Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2016

Świętosława, harda królowa (Elżbieta Cherezińska - "Harda")

Co bym nie napisała o „Hardej” Elżbiety Cherezińskiej, i tak zdawać mi się będzie, że nie potrafię oddać wystarczająco swojego zachwytu. Jej powieści od kilku lat sprawiają, że szybciej bije mi serce – a od pierwszego spotkania z „Koroną...” Piastowie zawładnęli moją wyobraźnią i po prostu nie dość mi książek o pierwszych władcach Polski. Kiedy więc jakiś czas temu ukazała się ekscytująca wiadomość, że Elżbieta Cherezińska napisała kolejną książkę, podstępnie namówiłam moją biedną rodzicielkę do kupienia książki w dniu jej premiery (ach, za to właśnie uwielbiam mojego kindelka!), niecierpliwie przeczekałam dzień pełen przeszkadzaczy i wieczorem wsiąkłam w lekturę. Nie wychynęłam ze świata „Hardej” dopóki jej nie skończyłam. Szkoda, że te 600 stron minęło tak szybko, ale za to pocieszam się tym, że we wrześniu wyjdzie jej kontynuacja, czyli „Królowa”.

Ad rem, zatem, spróbujmy opisać to, co mi się w tej książce podobało… Po pierwsze to, że dotyczy okresu w historii Polski, o którym właściwie mało wiadomo, a większość informacji pochodzi niejako z drugiej ręki – a mimo tego autorce udało się utkać z pojedynczych nici piękną opowieść – tu i ówdzie wypełnioną własnymi wyobrażeniami, tu i tam wymyśloną na nowo, ale w każdym względzie porywającą. Początki naszego państwa, rosnąca potęga księstwa leśnych polan (a propos, piękna jest ta interpretacja pochodzenia nazwy naszego państwa), polityczne machinacje Mieszka i Bolesława – takie powieści sprawiają, że można być dumnym z naszej historii. A czego w tej opowieści nie ma – jest chrzest, którego przyjęcie jednym ruchem przestawiło pionki na szachownicy politycznej naszego zakątka Europy, są i ambicje polityczne ojca i syna, którzy odważyli się sięgnąć dalej, niż ich przodkowie, są i polityczne przymierza, w których targuje się własną rodziną, a przede wszystkim największym atutem – córkami. Dzięki córkom, traktowanym właściwie jako część ruchomego majątku, można osiągnąć wiele, można umocnić swoją pozycję na granicy kraju, zadbać o zbrojne wsparcie i pomoc przeciwko wspólnemu wrogowi. Nic więc dziwnego, że Cherezińska poświęca najwięcej miejsca tym, którym dedykuje swoją powieść – „bezimiennym zapomnianym księżniczkom piastowskim”.

Świętosława i Olav?
Tak więc po drugie – bohaterowie. Mimo iż tytuł zakłada, że główną bohaterką jest Świętosława, to ucieszyło mnie wielce to, że historia zaczyna się od Mieszka, a głos zabiera w niej także Bolesław (od razu stwierdziłam, że muszę znowu przeczytać „Grę w kości”, żeby sobie odświeżyć jego historię i rolę odegraną w historii Polski – wszak niektórzy bohaterowie pojawiają się w obu książkach, a Piastów nigdy nie za wiele!), jego dwie przyrodnie siostry (licentia poetica, być może, ale bardzo wiarygodna i jak najbardziej dodająca historii smaczku), Olav, Sven i oczywiście Świętosława. Ach, ta Świętosława! Żałuję, że mało (zupełnie nic?) mówi się o niej na szkolnych lekcjach historii. A przecież to właśnie opowieści o interesujących postaciach mogą sprawić, że nasza historia wyda się wreszcie ciekawsza, łatwiejsza do zapamiętania, bardziej swojska a jednocześnie jak najbardziej fascynująca. Świętosława to właśnie taka postać – córka i siostra władcy Polski, która znalazła sobie miejsce w skandynawskich sagach, jako królowa Szwecji, Norwegii, Danii i Anglii. Wielka szkoda, że właściwie wiadomo o niej tak mało, że wśród historyków trwają spory, czy w ogóle istniała, czy nie pomylono jej z innymi kobietami z tamtego okresu, czy jej imię naprawdę brzmiało Świętosława, Sigrida Storrada, Harda Królowa. Cherezińska daje Świętosławie głos, a także ciało z krwi i kości. Daje jej siostry, mężów, dzieci i dwa dzikie rysie, każe kochać, nienawidzić, buntować i godzić się z losem. Czyni ją zatem w oczach czytelników tak wielce prawdziwą, jakby jej pochodzenie nie pozostawiało ani cienia wątpliwości, jakby była to jedna z najlepiej znanych postaci średniowiecza. I chwała jej za to, bo dzięki temu powieść ma (tak jak i pozostałe!) ten nieuchwytny i jeden w swoim rodzaju klimat.

No i wreszcie po trzecie  - klimat. Najtrudniejsze do opisania w recenzji książki nieuchwytne coś, co sprawia, że po książki Elżbiety Cherezińskiej będę sięgać w ciemno. Klimat, czyli sposób, w jaki autorka wciąga czytelnika w sam środek fabuły, w środek akcji, stawia mu przed oczami rząd postaci  i mówi: „Wybieraj. Kto ci się najbardziej podoba? Na kogo głos będziesz niecierpliwie czekać? Kto cię urzecze? Kto zasmuci? Które sceny i dialogi cię zachwycą, które rozbawią? Uważaj na jastrzębia i rysie, bo mogą cię podrapać.” Jest coś w tych piastowskich opowieściach takiego, że oderwać się od nich nie można. Nie ma tu co prawda obecnego w Odrodzonym Królestwie pierwiastka magicznego, ale kto wie? Wszak to dopiero początek historii Polski, a nuż jastrząb Mieszka i rysie Świętosławy to zapowiedź czegoś więcej?

Należałoby jakoś zakończyć ten pochwalny elaborat, żeby było i konstruktywnie i z puentą i zachęcająco. Ni jak nie potrafię. Czytajcie książkę, sami przyznajcie mi rację. A ja będę teraz czekać do września na „Królową”, żeby po raz kolejny zanurzyć się w piastowskiej historii. Odświeżę sobie też zapewne znajomość z resztą dynastii z Odrodzonego Królestwa. A potem to już mi tylko jedno pozostanie, będę dręczyć autorkę. Pani Elżbieto, ja bardzo proszę się pospieszyć z pisaniem. Pani książki mi się kończą, co ja będę czytać, jak już przeczytam te trzy co mi zostały???

wtorek, 31 maja 2016

Tydzień z nosem w książce (2)

Nic się na blogu nie dzieje, ale to nie znaczy, że nie czytam! Pisanie wciąż idzie mi ciężko, wybiłam się bezdyskusyjnie z rytmu i nie wiem, jak tu mam znaleźć czas na pisanie, kiedy go boleśnie nieraz brak na czytanie... Cóż, pogodziłam się z tym, że czasem jedyną lekturą jaką przeczytam przez cały dzień jest „Pan Brumm jedzie pociągiem” Daniela Nappa (swoją drogą świetna książka, jedna z ulubionych Mini lektur). Więcej mnie na Instagramie, gdzie albo cieszę się, że coś mi się uda w danym dniu przeczytać (no dobrze, głównie zacząć), albo snobuję się, pokazując swoją biblioteczkę... Mimo tego udało mi się ostatnio skończyć kilka książek, głównie dlatego, że większość z nich przeczytałam na telefonie, korzystając z kindlowskiej aplikacji, bo tylko tak mogę być pewna, że czas na czytanie wykorzystam maksymalnie. (Tak przy okazji, to zaczynam się zastanawiać po raz pierwszy nad sensem kupienia kindla z podświetlaczem - żeby się dało czytać po ciemku - ale zdecydowana jeszcze nie jestem). 

Ad rem zatem! Po pierwsze przeczytałam „Only Beloved”, romans Mary Balogh, mojej ulubionej autorki regencyjnych romansów "z głową", kończących jej serię The Survivors Club. Ta seria to siedmioksiąg, bo autorka ma niezły zamach i naprawdę potrafi pisać, a historie przez nią opisywane w niej dotyczą ludzi, którzy przeżyli różne traumy w czasie wojen napoleońskich i podczas wieloletniej kuracji w domu jednego z bohaterów stworzyli grupę wsparcia i zostali przyjaciółmi. W każdej książce śledzimy losy jednego z nich i, jak to zwykle w romansach bywa, jest tu miłość, niekiedy taka, co przychodzi z czasem i nad którą trzeba pracować, jest i jakaś intryga i jest nieodzowne szczęśliwe zakończenie, wcale nie przesłodzone, na szczęście, bo jak już wspomniałam, według mnie autorka ma klasę i pisze świetnie. Polecam Mary Balogh miłośnikom romansów z czasów regencji, ale i nie tylko.

