam porzucić tom pierwszy i skoncentrować się na tomie drugim. I takoż się stało – zaczęłam „A Clash of Kings”, z zainteresowaniem pochłaniając kolejne strony, aż pojawiły się w mojej pamięci luki. Oho, pomyślałam sobie, trzeba jednak dokończyć ten nieszczęsny pierwszy tom, bo nie godzi się pozostawiać tak zacnej opowieści niedoczytanej...! Decyzję ułatwił fakt, że tom drugi udało mi się zostawić w czwartek w pracy... Co prawda opanowała mnie chciwość i natychmiast ściągnęłam „A Clash of Kings” na kindla, krok, którego wydawało mi się nigdy nie uczynię, bo po co mi dwa egzemplarze tej samej powieści... Ale zdecydowałam się jednak na dokończenie „Gry o tron”. Tym samym mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że moja przygoda z „Grą o tron” rozpoczęła się na dobre. I zapewne szybko się nie skończy...
Co można nowego napisać o fenomenalnej serii Martina? Jedno słowo przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Pieśni Lodu i Ognia – epopeja. Oto kilka szczegółów, które mogą przekonać wahających się do sięgnięcia po „Grę o tron” i kolejne tomy serii.
Po pierwsze, rozliczni bohaterowie, nie tylko pierwszoplanowi, którym autor udziela głosu, ale też drugorzędni, postacie z dalszego planu, a wszyscy tak pełnokrwiści i pełni życia, że czytelnikowi wydaje się, że istnieli oni naprawdę. Prawdziwi bohaterowie, którzy zdradzają, knują, kochają, nienawidzą, rodzą dzieci, umierają i popełniają błędy. W dodatku, to co specjalnie mi się spodobało, żadnego z tych bohaterów nie można nazwać dobrym, lub złym, są najczęściej bardzo ludzcy i pełni wad. Czytelnik nie śledzi dziejów jednego kryształowo czystego bohatera, którego losów i przyszłości od razu można się domyśleć. Nie, kryształowo czyste postaci nie istnieją, a ci, którzy kierują się w swym życiu prawością i honorem wielokrotnie przekonują się, że honor nie chroni ich przed zdradzieckim ostrzem wbitym w plecy. A do tego (jak słyszałam), im dalej, tym postacie stają się ciekawsze!
Po drugie, „Grę o tron” czyta się jak wciągającą i bardzo prawdziwą powieść historyczną. Myślę, że jest to fantasy dla tych, którzy nie przepadają za tym gatunkiem, a za to uwielbiają opowieści o przeszłości, bo bardzo mało w tej książce magii czy nadprzyrodzonych zjawisk, za to jest wszystko, co można znaleźć w dobrej powieści historycznej. Martin stworzył skomplikowaną, wielowątkową fabułę. To nie jest kolejna opowieść o wybrańcu losu, który podąża szlakiem swojego przeznaczenia ku nagrodzie i szczęściu. To prawdziwy świat, w którym króluje polityka, wojna, liczą się rodzinne koneksje, złoto i szybki refleks. Tu wszyscy mają szansę na zwycięstwo, ale większość przegra już na starcie. Do tego świat „Gry o tron”, jest tak dokładnie przedstawiony, pełen szczegółów i drobiazgowych detali, kompletny i całkowity, że zapiera dech w piersiach swoim ogromem. Martin pomyślał nie tylko o geografii, historii, religii, ale i o heraldyce i genealogii.
Po trzecie - „Gra o tron” to skomplikowana, zawikłana, wielowątkowa fabuła, zwroty akcji nie do przewidzenia, niespodziewane posunięcia i rozwiązania, które czytelnika przyprawiają o zawrót głowy. Radzę wam, nie przywiązujcie się zbytnio do żadnych postaci, bo nigdy nie wiadomo, co się z nimi stanie... Zastanawiam się, czy Martin cały zamysł tej epickiej serii miał z góry ustalony, czy też niektóre wątki pojawiały się już w trakcie pisania. Saga rośnie bowiem z tomu na tom – gdzieś czytałam, że autor planował trylogię, a do tej pory ukazało się pięć tomów, w tym dwa z nich w dwóch częściach. Razem siedem książek. Czytałam też, że George R. R. Martin planuje kolejne dwa tomy tej monumentalnej serii. Mam tylko nadzieję, że uda mu się zachować tempo i podtrzymać zainteresowanie czytelników aż do samego końca...
Więcej was przekonywać nie będę. Dajcie Martinowi i jego serii Pieśń Lodu i Ognia szansę, przeczytajcie „Grę o tron”, nawet jeśli oglądaliście też serial, który swoją drogą jest bardzo dobrze zrobiony. Zachłysnijcie się książką i sięgnijcie po kolejne tomy.
A jeśli przez jakiś czas nie będzie się u mnie nic działo, to dlatego, że Westeros wzywa. Wszak jestem dopiero w połowie drugiego tomu i do końca daleko...