Po drugie, skończyłam czytać kilka książek, za których polecenie odpowiada chiara. Otóż to właśnie ona tak skutecznie zachwalała serię Stacja Jagodno Karoliny Wilczyńskiej, że z rozpędu przeczytałam obie dostępne części – „Zaplątana miłość” i „Marzenia szyte na miarę”. Po trzecią, która właśnie dopiero co wyszła, też pewnie sięgnę. Kiedyś przeczytałam książkę „Ta druga” Karoliny Wilczyńskiej  i spodobało mi się to, że za tym tytułem nie skrywała się sztampowa opowieść jakiej by się można spodziewać, ale coś zupełnie innego i nietypowego. Podobnie i w Stacji Jagodno, autorka na szczęście nie idzie utartym szlakiem w kierunku „zmęczona życiem kobieta przeprowadza się na wieś i tam poznaje rodzinne historie lub/i miłość swego życia”. Bohaterka „Zaplątanej miłości”, Tamara, nie przeprowadza się na wieś, ale tam jeździ, najpierw przygotowując kampanię wyborczą, potem powodowana ciekawością, wreszcie poszukując zrozumienia i rozwiązania swoich problemów. Owszem romans jest, ale jakoś raczej zepchnięty na boczny tor, a więcej uwagi poświęca Wilczyńska relacjom między trzema pokoleniami kobiet – matką, babką i córką. Do tego dochodzi tajemnica małego białego domku i jego mieszkanki, babci Róży, i już mamy ciekawą powieść obyczajową, która opiera się stereotypom, a ponieważ nie wszystko zostaje wyjaśnione, czytelnik (czytaj: ja), chętnie sięga po drugą część. W tej drugiej części poznajemy nowych bohaterów, nowe tajemnice – tylko główny wątek moim zdaniem nieco rozpływa się pomiędzy tymi wszystkimi sekretami. Nie ma już romansu, jest tylko domek Róży i nowe mieszkanki posiadłości ukrytej w lesie. Mam nadzieję, że kolejna część serii przyniesie nam więcej interesujących wątków i rozwiązań i że autorce uda się podtrzymać ciekawość czytelników (czytaj: moją). Kolejny plus za dalszy brak oczywistego romansu i podjęcie zupełnie innych wątków, głownie tych dotyczących relacji między rodzicami a dorosłymi dziećmi.

Ostatnia książka to „Rzeka zimna” Magdaleny Kawki – pierwsza książka tej autorki i na pewno nie ostatnia. Zdecydowanie nie kolejna opowieść o pięknym i szczęśliwym miasteczku, gdzie wszyscy się kochają. Zamiast tego Magdalena Kawka serwuje nam tajemnicę zaginionej pisarki, na której poszukiwanie wyrusza jej córka, która od wielu lat nie może się z matką porozumieć. Zamiast opowieści o wybaczaniu, tajemnicach z dzieciństwa, autorka podaje nam zimny thriller, osadzony w małej, zaśnieżonej miejscowości Grzmoty. Mamy więc i sekrety, które rozgrzebuje Tamara, mamy i bezwzględne typy, wszędobylskie baby, wiejskie plotki i  nawet ducha. Nie jest to może wstrząsająca historia, której nie można zapomnieć, ale jest to zgrabnie napisana książka, która jest dowodem na to, że wsi spokojna i wesoła jest tylko od czasu do czasu. 

No proszę, okazuje się, że z tego wszystkiego zrobił się (niezamierzenie) długaśny wpis. Ja zatem wracam do czytania (jestem w połowie „Eligible” Curtis Sittenfeld – obiecuję notkę jak tylko skończę czytać, słowo harcerza!), a wszystkich czytelników Ex Librisa zapraszam do komentowania i rekomendowania nowych polskich autorów i autorek. Do przeczytania!

sobota, 26 lipca 2014

Karzeł, tron i korona (Elżbieta Cherezińska, "Niewidzialna korona")

Już prawie od tygodnia zastanawiam się, co mam napisać o "Niewidzialnej koronie" Elżbiety Cherezińskiej, żeby nie było bałwochwalczo, a jednak od serca i na temat. Najchętniej nie pisałabym nic, tylko kupiła dziesięć egzemplarzy książki i rozdawała ją jako prezenty. Uwielbiam, kiedy znajomi pytają mnie o książkowe rekomendacje, polecam wtedy moje ulubione powieści i czekam na odzew - zazwyczaj jak najbardziej pozytywny. No i mam teraz kolejną autorkę, której książki będę ludziom wpychać. Kupię w ciemno każdą książkę Cherezińskiej i mam tylko nadzieję, że kiedyś coś napisze o czasach królowej Bony, to osiągnę pełnię szczęścia.
 
Okazało się, że chociaż zawsze wydawało mi się, że Jagiellonowie są ciekawsi, to Piastów można pokochać, jeśli ktoś o nich będzie pisał tak, jak to robi Elżbieta Cherezińska. Chociaż lubię historię, to rozbicie dzielnicowe zawsze przyprawiało mnie o ból głowy (tyle małych księstw, w dodatku wszyscy książęta mieli na imię Henryk, Bolesław albo Kazimierz), a przecież historia Piastów jest po prostu bardzo, ale to bardzo ciekawa. Szczególnie ta, o której mowa w "Niewidzialnej koronie". 
 
Tak jak bohaterem poprzedniego tomu był Przemysł II, pierwszy po rozbiciu dzielnicowym król Polski, tak w tym tomie poznajemy losy kolejnych władców polskich, a główną postacią jest Władek, zwany Karłem, czyli Władysław Łokietek. Który wcale kolejnym królem Polski nie był, nie on też nosił niewidzialną koronę, wspomnianą w tytule, symbol państwa i polskości. (Doprawdy, moja znajomość historii kraju jest żenująca.) Łokietek to zresztą postać, której nie sposób nie polubić, mimo jego wad, jego porywczości, zapalczywości i upodobania do polowań. Przypominał mi zresztą postać Kmicic, bo podobnie jak on, Władek po prostu „dorasta” do swojej przyszłej korony. Ale sam Władek to nie wszystko, są też (jak i w poprzednim tomie) inni bohaterowie, równie mi bliscy – Rikissa, córka Przemysła, Jakub Świnka (zdecydowanie go za mało!), Michał Zaremba... Jest i praski Przemyślida, Vaclav II i jego syn-obżartuch. Niecierpliwie czekam na kolejny tom serii, żeby się dowiedzieć, jak potoczą się losy wielu postaci, które przewinęły się przez karty tej książki. 
 
Co więcej mogę napisać. Od „Niewidzialnej korony” nie sposób się oderwać. Ta potężna (rozmachem i objętością) powieść po prostu powala na kolana. I nie chodzi mi tu tylko o niesamowitą ilość zamachów, morderstw, małżeństw, przymierzy i sojuszów, które mogą przyprawić o ból głowy i którymi można by obdzielić kilka innych książek, ale o to, jak to jest wszystko opisane. Soczyście. Wciągająco. Z postaciami co to jak żywe, tylko co wylezą z książki i pojadą na polowanie, albo się okładać mieczami. Z odrobiną magii, która przyjmuje postać trzech bawiących się lwów, latającego gryfa czy żywych tatuaży. Aż się chce czytać, czytać i czytać. I kiedy dociera się do końca – nagle i niespodziewanie – kiedy okazuje się, że to już koniec i już, a reszta książki to tylko dodatki – to człowiekowi robi się strasznie żal. Mimo iż – według słów samej autorki – Odrodzone Królestwo powróci. Oby jak najszybciej.

Kiedy w 2012 roku skończyłam czytać "Koronę śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej okryłam się niemalże żałobą i pośpieszyłam zamęczać autorkę pytaniami o kolejny tom. Okazało się, że musiałam na niego czekać niemalże dwa lata. Przez ten czas zdążyłam polecić "Koronę..." kilku osobom, przeczytać dwa z czterech posiadanych tomów sagi Północnej Drogi i zaopatrzyć się w "Legion" oraz "Grę w kości". Mam nadzieję, że jak będę sobie te książki dawkować to starczy mi ich do czasu, kiedy autorka napisze kolejny tom serii Odrodzonego Królestwa. A najlepiej, gdyby już zaczęła go pisać, rzesze fanów czekają. O co autorkę pięknie proszę. Z przysiadami.

PS. A wy co tu jeszcze robicie? Idźcie czytać Cherezińską, a sio!

niedziela, 2 lutego 2014

Gdzie diabeł nie może tam siostry Sucharskie pośle... ("Drugi przekręt Natalii" - Olga Rudnicka)

Pamiętacie siostry Sucharskie, bohaterki „Natalii 5” Olgi Rudnickiej? W zeszłym roku przeczytałam pierwszy tom ich przygód, zachęcona recenzją Padmy i natychmiast zachciało mi się więcej. Wreszcie miałam okazję przeczytać tom drugi przygód sióstr i z przyjemnością mogę donieść, że autorka trzyma fason. Jednym słowem, „Drugi przekręt Natalii” w niczym nie ustępuje tomowi pierwszemu. Natalie to świetny przepis na serię, mam nadzieję, że Olga Rudnicka niedługo znów coś z nimi w roli głównej napisze, bo świetnie jej to wychodzi. Zupełnie jak w jakimś zaklęciu - weźmij kilka wrednych babek (najlepiej pięć), domieszaj do tego kilku facetów, dodaj do smaku garść brylantów, jakieś morderstwo, a wszystko polej smakowitą mieszanką dialogów, a wyjdzie ci z tego całkiem niezły kryminał.

„Drugi przekręt Natalii” zaczyna się dwa lata po zakończeniu części pierwszej. Kiedy znika były wspólnik ich ojca, Janusz Zawadzki, a w jego mieszkaniu pojawiają się zwłoki młodego mężczyzny, siostry Sucharskie zaczynają prowadzić własne dochodzenie. Czy starszy pan żyje? Czym tak naprawdę się zajmował? Co odziedziczyły po nim w spadku Natalie? Czy coś im grozi? Siostry będą się musiały nieźle nagłowić, nie tylko nad tym, co się tak naprawdę stało, ale też nad tym, w jaki sposób utrzymać swój udział w tajemnicy przed znajomymi policjantami, zwłaszcza, tymi, z którymi są związane... 

Co mogę powiedzieć o tej książce, oprócz tego, że mi się spodobała? „Drugi przekręt Natalii” to przede wszystkim postacie sióstr – postacie tak świetnie i udanie scharakteryzowane, że nie można wobec nich przejść obojętnie. Nieufne, patologicznie skryte, wciąż się kłócą między sobą, tylko po to, by wobec obcych trzymać wspólny front. W dodatku świetnie kłamią, są inteligentne i pewne siebie. Ich rozmowy pełne są słownych przepychanek i szybkich ripost, a że są w gorącej wodzie kąpane, akcja gna w tej książce na łeb na szyję. Jednym słowem - z siostrami Sucharskimi można się zaprzyjaźnić, ale chyba tylko na kartkach książki!

Po drugie, Olga Rudnicka pisze lekko, dowcipnie i sprawnie. „Drugi przekręt Natalii” czyta się świetnie – książka pełna jest szybkich scenek, napompowanych energią i zabawnych dialogów. Jednym słowem – jest to idealna lektura dla tych, którzy czekają lekkiej, zabawnej książki na zimowe popołudnie. Po trzecie - nie znaczy to, że autorce udało się ustrzec błędów. Moim zdaniem w kilku miejscach akcja toczy się zbyt szybko, plącze się za bardzo, a czytelnik może się pogubić w tej pozornie prostej intrydze. Jednak dla mnie zalety tej książki zdecydowanie przeważają nad wadami. Mam więc nadzieję, że to nie koniec przygód Natalii, bo bardzo chętnie poczytałabym więcej książek o nich. Polecam „Drugi przekręt Natalii” jako świetną, niezobowiązującą rozrywkę, w sam raz na kilka mroźnych wieczorów pod kocem.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Coś się kończy, coś się zaczyna... (Andrzej Sapkowski, "Sezon burz")

Na półce w moim dawnym pokoju czekają na mnie niemalże doszczętnie sczytane egzemplarze serii Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie. Ileż to wspomnień wiąże się z tymi powieściami, ile godzin spędzonych na czytaniu, ponownym czytaniu, doczytywaniu poszczególnych tomów i oczekiwaniu na nowe – czytałam Sapka zamiast uczyć się do egzaminu na studiach, moja mam usiłowała mnie zmusić do pisania pracy magisterskiej obietnicą przeczytania całej sagi (po przeczytaniu pierwszego tomu mama rzuciła się na kolejne z prędkością godną pozazdroszczenia, praca pisała się znacznie dłużej)... I wreszcie nadszedł ostatni tom, „Pani Jeziora” i bolesna pustka, której nie zdołała wypełnić ani powstała potem trylogia husycka, ani ponowne podczytywanie serii o wiedźminie. I chociaż niektóre tomy są miejscami mniej udane niż poprzednie, to do wiedźmina i jego kompanii pozostał mi sentyment na zawsze. I dlatego nie wiem jakim cudem niemalże udało mi się przegapić premierę „Sezonu burz” Andrzeja Sapkowskiego. Dopiero niedawno coś mignęło mi w sieci – nowa książka o wiedźminie! Fani sagi zapewne się podzielili na dwa obozy – tych, którzy mają autorowi za złe, że postać wiedźmina wskrzesił (przecież trzeba wiedzieć, kiedy rzecz skończyć!) i tych, którzy się po prostu cieszą, że mogą poczytać o przygodach Geralta z Rivii. Ja się chyba zaliczam do tego drugiego obozu – nowej książce Sapkowskiego oprzeć się nie mogłam. 
„Sezon burz” to opowieść o zmaganiach wiedźmina ze sztucznie wyhodowanymi potworami, z biurokracją, z pięknymi kobietami i z czarodziejską bracią. Geralt traci miecze, ląduje w więzieniu, podejmuje się kilku zleceń, romansuje na prawo i lewo - słowem, jak zwykle wplątuje się w kłopoty. Nie wiem dlaczego myślałam, że będzie to zbiór opowiadań – nic podobnego, przygody wiedźmina stanowią jedna całość, chociaż dzieje się w niej tyle różnych rzeczy, że ma się czasem wrażenie, że to jednak zbiór zebranych razem historii. „Sezon burz” to, jak pisze autor, ani prequel, ani sequel, a zupełnie coś innego. Dlatego chociaż w książce pojawiają się znane czytelnikowi postacie Jaskra, czy Yennefer, to nie ma w niej tych, którzy w sadze odgrywają pierwszoplanową rolę. I dobrze, bo przez to historia stanowi odrębną całość i nie psuje przyjemnych wspomnień związanych z oryginalnymi powieściami. Ku uciesze czytelników, pojawiają nawiązania do poprzednich tomów serii, które wywołują uśmiech na twarzy. Jednym słowem - czyta się nowego Sapka dobrze, z przyjemnością, z nutką nostalgii. A jednak... żeby moja opinia o tej książce była wyważona, dodam jednak, że wcale nie jest to najlepsza książka Andrzeja Sapkowskiego – poprzednie książki zdecydowanie zrobiły na mnie zdecydowanie większe wrażenie, wywoływały salwy głośniejszego śmiechu. A może ja już trochę z wiedźmina wyrosłam...?
Dosyć jednak wzdychania, Sapka skonsumowałam przecież błyskawicznie i nabrałam ochoty na przeczytanie całej sagi jeszcze raz. Bo nawet jeśli nie jest to już to samo, sentyment sprawia, że się przygodom Geralta z Rivii nie mogłam oprzeć. Bo czar wiedźmina wciąż działa, a Sapkowski potrafi pisać tak wciągająco, że oderwać się nie można. I jeśli napisze kolejną książkę o wiedźminie, to i tak ja przeczytam. Bo koło niektórych książek przejść obojętnie po prostu nie można.

wtorek, 5 listopada 2013

Pożegnanie z Paryżem ("Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk)

Droga Autorko, tego się czytelnikom nie robi! Nie pisze się kolejnej wciągającej powieści, na którą się zresztą każe czekać cały rok, nie przywiązuje się tegoż czytelnika do bohaterów, do miasta, do historii wciągającej lepiej niż odkurzacz i nie kończy się tejże powieści bez obietnicy ponownego spotkania z bohaterami...! „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord” to druga i – niestety – ostatnia część opowieści o losach Niny i malarki Róży autorstwa poczytnej pisarki, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Pierwszą częścią zachwycałam się tutaj, na tom drugi czekałam niecierpliwie, przeczytałam pospiesznie i teraz będę się smucić, bo na kolejną podobną powieść trzeba będzie poczekać nam chyba jeszcze dłużej...

„Rose de Vallenord” to kontynuacja opowieści o życiu niekonwencjonalnej malarki polskiego pochodzenia, której powikłane losy prowadzą z Polski do ukochanego Paryża, na prowincję, a nawet do Ameryki. Jest tu i dramat i rozpacz, nadzieja, miłość, rozczarowanie i smutek. Jest i zaczynanie życia od początku, próby pogodzenia z przeszłością, jest i sztuka, która stanowi sens życia. Rose jest jedną z tych bohaterek, które (podobnie jak Gina z „Cukierni”) wydają się być postaciami prawdziwymi – tak przekonująca jest Małgorzata Gutowska-Adamczyk w tworzeniu portretów kobiet silnych, stojących twardo na ziemi i potrafiących czerpać z życia pełnymi garściami, że czytelnikowi ciężko jest uwierzyć w to, że Rose to postać zmyślona. Przy Róży/Rose współczesna Nina wypada dość blado, mimo jej podobieństw do tej pierwszej – myślę, że gdyby Nina znalazła w sobie odwagę, by przeciwstawić się apodyktycznej matce, zacząć wreszcie żyć własnym (a nie cudzym) życiem, mogłaby się stać właśnie drugą Różą. Zapewne zabieg to ze strony autorki przemyślany, by bohaterki nie były do siebie zbyt podobne, ale przez to moim zdaniem historia Niny jest nieco nudna i przewidywalna, nieco też nierealna w pewnych miejscach, zbyt nieprawdopodobna. Poza tym (znów rozumiem, że to zabieg celowy) – historia Niny właściwie nie jest zamknięta! Z jednej strony to zrozumiałe, bo „Podróż do miasta świateł” jest opowieścią o Róży, a nie o Ninie – historia Niny jest więc tu tylko fragmentem, skoncentrowanym wokół centralnej postaci, ale zabrakło mi zamknięcia w jakąś konkretną całość. Otwarte zakończenia są zdecydowanie nie dla mnie, ja potrzebuję wyraźnych kropek nad i, klamer i kurtyn. Cóż, tak już mam, że kiedy się do jakiś postaci przyzwyczajam, mam ochotę poznać ją do podszewki i nie lubię, gdy mi tego zadania się nie ułatwia. Na szczęście historia Róży jest dopięta na ostatni guzik, pomimo tego, że pod koniec jej historia zdawała mi się zaledwie naszkicowana – zupełnie jak starość, która się wydaje zawsze przelatywać „po łebkach”, nie koncentrując się na szczegółach, jak młodość, ale na całokształcie obrazu. Mam nadzieję, że autorka 'Podróży...” stworzy w swoich kolejnych książkach więcej podobnych postaci, bo kiedy już pozna się taką osobowość na kartach książki, po prostu chce się o niej czytać jak najdłużej.

A do tego ten Paryż. Paryż, miasto magiczne, pełne klimatu, swoistego uroku, który aż z tej książki paruje. Paryż zmieniający się jak pory roku, próżny, frywolny, wiecznie zapatrzony w siebie. Paryż, który w tej powieści jest też pełnoprawnym bohaterem, który uwodzi nie tylko bohaterki powieści, ale i czytelnika. Miasto o którym się chce czytać jak najdłużej. Tak opisać klimat miejsca to sztuka... 