czwartek, 22 grudnia 2011

It's the Season to Be Jolly ("Wiedźmikołaj" - Terry Pratchett)

Któż to pędzi przez świat saniami zaprzężonymi w świnie o wdzięcznych imionach Kieł, Ryj, Dłubacz i Grzebacz? Kto dostarcza dzieciom prezenty w wigilię Nocy Strzeżenia Wiedźm? To Wiedźmikołaj, dobrotliwy staruszek z workiem podróżujący w towarzystwie elfa, wciskający się przez komin i dobrodusznie roześmiany – HO HO HO! Tylko dlaczego elf ma dorabiane uszy, a Wiedźmikołaj kościsty tyłek? W dodatku mówi głosem Śmierci?! Na te pytania będzie musiała znaleźć odpowiedzi Susan Sto Helit, wnuczka Śmierci, guwernantka i pogromczyni strachów spod łóżka. W poszukiwaniach odpowiedzi pomogą jej Śmierć Szczurów (Grim Squeaker), kruk bezskutecznie udający rudzika i o, bóg kaca… Przeszkadzać zaś będzie złowieszczy pan Herbatka  i mroczni Audytorzy…
Co najbardziej podobało mi się w "Wiedźmikołaju" Terry'ego Pratchetta? Przede wszystkim to, że Świat Dysku zaludniają niesamowicie plastycznie opisane postacie – doprawdy, trzeba mieć nie lada wyobraźnię, żeby stworzyć tylu interesujących bohaterów!  Na przykład Śmierć - antropomorficzna personifikacja na co dzień odziana w czarną szatę, podróżująca na koniu imieniem Pimpuś i zawsze mówiąca WIELKIMI LITERAMI. ( Już teraz wiem, że najbardziej mam ochotę poczytać te książki z cyklu, w których Śmierć jest głównym bohaterem!) Albo pan Herbatka (wymawia się"Hérr-bat-ká”, z akcentem na ostatnie a) – socjopatyczny członek Gildii Skrytobójców, o wyglądzie niewinnego chłopięcia i umyśle morderczego geniusza. Poza tym język – „Wiedżmikołaj” pełen jest dowcipnych  dialogów, dywagacji i zdań, które świetnie nadają się do cytowania… Przy okazji – podoba mi się bardzo praca tłumacza nad przerabianiem nazw własnych i imion w książkach Prattchetta. Dobry przekład przy takich książkach to podstawa!
Za co jeszcze polubiłam „Wiedźmikołaja” ? Za koncept! Noc Strzeżenia Wiedźm to przecież nasze Boże Narodzenie, podobnie skomercjalizowane i pełne sztucznych rytuałów, pazerności i obżarstwa, wyśmiane przez Pratchetta. Poza tym – Śmierć jako Święty Mikołaj? Genialny pomysł…
„Wiedźmikołaj”  Terry’ego Pratchetta to kolejna pozycja z mojej świątecznej serii –tym razem lektura nieco inna od pozostałych powieści…  To książka dla wielbicieli cyklu Świat Dysku, specyficznego, absurdalnego humoru Pratchetta, ekscentrycznych postaci, dziwacznych rytuałów i obyczajów, książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują dużej dawki zdrowego śmiechu.  „Wiedźmikołaj” (czyli „Hogfather”)  to moja pierwsza od wielu lat wizyta w Świecie Dysku. Specyficzny humor Pratchetta nie wszystkim się podoba, ale mnie ta książka rozśmieszyła i rozbawiła. Polecam „Wiedźmikołaja”  jako świąteczną  lekturę z przymrużeniem oka. HO HO HO.

sobota, 19 marca 2011

"Dożywocie" - Marta Kisiel (alleluja!)