W „Podróży do miasta świateł” zanurzyłam się z przyjemnym uczuciem powrotu w znajome kąty, tak, jak się po długiej podróży wraca do siebie – z westchnieniem przyjemności i ulgi, że oto już wróciło się do domu. Już się chyba uzależniłam od książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - od kiedy przeczytałam jej „Cukiernię pod Amorem” i z zachwytem stwierdziłam, że polskie książki historyczne żyją i mają się dobrze, po każdą z jej powieści sięgam z przyjemnością i niecierpliwością. I nawet moje marudzenie, że to czy tamto mi się nie podoba, nie zmienia mojego zauroczenia. (Tak,nawet to, że w pewnym sensie oba cykle są do siebie bardzo podobne – oba przedstawiają na przemian historyczne i współczesne losy interesujących postaci, oba łączy jakaś zagadka, w obu też tłem są pasjonująco opisane ważne historyczne wydarzenia, które kierują losami ich bohaterów). Ale znalazłam w tej książce po raz kolejny ten specjalny klimat, który tylko dobrze opowiedziana historia może stworzyć – klimat gawędziarskiej opowieści, którą powinno się czytać wspólnie z kimś znajomym, przy filiżance dobrej herbaty, dzieląc się nią jak dobrym domowym ciastem. I dlatego będę „Podróż do miasta świateł zachwalać i niecierpliwie czekać na kolejna podobna książkę, która mnie tak samo zauroczy.

poniedziałek, 30 września 2013

Pitu i Kudłata, czyli "Dziecko dla odważnych" Leszka K. Talki

Moją życiową dewizą jest zdanie: "wszystkiego można dowiedzieć się z książek". Jedziesz na wakacje? Zaopatrz się w przewodnik turystyczny i mapki. Chcesz się odchudzać? Kup kilka książek o bieganiu, zdrowym odżywianiu i ćwiczeniach. Uczysz się chińskiego? Bez słownika się nie obędzie. Myślisz o kupieniu nowego zwierzątka? W bibliotekach pełno jest nowych poradników o hodowli rybek, piesków, czy innych tam kameleonów. Najlepsze są natomiast takie książki, które pokażą ci wszystkie informacje z perspektywy kogoś, kto to już wszystko przeżył - pamiętniki podróżników, hodowców zwierząt, czy biegaczy. Takie pozycje pokazują świat takim, jaki naprawdę jest, bez osłonek, bez różowych okularów, czy zakłamań. Dlatego więc ostatnio wypożyczyłam sobie z biblioteki „Dziecko dla odważnych” Leszka K. Talki, żeby dowiedzieć się z książki wszystkiego o hodowli dzieci. Okazuje się jednak, że na posiadanie potomstwa nic nas nie może przygotować, za to czytane o doświadczeniach innych może co najwyżej w jakiś sposób nam ten szok złagodzić…

„Dziecko dla odważnych” składa się z trzech wydanych wcześniej książek: „Dziecko dla początkujących”, „Dziecko dla średnio zaawansowanych” i „Dziecko dla profesjonalistów”, które z kolei powstały w oparciu o felietony autora w miesięczniku „Dziecko”. A ponieważ czytałam „Talki w wielkim mieście” porykując ze śmiechu co kilka stron (ach, ta pipsa z dropcikiem! – zainteresowanych odsyłam tutaj), nie mogłam przejść obok „Dziecka...” obojętnie. No i stało się – moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Już wiem, że do posiadania potomstwa trzeba przygotować się: a) psychicznie – nieprzespane noce to pestka, ale nikt nie powiedział rodzicom, że małe dzieci są świetnymi terrorystami, jeśli trzeba mają cierpliwość fakirów i potrafią prowadzić zaawansowane gry psychologiczne (czy zignorować zachowanie malucha i zyskać chwilę spokoju, czy też spróbować zachowywać się konsekwentnie i odbierać mu niebezpieczne przedmioty?); b) fizycznie – trzeba nie tylko dokonywać akrobatycznych wygibasów, by złapać spadające z wysokości maleństwo, ale i potrafić się szybko uchylić, by przelatująca butelka nie wyrżnęła nas w czółko; c) finansowo – dziesięcioletnia butelka porto może łatwo wylądować na podłodze, a zmywanie twórczości dzieci ze ścian też kosztuje – nie mówiąc już o odtwarzaczu dvd, do którego ktoś wepchnął banana.

W zasadzie żadnych poradników czytać już nie muszę, bo Leszek Talko w „Dziecku do odważnych” porusza najważniejsze sprawy, które mogą zainteresować świeżo upieczonych rodziców. Po przeczytaniu tej pozycji jestem być może mniej optymistycznie nastawiona do rodzicielstwa,  pozbawiona złudzeń, ale za to jaka jestem przygotowana! W dodatku książka składa się z krótkich felietoników, które pod znaczącymi tytułami takimi jak „Co zrobić, kiedy dziecko płacze, czyli niech ta cholera wyłączy syrenę” czy „Jak karmić małego niejadka, czyli jeszcze jedna muta i zwariuję”, skrywają całe morze narzekań na ciężki los rodzica dobrych rad i złotych myśli. Rozdzialiki są króciutkie, w sam raz do poczytania podczas karmienia lub drzemki dziecka, a do tego zabawne – trzeba więc uważać, żeby radosny rechot czytającego broń boże nie obudził bachora dzidziusia. Po przeczytaniu „Dziecka dla odważnych” zostaje tylko wierzyć w to, że to wszystko to tylko literacka fikcja...  Czego i wam, rodzice pociech, szczerze życzę.

piątek, 14 czerwca 2013

Niebanalna historia miłosna (Kasia Bulicz-Kasprzak - "Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna")

Zaczęłam czytać „Nie licząc kota” Kasi Bulicz-Kasprzak pomimo iż podtytuł tej powieści („czyli kolejna historia miłosna”) pobrzmiewał nieco słodko i stereotypowo. Zwabił mnie interesujący opis na okładce – prowincjonalne miasteczko, spadek po zmarłej ciotce, garść rodzinnych tajemnic... Do tego monologujący Kot – czego więcej może brakować do szczęścia książkochłonowi? (A przynajmniej temu książkochłonowi?) Główna bohaterka, Asia, zostaje obudzona przez matkę telefonem w środku nocy i powiadomiona o śmierci nielubianej krewnej. Wyjeżdża więc niechętnie do małego miasteczka, z którego kiedyś wyjechała na zawsze, zostawiając w Warszawie mieszkanie i chłopaka, by zająć się sprawami spadkowymi. Na miejscu poznaje przystojnego notariusza i... I w tym miejscu się zatrzymałam, ziewnęłam i odłożyłam „Nie licząc kota” nieco znudzona.

O mało co, a przegapiłabym zupełnie niezłą książkę. Sięgnęłam po nią ponownie po rekomendacji Agnieszki z blogu Krimifantamania, mając nadzieję, że wielka miłość Szymona i Asi mnie zrelaksuje. Ha! Okazało się, że autorka oparła się schematom, wątek romansowy poprowadziła zupełnie inaczej niż mi się wydawało, odetchnęłam więc z ulgą i zaczęłam czytać dalej, nastawiona do lektury zdecydowanie bardziej pozytywnie. „Nie licząc kota” to dobra lektura na lato – może nie specjalnie odkrywcza i porywająca, ale za to lekka, zwiewna i miejscami zabawna. Zawiera też moje ulubione elementy – tajemnice, wspomnienia i historie z przeszłości, których i tym razem było mi zdecydowanie za mało. Liściki adresowane do Wandy bardzo mnie zaintrygowały, choć były takie krótkie – żałuję, że historia cioci opowiedziana była tak enigmatycznie, bo bardzo chętnie bym się o niej dowiedziała więcej. Chociaż niektóre postacie były zdecydowanie sztampowe (dawna znajoma, która staje się natychmiast najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki), to pojawiło się też kilku interesujących drugoplanowych bohaterów, a wśród nich (najciekawsza moim zdaniem) wścibska sąsiadka, czyli fantastyczna pani Lucynka. Natomiast dla tych, którzy kochają koty, dodatkowym plusem powieści mogą być króciutkie wstawki, w których zabiera głos kot ciotki Wandy – osobnik z charakterem, który zna się na ludziach lepiej niż niejeden psycholog...

„Nie licząc kota” to pierwsza powieść Kasi Bulicz-Kasprzak, udany debiut moim zdaniem – cieszę się, że kolejna opowieść o powrocie do małego miasteczka, o miłości i o rozliczaniu się z przeszłością została przedstawiona ciekawie i nieco inaczej. Okazuje się, że okładki czasem nie kłamią - „Nie licząc kota” to rzeczywiście „niebanalna historia miłosna”. Zapamiętam na pewno nazwisko autorki, tym bardziej, że już niedługo ma się ukazać jej nowa książka, „Nalewka zapomnienia”. Mnie najbardziej jednak zaintrygowała wiadomość, że Kasia Bulicz-Kasprzak pracuje właśnie nad kolejnymi powieściami, w tym książką, której akcja ma dziać się pod koniec dziewiętnastego wieku. Życzę autorce powodzenia i czekam niecierpliwie na nowe powieści.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

O książce Magdy Fres "Mama, smoczek" z fochem

Moja przygoda z polską literaturą trwa. W tym roku czytam zdecydowanie więcej książek polskich niż w ubiegłych latach, sięgam po nieznane mi wcześniej nazwiska, nie tylko debiuty, przez co natykam się na różne interesujące pozycje – i chociaż najczęściej jestem zadowolona z moich wyborów, czasem odnajduję wśród nich prawdziwe perełki, to od czasu do czasu trafiają się też zdecydowanie mniej udane spotkania. Do takich należy na książka Magdy Fres „Mama, smoczek!”, dlatego notka będzie krótka i w dodatku z fochem. Bo zaczynając lekturę miałam nadzieję na lekką opowieść o doświadczeniach macierzyństwa, o pierwszych krokach stawianych w nowej roli, o dojrzewaniu więzi pomiędzy matką a dzieckiem – jednym słowem, na coś zupełnie innego. Bo w zamian za to dostałam irytujący monolog o ekologicznych warzywach, makrobiotycznym gotowaniu i o szczepionkach zawierających rtęć. Bo książki nie odłożyłam tylko dlatego, że krótka była, a ja się bardzo starałam zrozumieć, po co to wszystko, wciąż czekałam na jakieś interesujące fragmenty i nic. Bo się po prostu rozczarowałam.

Bohaterka i narratorka powieści to Małgosia, która właśnie została mamą Rumpelka. Okazuje się, że w macierzyństwie nic nie jest proste, dziecko nie przychodzi na świat z instrukcją obsługi, a wielu rzeczy trzeba się nauczyć samemu. Nie wiem, czy to dlatego, że sama nie mam dzieci, czy też dlatego, że mam zupełnie inny światopogląd niż bohaterka powieści, ale książka Magdy Fres zaczęła mnie miejscami bardzo denerwować. Przyznaję, że początek zapowiadał się interesująco, niebanalnie, bo mowa była i o poronieniu, i o depresji, o zwykłym-niezwykłym życiu z dzieckiem, nieco zabawnie, ale i też nieco poważnie miejscami. Niestety, im dalej, tym było jednak gorzej – przede wszystkim „Mama, smoczek!” to nie powieść, a raczej zapis refleksji, luźnych przemyśleń, których punktem zbiorczym jest małe dziecko. Miejscami miałam wrażenie, że bohaterka spędza coraz więcej czasu na obsesyjnym doinformowywaniu się o potencjalnych problemach, niż na byciu matką. Najbardziej utkwił mi w pamięci fragment o poszukiwaniu perfekcyjnego smoczka do butelki, bo cały czas zastanawiałam się, ileż to pieniędzy można na te smoczki i butelki wydać, i czy nie lepiej jest po prostu zrobić samemu większą dziurkę, jeśli pokarm nie leci... Przyznam, że zaczęło mi się wydawać, że autorka napisała raczej poradnik, a nie powieść, bo coraz więcej pojawiało się rozważań o szczepionkach, o dietach, alergiach, o poszukiwaniu szkodliwych składników w butelkach, a „akcji” było coraz mniej... Zaczęłam więc książkę czytać dość pobieżnie, czasem tylko chwytając się za głowę. W tym miejscu chciałam przeprosić Ulubionego Anglika za to, że go zadręczałam tą książką, czytając mu niektóre fragmenty i dopytując się, czy to normalne, albo co on by zrobił w takiej sytuacji... 

„Mama, smoczek!” Magdy Fres to książka zdecydowanie nie dla mnie. Nie jest to poradnik, a zdecydowanie za dużo jest w niej wzmianek o nowinkach (pseudo) naukowych i porad dotyczących „hodowli” niemowląt. W książce zabrakło mi natomiast prawdziwej opowieści o pierwszym roku życia z dzieckiem, o zmianach jakie ten czas za sobą niesie, o tym wszystkim, co powinno temu towarzyszyć – za mało było w tej książce uczenia się siebie nawzajem, wspólnego odkrywania świata, czyli tego, co mogłoby zachwycić, rozbawić, zaintrygować. Nie rzuciłam w kąt tylko dlatego, że czytałam ją w wersji elektronicznej, a swój kindelek kocham i nie będę go narażać na wstrząsy. Jednym słowem – foch.

sobota, 1 czerwca 2013

Eleonory żywot wcale nie atłasowy ("Wytwórnia wód gazowanych" - Dorota Combrzyńska-Nogala")

Pierwszy raz usłyszałam o „Wytwórni wód gazowanych” Doroty Combrzyńskiej-Nogali na blogu Młodej Pisarki. Zapamiętałam tytuł, bo taki nietypowy, okładka też wyglądała bardzo ciekawie, historia brzmiała wciągająco, w dodatku polecana przez kogoś, kogo czytelnicze zdanie cenię. Niedawno książką zachwycała się też Bookfa i kilka innych znajomych osób, więc stwierdziłam, że czas samej sprawdzić, czy i mnie się spodoba! Uwielbiam książki o rodzinnych tajemnicach, o opowieściach z czasów naszych babek i prababek, o życiu zwykłych ludzi, o historiach opowiadanych przez seniorki rodu, odczytywanych w starych pamiętnikach. A jednak ta książka pokazała mi, że czasem w takich opowieściach ważnie jest nie tylko to, co się opowiada, ale i to, co zostaje przemilczane.

Zresztą nie tylko historia jest tu ważna, ale to, kto ją opowiada. Czasem jest tak, że obok postaci stworzonych przez autorów książek przechodzimy obojętnie, nie jesteśmy właściwie nimi zainteresowani. Za to raz na jakiś czas pojawia się postać tak wyrazista, pełna życia, pełnokrwista i prawdziwa, że z kartek powieści wychodzi na świat i za nic nie da się jej zapomnieć. Otóż główna bohaterka powieści, Eleonora Jarecka, z domu Pstrońska, to właśnie taka postać, heroina jak się patrzy. Po prostu mistrzostwo. I to właśnie dzięki niej czytało mi się „Wytwórnię wód gazowanych” jak fantastyczną historię o zwykłym życiu niezwykłej osoby. Poznajemy ją na samym początku w okolicznościach bardzo ciekawych – mianowicie babka Eleonora w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat wreszcie umiera. I to też nie byle jak, ale niespodziewanie, po upadku z drabiny, po której to drabinie wdrapała się na stryszek w sobie tylko wiadomym celu. Dopiero w kolejnych częściach poznajemy życie małej Lenorki, urodzonej w 1909 roku, wraz z młodą Eleonorą pierwszy raz zakochujemy się, odkrywamy smak dorosłego życia. Nawet wojna i szara, bura rzeczywistość, która nastaje po niej, nie mogą złamać jej ducha. Lena żyje pełna parą, trzyma się życia zębami i pazurami, zdeterminowana, by przeżyć je jak najwygodniej, jak najpełniej, jak najmocniej, przy użyciu wszelkich dostępnych jej środków, nie zawsze zresztą legalnych. Jest w niej tyle witalności, tyle siły i psychicznej odporności, że Eleonorze nie są straszne wyzwania, jakie stawia przed nią nie tylko ówczesna sytuacja polityczna, ale i jej własne wybory. Lenorka, Lena, Eleonora, Babka - kobieta silna i sprytna, kochająca żona i matka, a jednocześnie manipulantka, trzymająca w garści wszystkie karty i niechętnie dzieląca się władzą czy sekretami. I chociaż czasem nie bardzo można ją lubić, to na pewno trzeba ją podziwiać.

„Wytwórnia wód gazowanych” to książka złożona ze wspomnień, rodzinnych historii, opowieści, którymi karmi się domowników przy suto zastawionym stole. To retrospekcje i wspominki starej kobiety, która nadal chce czerpać z życia jak najwięcej, która niechętnie dzieli się swoimi sekretami, chociaż uwielbia te cudze. Przyznaję, że pierwsza połowa książki najbardziej mi się spodobała, a mianowicie dzieciństwo, życie Leny w przedwojennej Polsce, a już szczególnie zapadły mi w pamięć takie małe historyjki, jak ta ze spadającymi majtkami, czy z pozwem o zniesławienie. Tyle fantastycznych scenek zgrabnie spiętych wokół postaci głównej bohaterki. Do tego lata powojenne, historia Bluma, poruszające obrazy wyłaniające się gdzieś w tle głównej opowieści, gospoda, wytwórnia wód gazowanych, tajemnicza historia Amelii... A potem zupełnie inna opowieść, rozdział poświęcony Józefowi i Sarze, historia pożegnania z ukochanym dziadkiem, wędrówki do gospody, tupiące buty... Późniejsze części, choć równie ciekawe i pełne fascynujących opowieści, już mnie tak nie porwały – zabrakło mi jakiegoś porządku w opowiadanej historii, bo wspomnienia Babki są jak meandrująca rzeka, płyną raz to leniwie, zakolami, raz wartko i szybko przeskakują niewygodne prawdy, by zatrzymać się nad jakimś mało istotnym dla innych szczegółem. W dodatku dostępu do niektórych wspomnień bronią tamy i chociaż ciekawość zżera nie tylko wnuki, przysłuchujące się tym wspominkom, ale i czytelnika, to tylko Babka decyduje, jak wiele ma ochotę przed kim ujawnić. Wygląda to ciekawie, więc dlaczego zrzędzę? Bo świadomość, że są też sekrety, których tajemnicę zabierze bohaterka ze sobą do grobu, uwierała mnie jak niewygodny but. Bo przyzwyczajona jestem do wygodnego podawania na tacy wszystkich odpowiedzi, wręczaniu czytelnikom kluczy do wszystkich schowków, a „Wytwórnia” sporo jednak pozostawia wyobraźni odbiorcy. Wiele osób wspominało w swoich recenzjach niechlujną redakcję, błędy i literówki, nie wiem, może i to wpłynęło w jakimś stopniu na mój odbiór? Być może rozpuszczenie czytelnicze nie pozwala mi docenić umiaru i taktu pisarskiego autorki, która pozwoliła, by niektóre sprawy pozostawić w ukryciu i pozwolić nam na własne domysły.

Pomimo marudzenia chylę czoła przed autorką, bo postać głównej bohaterki szczególnie zapadła mi w pamięć. Eleonorę trzeba poznać, a „Wytwórnię wód gazowanych” trzeba przeczytać, bo to nie byle jaka powieść. Czytałam ją cały tydzień, przy każdej nadarzającej się okazji, po prostu nie mogłam się oderwać. A to według mnie najlepsza dla książki rekomendacja.

sobota, 18 maja 2013

Morderstwo polane włoskim sosem (Manula Kalicka, Zbigniew Zawadzki, "Tutto Bene")

No i okazuje się, że nie tylko historyczne kryminały lubię. Lubię też te współczesne, zabawne i polskie. „Tutto Bene” to właśnie moje najnowsze odkrycie – kryminał autorstwa Manuli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego to lektura lekka, zaprawiona humorem i włoskim sosem. Niestety bez przepisów – a szkoda, bo kuchnię włoska lubię, a niektóre kulinarne wzmianki (caponata!) brzmią bardzo smakowicie. Ale i sama książka to niczego sobie potrawa, w sam raz do spałaszowania niemalże jednym kęsem. I proszę się nie dziwić tym kulinarnym wstawkom, zaraz wszystko stanie się jasne.