Całkiem niedawno, i wcale nie tak bardzo daleko, był sobie dom w stylu gotyckim z wieżyczką, zwany Lichotką, położony na totalnym odludziu, w lesie, z dala od cywilizacji. I był też właściciel tego domu, Konrad Romańczuk, początkujący pisarz, mieszczuch wychowany w betonach, który odziedziczył ten dom. Odziedziczył wraz z inwentarzem, na który składają się:

Licho (szt. 1) – anioł stróż pierwszego właściciela Lichotki. Znaki szczególne – skrzydła i bamboszki, środki czystości zawsze na podorędziu, albowiem Licho nie śpi. Licho maniacko sprząta. I kicha, alleluja. Albowiem ma uczulenie na pierze. W tym własne.
Krakers (szt. 1) – pradawny stwór z czeluści zła, obecnie zamieszkujący spiżarnię. Znaki szczególne – macki. Zainteresowania – gotowanie.
Szczęsny (szt. 1) – widmo panicza, który dwieście lat temu strzelił sobie w łeb. Znaki szczególne – blond pukle, artystyczne rozmemłanie, zmienny stan skupienia. Zainteresowania – poezja i robótki ręczne.
Utopce (szt. 4) – zamieszkują staw. Lubią kąpiele w wannie.

Jak można sobie wyobrazić, nowy właściciel nie ma lekkiego życia, usiłując się przystosować do życia w Lichotce, borykając się oprócz codziennych kłopotów z niecodziennymi lokatorami dożywotnimi domiszcza. Z to czytelnik to ma dopiero ubaw po pachy...! Albowiem „Dożywocie” Marty Kisiel to książka dowcipna, momentami histerycznie śmieszna, a do tego napisana z polotem i swadą.

Książka to właściwie pięć długaśnych opowiadań, rozgrywających się w czasie roku spędzonego przez Konrada w Lichotce. Historie pozornie zwyczajne, dzięki niezwyczajnym bohaterom nabierają nowego, ciekawego kształtu, zaskakują, nabierają wręcz szatańskiego tempa, ani chwilę nie nudzą i nie pozwalają się od książki oderwać. Dotyczą też spraw nam bliskich i ważnych – poszukiwania swego miejsca w życiu, dojrzewania, odpowiedzialności... Jak w najlepszych powieściach przygodowych pojawiają się i źli bohaterowie i piękne kobiety, jest miłość, namiętność, zdrada, egoizm i poświęcenie. „Dożywocie” można by nazwać bajką dla dorosłych, w której dobro zwycięża, a zło zostaje ukarane. Ale chociaż motywy nie są nowe, za to w jakim stylu zastały ukazane! Wszystko dzięki dożywotnikom” Lichotki, którzy stanowią mieszankę wybuchową i nakręcają całą książkę. (To kolejny z wielu powodów dla których „Dożywocie” mi się tak bardzo spodobało.) Przede wszystkim są oni na zmianę zabawni, wzruszający, denerwujący i rozczulający. I bardzo „żywi” (nawet ci nieżywi, hi, hi) – niemalże wyskakują z kartek książki, domagając się uwagi. W dodatku każdy z nich ma własne indywidualne cechy, własne problemy i życiowe cele, co sprawia, że stają się oni pełnokrwistymi postaciami. A o takich czyta się najlepiej.

Ponadto bardzo przypadł mi się do gustu styl autorki, jej absurdalny humor i wyobraźnia, która rozpasała się jak dzika i nie dała się ujarzmić, wrzucając do książki masy zabawnych sytuacji, wydarzeń i humorystycznych scenek. Wszystko to okraszone językiem żywym, giętkim, pełnym literackich nawiązań, cytatów i żartów. Językiem, który porywa czytelnika od pierwszych stron, przyprawia o zawrót głowy i dzikie wybuchy radości.

Kto jeszcze nie czytał „Dożywocia” Marty Kisiel niech po nie sięgnie, żeby się rozerwać w doborowym towarzystwie i odpocząć od codziennych trosk i problemów. Jeśli ładnie się poprosi, Licho przyniesie ciasteczka i gorące kakao, żeby wam umilić lekturę jeszcze bardziej. A o tym, jak mi się ta książka spodobała, niech świadczy fakt, że niebawem po nią znów sięgnę, żeby sobie podczytywać co lepsze fragmenty. Zasiedziałam się w Lichotce i nie chce mi się stamtąd ruszać.
PS. Jak widać powyżej, Enga, po której recenzji sięgnęłam po książkę, nie ma się czego obawiać. Przechodzę na stronę miłośników Lichotki i natychmiast adoptuję Licho. :) Autorkę proszę usilnie o wzmożoną pracę twórczą, w jak najszybszym tempie. Najlepiej dalej o mieszkańcach Lichotki.

czwartek, 9 grudnia 2010

Dawno, dawno temu, za górami i morzami (Opowieści z Wilżyńskiej Doliny - Anna Brzezińska)

Lubię fantasy, chociaż już nie czytam tyle książek z tego gatunku co kiedyś. A czytałam bez opamiętania, chociaż trzeba było dopiero Sapka, mistrza nad mistrzami, żebym zaczęła myśleć poważnie o polskich autorach fantasy. Za to pamiętam parę  nazwisk, które swego czasu zrobiły na mnie wrażenie – oczywiście Andrzej Sapkowski, ale też Eugeniusz Dębski, Ewa Białołęcka... Teraz dochodzi do nich Anna Brzezińska, znana głównie jako autorka książek z serii o zbóju Twardokęsku, serii, która, trzeba dodać,wciąż jeszcze przede mną. Ja znajomość z tą poczytną pisarką zaczęłam od Opowieści z Wilżyńskiej Doliny, zbioru arcyciekawych opowiadań, które są zresztą umieszczone w tym samym świecie, co saga o Twardokęsku., Można więc moje zapoznanie się z tą książką traktować jako kładzenie podwalin pod przyszłą lekturę... A coś tak czuję, że prędzej czy później wrócę do świata stworzonego przez Annę Brzezińską. Bo chociaż jest to świat przerażający, pełen przemocy i strachu, to jednak jest też pełen miłości, pożądania i piękna.

Wilżyńska Dolina leży na skraju cywilizacji, która omija ten zapyziały zakątek świata i jego mieszkańców szerokim łukiem. Ci odważni niech próbują szczęścia w dalekich krajach, ale w tej okolicy, gdzie ludzie nieufni, ciemni i zabobonni, niewiele się zmienia. Pory roku przychodzą i mijają, od czasu do czasu przejdzie wojna lub grasanci, a jednak życie toczy się dalej. Nad spokojem doliny czuwa bowiem Babunia Jagódka, ginekologiczna znakomitość dwóch powiatów, właścicielka zaklęcia „młoda i piękna”, capa i wygodnej chałupy, do której prowadzi ukryta dróżka. Odważni ludzie, którzy zapuszczą się w jej dziedzinę mogą spodziewać się wszystkiego. Babunia Jagódka jest bowiem wiedźmą, w dodatku jest złośliwa, właściwie wredna, nie lubi obcych i ceni sobie spokój. Owszem, lubi i w sianie pofiglować, na sztachecie się przelecieć, gorzałki popić albo wybrać się na rydze. Ale jeśli ktoś jej nie spodoba, nadepnie na odcisk, albo zacznie przeszkadzać – nie ma litości! Natomiast jeśli się ją odpowiednio podejdzie, to pomoże i córce młynarza i wiejskiej ladacznicy i świniopasowi. Co prawda, jej czary i zaklęcia nie zawsze idą po myśli życzącego, ale koniec końców – wszystko się dobrze kończy, prawda?