Tutto Bene to modna włoska knajpka, w której pracuje Grzegorz Dolan, znakomity kucharz i przedmiot westchnień niejakiej Zosi Staszewskiej, również pracownicy tejże restauracji. Zwykle klienci wychodzą stamtąd zadowoleni, objedzeni po uszy pysznym żarciem, tu króluje włoska kuchnia, a nie włoska mafia! A jednak jeden z klientów pewnego wieczoru strzela do kelnerki. Nagle okazuje się, że w knajpce tutto wcale nie  bene – zaraz potem ginie też kucharz i od tego czasu w restauracji już nie będzie spokoju. Pojawia się policja w osobie komisarza Górzyańskiego i jego ekipy, zaczyna się śledztwo. 

Kiedyś, dawno temu, czytałam debiutancką powieść Manuli Kalickiej „Tata, one i ja” i pamiętam do dziś fragmenty z myciem garnków w Ludwiku... Było lekko i zabawnie, nic więc dziwnego, że na najnowszą autorki zdecydowałam się szybko i bez namysłu. „Tutto Bene” to jednak książka napisana wspólnie ze Zbigniewem Zawadzkim (jak głosi okładka tłumaczem, biochemikiem, wydawcą i agentem literackim), napisana ponoć na przemian, w kawałkach (raz ona, raz on) i w tym właśnie widzę jej słabość. „Tutto Bene” to zbiór króciutkich rozdziałów i rozdzialików, historia opowiedziana w małych dawkach – czyta się to świetnie, ale niestety nieco nierówno. Obok świetnych fragmentów, gdzie dużo i ciekawie się dzieje, pojawiają się mało interesujące (i czasem wręcz zbyteczne) wtręty, poboczne postacie, niepotrzebne scenki, dodane niepotrzebne wątki, które zaczęły mi zgrzytać przy czytaniu. Nie pasowały mi niektóre sformułowania, język postaci zbyt pospolicie wulgarny – tak wiem, taka stylizacja, ale mnie jakoś to przeszkadzało. Na szczęście tylko czasem, bo jeśli chodzi o całość to „Tutto Bene” fajnie się czyta. 

„Tutto Bene” to nie jest żaden proceduralny i wstrząsający majstersztyk, nie o to w tej książce chodzi. Ale jest to interesująca powieść społeczna, bo porusza tematy imigracji, integracji, rasizmu, a także przekrętów finansowych, półświatkowych kombinacji i międzynarodowego hochsztaplerstwa. No i w tle ta wspomniana wcześniej kuchnia, palce lizać po prostu, szkoda, że bez przepisów. Tego jeszcze u nas nie było, więc brawa dla autorów za interesujący i niebanalny gastronomiczny motyw. Jednym słowem, to lekki kryminał dla tych, którzy chcą się przy jego czytaniu zabawić. Do podgryzania przy czytaniu polecam oliwki lub chrupiące grissini.

Czy mnie się wydaje, czy ostatnio nastąpił jakiś wysyp polskich kryminałów? Rudnicka, Kalicka, Sasza Hady, w planach Kursa i kilka innych nazwisk – okazuje się, że skandynawskie klimaty już nas chyba wystarczająco wyziębiły, czas więc rozejrzeć się za książkami na własnym podwórku. Do tego Prószyński rozpoczął wydawanie całkiem interesująco zapowiadającej się serii lekkich kryminałów obyczajowych - seria jak na razie chyba bez nazwy, ale ja już mam obie wydane w niej książki - czeka na przeczytanie wspomniana na na ostatnim stosie Zaczyńska, a wydawca już zapowiada trzeci kryminał, też nieznanej mi dotychczas autorki – Iwony Czarkowskiej. Mam tylko nadzieję, że seria będzie dostępna w formie elektronicznej, bo czekanie na paczki z kraju wcale mi się nie uśmiecha... A teraz pozdrawiam was serdecznie i zapowiadam całkowitą zmianę klimatów w kolejnym wpisie. Do poczytania!

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Aneta Borowiec - "Wilczyce"

Kiedy się mogło człowiekowi zdawać, że w temacie „młoda kobieta wraca do rodzinnego gniazda by poukładać sobie życie na nowo” nic nowego się nie da powiedzieć, okazuje się, że co jakiś czas pojawia się nowy, interesujący głos. Aneta Borowiec, autorka debiutanckiej powieści „Wilczyce” udowadnia, że nie zawsze nasze życie kręci się wokół potrzeby znalezienia życiowego partnera, że czasem inne relacje są zdecydowanie ważniejsze. 

Bohaterką powieści jest Natalia, która wiedzie w miarę ustabilizowane życie u boku mężczyzny, który co prawda księciem nie jest, za to jest mężczyzną przyszłościowym – bez niespodzianek, bo tych Natalia i tak nie lubi, ale też i bez wstrząsów. Natalia ma też kilka przyjaciółek, a wśród nich tę najbliższą, Alicję - łączy je wspólne dzieciństwo spędzane na podwórku i skomplikowane relacje z matkami. Na razie wszystko się zgadza, prawda? Do tego nagle świat Natalii się wali, mężczyzna (jak zwykle w takich sytuacjach bywa) okazuje się niewarty uczuć, więc co robi nasza bohaterka? Tak jest, ucieka do zacisznego domku babci w Wilczycach i liże rany. Ale zdziwi się ten, kto myślał, że Natalia odnajdzie tam sens życia, nowa pracę i wymarzonego mężczyznę. Zdziwi się, ale nie rozczaruje, bo „Wilczyce” to nie jest tylko opowieść o stosunkach damsko-męskich, ale i o pogmatwanych stosunkach rodzinnych. Pojawiają się co prawda moje ulubione elementy (dom i tajemnica), ale Aneta Borowiec układa je w innej konfiguracji.

Co mi się w powieści spodobało najbardziej? To, że „Wilczyce” to powieść o kobietach – matkach, córkach, babkach, siostrach, przyjaciółkach. Relacje między nimi są skomplikowane, czasem bolesne, czasem pełne ciepła, czasem – jak w przypadku Natalii – bardzo gwałtowne. Już pierwsza scena książki z udziałem Marii i jej córki wieje chłodem, przemawia dobitnie do czytelnika. Padają silne słowa – obojętność, rozczarowanie, nienawiść. Co się za nimi naprawdę kryje odkrywa czytelnik stopniowo i powoli, wraz z Natalią odkrywając rodzinne sekrety i odnajdując odpowiedzi na nigdy nie zadawane pytania. Jak już wspomniałam, „Wilczyce” to bardzo kobieca książka. Mężczyźni są w niej właściwie tylko akompaniamentem i przedstawicielki „słabej” płci niejednokrotnie okazują się od nich silniejsze. Miłosz i Antoni, niewierny Tomasz, nieobecni mężowie prababek i praciotek służą właściwie jako tło dla to silnych kobiet, mieszkanek Wilczyc. Przyznam się, że miałabym straszną ochotę, żeby przeczytać więcej o ciotkach, babce i prababce Natalii, o jej dziadkach - Wandzie i Antonim, o rodzinnych historiach Natalii. Rodzinne opowieści zawsze mnie pociągają, a w tej książce było mi ich zdecydowanie za mało. 

Spodobało mi się też to, że „Wilczyce” to powieść napisana bardzo ładnym językiem, wyważonym i spokojnym. Jedyne co mnie nieco znużyło, to długie według mnie rozpoczęcie, bo miałam wrażenie, że byłam już w połowie książki, kiedy w ustabilizowanym świecie Natalii wreszcie coś drgnęło. Z drugiej strony – może się mylę, pisząc, że nic się nie działo, bo „Wilczyce” to nie jest powieść, w której szalona akcja gna przez strony i z głośnym piskiem opon hamuje na finiszu. To raczej książka powolna, skłaniająca do przemyśleń. Być może początek dłużył mi się, bo książkę czytałam powoli, zmęczona nawałem pracy?

W każdym razie polecam „Wilczyce” Anety Borowiec przede wszystkim czytelniczkom zmęczonym ucieczkami bohaterek w ramiona przypadkiem poznanych mężczyzn, ale też tym, które jak ja uwielbiają powieści o rodzinach i tajemnicach. Zapraszam do Wilczyc, do domu babci Wandy na lemoniadę i rozmowy o ważnych sprawach.

sobota, 30 marca 2013

Kryminał w angielskim stylu ("Morderstwo na mokradłach" - Sasza Hady)

Ostatnio znów naszła mnie ochota na kryminały, które na dobrych kilka miesięcy odstawiłam na półkę. Niespodziewanie przeczytałam aż trzy pod rząd. Co więcej, wszystkie trzy napisane przez polskie autorki. Na początku – obserwacja. Otóż, mam trochę problem z książkami polskich autorów i autorek, którzy akcję osadzają w innych krajach, a ich bohaterami czynią nie Polaków, a na przykład Anglików, czy Amerykanów. Nie za bardzo rozumiem, dlaczego ktoś decyduje się na ten zabieg – przecież chyba własne podwórko zna się najlepiej...? Po prostu kręcę na takie książki nosem. Jest tylko chyba jeden wyjątek, którym są właśnie kryminały – przeważnie takie stylizowane na modłę angielską.