Niestety, świat Babuni Jagódki nijak się ma do znanych nam bajek, gdzie zło zawsze zostaje ukarane, a dobro nagrodzone. To świat pełen przemocy, gwałtu, mordu i ludzi o niegodziwych intencjach. Znane z bajek motywy zostają więc przeinaczone lub wręcz bezlitośnie wyśmiane. Zło panoszy się wszędzie i jest po prostu nieodzowną częścią życia, a dobro ma czasem zwyczajnie pecha. Jednak dzięki temu opowieści z Wilżyńskiej doliny stają się nam bliższe, bardziej współczesne i jakże przez to ciekawsze. W dodatku język jest odpowiednio przaśny, jurny i wyrazisty, Nie zabraknie w nim przekleństw, soczystych opisów i sprośnych dowcipów, nie przeznaczonych dla delikatnych niewieścich uszek. Zresztą niewiele w tych opowiadaniach znajdziemy delikatnych niewieścich uszek, bo chłopskie baby są zwykle zupełnie inne – na równi z mężczyznami potrafią pić i prać po pysku. A nie mają w dolinie lekko – poniewierane przez mężczyzn, głodne, bite lub gwałcone, z trudem czasem radzą sobie z ciężką rzeczywistością.

W świecie Babuni Jagódki, obok typowych stworów i fantastycznych istot należących do nurtu fantasy, nie brak też tradycyjnych postaci, kojarzących się z wiejskim folklorem. Jest władyka, starosta i pleban. Jest nawet książę. I chociaż bogowie, którym oddaje się zwyczajowo cześć, występują pod całkiem obcymi imionami, chociaż porządku pilnują w pałacu wojownicze Servenedyjki, a choróbska, które dziesiątkują okoliczną ludność też się jakoś inaczej nazywają, to wiele w tym świecie podobieństw do średniowiecznych wiejskich klimatów. Nic dziwnego, wszak autorka jest mediewistką i zna się na rzeczy. A do tego potrafi pisać – ciekawie, wciągająco, dowcipnie i z wdziękiem. Aż szkoda świat Wilżyńskiej Doliny i Babuni Jagódki opuszczać. Na szczęście zawsze można spróbować odnaleźć trzecią, tajemniczą ścieżkę, która wiedzie wprost pod drzwi chatki wiedźmy. I jeśli jest się odważnym, można też te drzwi po cichu otworzyć. A za nimi czeka na nas kolejna opowieść z Wilżyńskiej Doliny.