Tak było i w przypadku „Morderstwa na mokradłach” Saszy Hady - gdyby to nie był kryminał, książką bym wzgardziła, bo autorka osadziła akcję na angielskiej prowincji, bohaterami czyniąc mieszkańców pozornie sielskiej wioski Little Fenn. Na szczęście powieść czyta się dobrze, chociaż za nic nie mogłam umiejscowić jej w czasie – z jednej strony była pełna nieco „staroświeckich” klimatów, brak też było współczesnych elementów, takich jak elektronika, a z drugiej autorka wspominała nazwiska bardziej współczesnych aktorów i aktorek. Wydaje mi się, że mógł to być zabieg celowy, dzięki temu powieść wydaje się tak jakby ponadczasowa. Ale ad rem, bo przecież nic jeszcze nie wspomniałam o samej książce...

Otóż pewnego dnia do prywatnego detektywa, Alfreda Bendelin (dyskrecja gwarantowana), który mieszka pod adresem 7c St Andrew Street, zgłasza się niejaka pani Bradbury, która pilnie potrzebuje jego pomocy. W jej domu znaleziono głowę znanego we wsi komiwojażera, a policja po prostu nie może sobie z tym poradzić. Niestety, słynny detektyw istnieje tylko na papierze i przez to przysparza prawdziwemu lokatorowi, Nicholasowi Jonesowi, niemało problemów. Najczęściej, kiedy na jego progu zjawiają się potencjalni klienci Alfreda Bendelina, Jones po prostu potrafi ich spławić. Tym razem jednak Jones okazuje się bezsilny wobec uroków ślicznej siostry pani Bradbury i zobowiązuje się do podjęcia tej sprawy, choć tak naprawdę jest policjantem specjalizującym się w fałszerstwach, a nie detektywem. Natychmiast zaczyna się pakować i w towarzystwie swego przyjaciela, Ruperta Marley'a, autora książek z Bendelinem w roli głównej, wyjeżdża do Little Fenn, czyli Mokradełka...

Fabuła „Morderstwa na mokradłach” nie jest oryginalna – morderstwo na wsi, gdzie wszyscy się znają i wszyscy są podejrzani, wiele postaci, które wiedzą o sobie wszystko i główny bohater, który usiłuje odnaleźć w tym wszystkim jakiś sens. Mimo iż historia mi się spodobała i nie domyśliłam się zakończenia, pod koniec czegoś mi w tej powieści zabrakło – jakby autorce zabrakło impetu. Pewne szczegóły nie zostały wyjaśnione, co było nieco denerwujące – mam nadzieję, że powodem jest to, że autorka w jakiś sposób nawiąże do tych ogniw w planowanej kontynuacji. Natomiast całość pozostawiła po sobie pozytywne wrażenie, bo Sasza Hady potrafi pisać, język jej powieści jest soczysty, potoczysty, a książkę się po prostu świetnie czytało. W dodatku pojawiają się w niej delikatne humorystyczne akcenty, a także subtelnie zarysowany wątek miłosny, który wcale nie rozwija się tak, jak się można tego spodziewać.

Postać nieco fajtłapowatego głównego bohatera wydała mi się ciekawa, chociaż myślę, że niezbyt wiarygodna – policjant podszywający się pod prywatnego detektywa, w dodatku fikcyjnego? Nie sądzę, żeby ktoś się na to nabrał. Ale początkowe komplikacje i nieporozumienia, kiedy Jones stara się wyjaśnić kim jest, były bardzo zabawne. Za to postać Ruperta, pewnego siebie pisarza i romansującego lowelasa była bardzo sympatyczna. Razem panowie stworzyli zabawny duet, który mam nadzieję, będzie miał jeszcze okazję razem rozwiązać jakąś zagadkę. Postacie drugoplanowe były równie intrygujące, szczególnie miejscowa panna Marple, czyli panna March, czołowa miejscowa plotkarka i źródło wszelkiej informacji.

„Morderstwo na mokradłach” Hady to jednym słowem niezły debiut. Autorka pokazała, ze potrafi pisać, więc mam nadzieję, że jej kolejne książki będą coraz lepsze. Będę się uważnie przyglądać następnym powieściom Saszy Hady, mam nadzieję, że uda jej się czymś mnie zaskoczyć.

środa, 27 marca 2013

Powrót w dobrym stylu! ("Abel i Kain" - Katarzyna Kwiatkowska)

Po raz pierwszy o Katarzynie Kwiatkowskiej usłyszałam dwa lata temu, kiedy to zachwycił mnie jej kryminalny debiut – „Zbrodnia w błękicie”, o której to książce pisałam tutaj. Zachęcałam wszystkich do czytania, a sama zachęcałam autorkę do pisania kolejnej części – także w wywiadzie z nią, opublikowanym na moim blogu. Ogromnie się więc ucieszyłam na wieść o tym, że oto wydawnictwo Novae Res właśnie wydało drugą powieść Katarzyny Kwiatkowskiej - „Abel i Kain”, a jeszcze bardziej, że dzięki uprzejmości autorki mogłam ją już teraz przeczytać. Przyznaję, że zaczynając powieść trochę się bałam, bo pierwsza książka naprawdę mi się podobała, a przecież wiadomo, że najtrudniejsze jest utrzymanie poziomu. Na szczęście, po zakończeniu lektury miałam ochotę autorce przybić piątkę! Tak trzymać i proszę o więcej!

W książce „Abel i Kain” powraca bohater, którego zdążyłam polubić w pierwszej części, detektyw – amator Jan Morawski i jego nieodłączny asystent, kamerdyner Mateusz. Tym razem mężczyzna zostaje poproszony o pomoc w rozwiązaniu zagadki morderstwa, o które jest podejrzany brat ofiary. Zamordowany dziedzic majątku wielkopolskiego, Adam Poniński, był prawdziwym degeneratem, utracjuszem, człowiekiem po prostu podłym, któremu udało się ukryć swoją prawdziwą naturę przed dumnym i władczym ojcem. Z kolei oskarżony o zabójstwo młodszy brat, Edward, to człowiek na wskroś dobry, zdolny architekt, któremu dobro i honor rodziny leżą głęboko na sercu. Nikt nie wyobraża sobie, że może on być winien, ale dlaczego w takim razie milczy? W majątku Ponińskich nasz bohater poznaje rodzinę, rezydentów i służbę, a także najbliższych sąsiadów, a krąg podejrzanych nieustannie się poszerza. Zanim Morawski rozwiąże zagadkę, będzie się musiał sporo nagłowić, nie tylko nad tym, kto jest sprawcą, ale także nad motywem tego zabójstwa.

Powieść Katarzyny Kwiatkowskiej czerpie pełnymi garściami z tradycji powieści detektywistycznej – fabuła gmatwa się, w miarę jak bohater odkrywa nowe, niespodziewane elementy układanki, z której powoli wyłania się rozwiązanie zagadki. Jedynym problemem było dla mnie początkowe zamieszanie dotyczące imion i koligacji postaci, a także zbyt wiele niespodzianek, kolejno ujawnianych przez bohaterów. I chociaż udało mi się pod koniec powieści domyśleć (częściowo) rozwiązania, to przyjemność dochodzenia do prawdy była zaiste wyborna.

Przyznam się też wam, że postać Jana Morawskiego mnie szalenie intryguje. Od czasu do czasu autorka odwołuje się do jego przeszłości, pozwala zajrzeć czytelnikowi za zasłonkę skrywającą jego osobę i zaraz zazdrośnie zasłania okno. Strasznie to frustrujące, bo chciałabym o nim dowiedzieć się jak najwięcej! Mam nadzieję, że Kwiatkowska szybko napisze kolejny kryminał z tym samym bohaterem, bo strasznie go polubiłam. Spodobały mi się też interesujące postacie drugoplanowe – przede wszystkim żarłok i leniuch, rezydent Tercjusz i przeraźliwie wścibska sąsiadka, pani Eufemia, która śmiało może być nazwana druga panią Dulską. Dodam też, że to właśnie Tercjuszowi zawdzięcza ta powieść najbardziej apetyczne momenty – opisy potraw jedzonych przez naszych bohaterów, przy których czytaniu po prostu ciekła mi ślina.

Pamiętacie moją recenzję „Morderstwa w Miłowie” Minickiej? Otóż „Abel i Kain” Kwiatkowskiej ma w sobie właśnie to coś, czego w tamtej powieści mi zabrakło - klimat! Akcja powieści toczy się w 1900 roku i autorka często i chętnie nawiązuje do realiów epoki, do najnowszych nowinek i wydarzeń historycznych. I chociaż, tak jak poprzednio, język jest raczej współczesny, to tym razem autorka sprytnie wykorzystała w niej gwarowe wyrażenia i zwroty, czyniąc całość czytelniczo bardzo przyjemną. I chociaż nie jestem pewna, czy nie pojawiły się tam jakieś nieścisłości dotyczące etykiety (kto kiedy siada i jak bardzo służba może spoufalać się z państwem), to całość była bardzo przekonująca i satysfakcjonująco opisana. Bardzo też jestem ciekawa, czy autorka, opisując posiadłość, w której rozgrywa się akcja powieści, wzorowała się na konkretnej ziemiańskiej siedzibie, bo bardzo bym chciała ja odwiedzić.

Bardzo się cieszę, że „Abel i Kain” Katarzyny Kwiatkowskiej to udana kontynuacja pierwszej powieści. Mam nadzieję, że autorka na tym nie poprzestanie i już niedługo będziemy mogli przeczytać jej kolejna książkę. Od czasu, kiedy czytałam jej debiutancką „Zbrodnię w błękicie”, na rynku pojawiło się zdecydowanie więcej historycznych kryminałów, spośród których czytelnicy zdecydowanie mają co wybierać. Wśród nich powieść Kwiatkowskiej zdecydowanie warta jest przeczytania. A kiedy po nią sięgniecie, mam nadzieję, że spodoba się wam tak samo jak mnie.

wtorek, 19 marca 2013

"Morderstwo w Miłowie" - Alicja Minicka

Wszyscy wiedzą, że bardzo lubię kryminały, a szczególnie fascynują mnie powieści, których akcja jest osadzona w okresie międzywojennym. Dlatego książka Alicji Minickiej „Morderstwo w Miłowie” zapowiadała się bardzo ciekawie – niestety, jak dla mnie na zapowiedziach się skończyło...

W 1928 roku młoda Angielka, Samantha Greenwood, przyjeżdża w gościnę do przyjaciół swego wuja, państwa Górskich. W pozornie spokojnym wiejskim domu kłębią się ludzkie namiętności, wreszcie dochodzi do morderstwa. Miejscowy komisarz, Łukasz Darski będzie miał nie lada zadanie, by odkryć, kto jest mordercą.

Przyznaję, że fabuła mnie zainteresowała i chociaż rozwiązania niektórych zagadek się domyśliłam, pomysł był świetny! Niestety, czytając książkę miałam wrażenie szaleńczego pośpiechu – poszczególne scenki-rozdzialiki następowały po sobie tak szybko, że nie miałam właściwie czasu, by zastanowić się, co się dzieje. Zabrakło mi czasu na oddech, czasu na to, by zagadka mnie zainteresowała, by wchłonął mnie klimat... „Morderstwo w Miłowie” to cienka książeczka, a autorka upchała w niej chyba zbyt wiele – wątki, postacie, motywy i zbrodnie pozostały nierozwinięte, a szkoda, bo spodobała mi się psychologiczna warstwa książki i motywy postępowania bohaterów ukazywane podczas lektury. Zbyt wiele było morderstw, zbyt mało rozmyślań nad tym, dlaczego właściwie zostały one popełnione.

Nie rozumiem też, dlaczego główną bohaterką powieści musiała uczynić autorka Angielkę? Zwłaszcza, że ten fakt niczego nie wnosi do treści książki, nie oferuje żadnego nowego podejścia do tematu. Równie dobrze bohaterka mogłaby być Polka, nic by to bowiem nie zmieniło. W dodatku w porównaniu z postacią Teresy wypadła dość blado. 

Jednak za największy mankament tej książki uważam kompletny brak tła obyczajowego – akcja mogłaby się właściwie toczyć gdziekolwiek, kiedykolwiek. Zabrakło mi tego, co spodobało mi się w innych kryminałach retro, na przykład w książce Katarzyny Kwiatkowskiej, czy serii Konrada T. Lewandowskiego – obyczajowych szczegółów, wzmianek o wydarzeniach historycznych, jednym słowem zabrakło mi w tej książce klimatu. Właściwie miałam wrażenie, że powieść składa się wyłącznie z dialogów. Pewne rzeczy wręcz mi zgrzytnęły – nie sądzę, żeby młodzi ludzie byli aż tak wyemancypowani w tych czasach, by mówić sobie szybko po imieniu...

Reasumując, „Morderstwo w Milowie”Alicji Minickiej nie ma stylowej oprawy, intryga kryminalna nie intryguje, a całość powinna być co najmniej dwa razy dłuższa i o wiele staranniej napisana. Bardzo mi przykro, ale najbardziej w całej książce podobała mi się okładka... Nie polecam.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Zdrada niejedno ma imię... ("Opowieść niewiernej" - Magdalena Witkiewicz)

Po ostatnich emocjonujących wikingowych lekturach postanowiłam przeczytać coś całkowicie innego, jakąś książkę zupełnie w innym stylu i o odmiennej tematyce. Dlatego więc cały zeszły wtorek spędziłam na czytaniu w środkach transportu publicznego powieści Magdaleny Witkiewicz „Opowieść niewiernej”. Sama nie wiem jak to się stało, zwykle książki aż tak na mnie tak nie działają, ale akurat ta spowodowała, że nie tylko popadłam w stan ciężkiego emocjonalnego rozedrgania, ale i jakoś tak strasznie ją przeżyłam. „Opowieść niewiernej” jak drzazga wprost wbiła mi się pod paznokieć.

Tytuł podpowiada, czego się można spodziewać po treści - zdrada to temat bardzo często wykorzystywany w literaturze, czasem nawet nadużywany. Zwykle schemat zakłada, że zdradzona strona albo mści się na niewiernej żonie/mężu, albo odbudowuje swoje życie od nowa, zazwyczaj je zmieniając na lepsze. Nie oczekujcie jednak tego po książce Magdaleny Witkiewicz. Autorka proponuje bowiem zupełnie inne spojrzenie na zdradę. Stawia też przed czytelnikiem niewygodne pytania - co sprawia, że zdradzamy? Czy do szczęścia może nam wystarczyć tylko czyjaś obecność, czy potrzebna jest miłość? Co powoduje, że czasem pozostajemy w związku, mimo iż nie jesteśmy w nim szczęśliwi?

Główną bohaterką i narratorką „Opowieści niewiernej”, a zarazem tytułową „niewierną” jest Ewa, żona Maćka. Czytelnik poznaje ją jako kobietę pełną kompleksów, nieszczęśliwą i bez nadziei na przyszłość. Jej małżeństwo z Maćkiem jest właściwie tylko formalnością, nie ma w nim właściwie niczego, na czym można by zbudować przyszłość. Romans staje się szansą Ewy na przetrwanie, zmienia ją w wbrew pozorom na lepsze. Jej powolną przemianę, wychodzenie z małżeńskiego „kokonu”, przedstawiła Magdalena Witkiewicz w sposób bardzo wiarygodny, dostarczając mi przy tym wielu wzruszeń i wspomnianych już uczuciowych rozedrgań. Okazuje się, że niewiernej kochance też można kibicować, można z niej uczynić postać pozytywną, można dzięki niej spojrzeć na zdradę zupełnie z innej perspektywy. Autorka także postać męża odmalowała mocną kreską, czyniąc z niego postać antypatyczną, a także chyba nieco smutną. Największą wadą Maćka jest to, że nie zdaje sobie sprawy ze swoich wad. Przecież na pozór to mąż wymarzony - ciężko pracuje, nie pije, nie wydaje pieniędzy na głupoty, zajmuje się budową ukochanego domu... A jednak Ewa przy nim więdnie, usycha bez miłości, bez przyjaźni, bez zrozumienia, czyli tego, co może jej dać ktoś inny... Wtedy w jej życiu pojawia się nie jeden, a dwóch mężczyzn... Muszę przyznać, że akurat te postacie nie spodobały mi się aż tak bardzo. Zwłaszcza Michał, przyjaciel-satelita, wierny rycerz, który swojej ukochanej gotowy jest wszystko wybaczyć, wydał mi się nieco nieżyciowy.

Ale dosyć o postaciach, bo od nich ważniejsze w tej powieści jest podłoże psychologiczne. „Opowieść niewiernej” to książka-spowiedź. To też próba odpowiedzi na pytanie, które zadaje sobie Ewa, i które będzie sobie też zadawał czytelnik tej książki - dlaczego zdradziła? Powieść jest dekonstrukcją małżeństwa, dekonstrukcją przeprowadzoną momentami z niemal kliniczną obojętnością. Bohaterka krok po kroku ukazuje nam powolną śmierć związku, który od początku skazany był na porażkę. Małżeństwo Ewy i Maćka to studium związku nieudanego, pozbawionego głównych, niezbędnych do rozwoju składników, studium związku toksycznego. To historia, która wciąga, zmusza do przemyśleń, rani czytelnika bezwzględnym ukazaniem rozpadu nie tylko miłości, ale też utraty poczucia własnej godności. Otwiera oczy na to, że związek bez przemocy fizycznej też może ranić, upośledzać emocjonalnie, pozostawiając ślady równie bolesne.

Myślę, że każdy z nas będzie interpretował tę książkę inaczej. Jedni zdradę Ewy będą odbierać jako winę nie do wybaczenia, grzech przeciw sakramentowi małżeństwa, inni powiedzą, że zamiast zdradzać męża, bohaterka powinna od niego po prostu odejść, jeszcze inni będą może myśleć, że obie strony powinny się postarać, by coś z tego związku uratować. Według mnie, zdrada stała się dla Ewy pewnego rodzaju katharsis. Pomogła jej otrząsnąć się z marazmu, w jakim utknęła, odbudować poczucie własnej wartości, znaleźć siłę, by po jakimś czasie coś w swoim życiu zmienić. Czy oznacza to, że jej niewierność należy usprawiedliwiać? Zapewne nie, ale myślę, że można ja lepiej zrozumieć... 
 
Mam jeszcze jedno spostrzeżenie, a dotyczy ono zakończenia. Wydaje mi się, że gdyby powieść zakończyła się jeden rozdział wcześniej, mocnym cięciem, wydźwięk jej byłby zupełnie inny, ostrzejszy, bardziej zdecydowany. Czy jednak książka spodobałaby mi się równie bardzo? Przy takim zakończeniu skończyłabym pewnie czytanie jeszcze bardziej roztrzęsiona, być może i rozżalona tym, że Ewa nie ostała od losu drugiej szansy na to, by sobie jakoś ułożyć życie. Coś jednak w tym jest, że potrzeba poukładania naszego życia, zamknięcia wszystkich wątków, wymierzenia sprawiedliwości, jest tak silna, że szczęśliwe zakończenie jest czasem do życia po prostu niezbędne.

Polecam „Opowieść niewiernej” nie tylko kobietom, ale i mężczyznom, jako bardzo dobrą psychologiczną powieść, która zmusza czytelnika do zadawania pytań, do refleksji, do przemyśleń. Magdalena Witkowska napisała powieść, która pozostaje w pamięci na długo po jej przeczytaniu, a to chyba jest najważniejsze, prawda?