wtorek, 2 listopada 2010

Wiedźma W. Redna Olgi Gromyko



Weekend skończony, goście pojechani, książki się czytają, na pierwszy ogień poszła Wiedźma Opiekunka Olgi Gromyko. Przesympatyczna opowieść o wiedźmie i wampirach, która dostarczyła mi kilku przyjemnych godzin rozrywki. Część pierwszą przeczytałam latem (po przypomnieniu sobie dwóch pierwszych książek pani Gromyko, Zawód Wiedźma), część drugą teraz i mogę stwierdzić z czystym sumieniem, że mi się fantastyka w wykonaniu białoruskim spodobała. W czterech tomach powieści śledzimy losy wiedźmy W.Rednej, rzeczywiście często wrednej, od praktyk studenckich spędzonych na pisaniu pracy zaliczeniowej o wampirach z Dogewy, aż do zakończenia edukacji w Starmińskiej Wyższej Szkoły Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Po zakończeniu nauk Wolha , przyjaciółka władcy Dogewy, postanawia objąć posadę wiedźmy właśnie w krainie wampirów, ale pojawiają się niespodziewane przeszkody – najpierw staż na zamku, potem władca udaje się do sąsiedniej doliny na spotkanie narzeczonej, a do tego sprawy komplikują różne zbiry, najemniczka Orsana i biały wilk.
W malowniczy świat wykreowany przez Olgę Gromyko szybko się wpada, a bohaterowie, nawet ci drugo i trzecioplanowi są też sympatyczni i ciekawi– pyskata wiedźma, trolle o niewyparzonym języku, krasnoludy albo zwykli ludzie, mieszkańcy okolicznych wiosek i miasteczek ,są barwnie opisani i pełni charakteru. Obok tak popularnych wampirów pojawiają się i słowiańskie, przaśne stwory – skrzaty, rusałki...
Może nie jest to powieść odkrywcza, bo fabuła koncentruje się wokół utartych schematów wyścigu z czasem, podróży głównego bohatera (albo bohaterki) w poszukiwaniu zaklęcia czy innego ratunku dla drugiej postaci. Może wampiry, najemnicy i wiedźmy nie są niczym nowym, bo pojawiły się już w tylu różnych powieściach Jednak myślę, że autorka znalazła jednak kilka ciekawych pomysłów na odświeżenie klasycznego wizerunku wampira-krwiopijcy a i ciekawie ukazała pozostałe wątki. Powieści Olgi Gromyko, napisane lekkim i dowcipnym piórem, czyta się przyjemnie, chichocząc pod nosem i szybko przewracając strony. Język Wiedźmy przypominał mi chwilami książki Sapkowskiego, albo Brzezińskiej – potoczysty, soczysty i dowcipny. Jedyny zgrzyt dla mnie stanowił język jakim się posługiwała najemniczka Orsana, w chwilach wzburzenia używająca „dialektu” z jej rodzimego państwa – co mnie denerwowało, bo znaczenia niektórych wyrażeń musiałam się domyślać, jako że brzmiały jak nie przetłumaczone zwroty z języka rosyjskiego... Ale mimo to, czytając Wiedźmę Opiekunkę bawiłam się przednio i mam ochotę powrócić do Dogewy, Wolhy, Lena i ich historii.
Polecam miłośnikom fantasy zza płota i tym, którzy mają dość zachodnich pomysłów i wzorców i szukają czegoś innego.
Czas na kolejną książkę ze Stosu - do usłyszenia!

niedziela, 5 września 2010

"Wiedźma.com.pl" - Ewa Białołęcka


Współczesna wiedźma mieszka w małej, zabitej dechami wiosce o niegramatycznej nazwie Czcinka, rzuca uroki za pomocą płytek CD i widzi duchy. Ma na imię Reszka i jest uzależniona od internetu. Wcale nie chce być wiedźmą, ale kiedy po dalekiej krewnej dziedziczy niespodziewanie stary dom, nagle jej życie wywraca się do góry nogami. Krewna okazuje się wredną zjawą, która nawet po śmierci chce za wszelką cenę rządzić okolicą, duchy są całkiem sympatyczne, a dodatkowych rozrywek dostarcza miejscowy „dochtór”. Główna bohaterka jest sympatyczna, kuta na cztery nogi i ma do świata bardzo... otwarte podejście. Nie straszne jej główki dzieci w słoikach, piwnice i bunkry, trenuje krav magę i potrafi sklecić całkiem porządne zaklęcie ochronne.

Kiedyś czytałam książki fantasy nałogowo i zgromadziłam ich sporą kolekcję. Teraz czytam je znacznie rzadziej i ciężko mi znaleźć nowych ciekawych autorów, więc czytam  głównie tych znanych i sprawdzonych. Bardzo podobały mi się poprzednie książki Ewy Białołęckiej, więc Wiedźmę.com.pl zakupiłam już kilka lat temu, przeczytałam i w sierpniu przywiozłam ze sobą jako część dwudziestokilogramowej przesyłki. Ponieważ w dalszym ciągu mam prawie wyłącznie ochotę na powtórki książkowe, postanowiłam sprawdzić, czy Wiedźma... zrobi na mnie takie samo przyjemne wrażenie jak za pierwszym razem. Zrobiła. Lubię język Białołęckiej i jej sposób pisania, który sprawia, że książkę czyta się szybko i z przyjemnością, chichocząc od czasu do czasu i wydając inne dźwięki pozytywne. Perypetie sympatycznej Reszki wciągnęły mnie bez reszty, książka wspaniale spisała się jako lektura na niedzielne popołudnie przy herbatce. Mogę spokojnie orzec, że Wiedźma.com.pl już na dobre znalazła miejsce wśród moich ulubionych lektur lekkich, łatwych i zabawnych. Szkoda tylko, że Białołęcka nie pisze częściej i więcej...