Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2016

Wielka Gra i brytyjski kontrwywiad czyli Dabarai czyta o Historii (Tydzień z nosem w książce)


Od ostatniego postu minął ponad tydzień, książki się czytają, ale na pisanie czasami czasu nie starcza.  Postanowiłam więc zainaugurować całkiem nowy cykl notek, które mam nadzieję, pozwolą mi ogarnąć moje czytelnicze zapasy z samą sobą… Kiedy czasu nie starcza na napisanie czegoś sensownego, dobrze jest chociaż wspomnieć o tym, jak mi minął tydzień z nosem w książce.. 

Zacznę od tego, że ostatnimi czasy przeczytałam sporo niezłych pozycji, a w tym roku na plan pierwszy zdecydowanie wysuwa się literatura faktu – szok horror, to się przecież nigdy nie zdarza! Dlatego dzisiejszy, inauguracyjny odcinek nowego cyklu obejmie kilka książek z ostatnich miesięcy… Nie mogę bowiem, chociaż krótko, nie wspomnieć o książkach Bena Macintyre’a, które dostarczyły mi ostatnio wiele radości i moim zdaniem powinny być przedstawione szerszej publiczności.

Z pierwszą z nich, „Operation Mincemeat” („Operacja Mielonka”, polskie wydanie „Oszukać Hitlera. Największy podstęp w dziejach wywiadu”), zetknęło mnie przeznaczenie… O operacji Mielonka usłyszałam po raz pierwszy kilka lat temu, zwiedzając Bletchley Park (muzeum Enigmy), a kiedy ostatnio obejrzeliśmy z UA „Operację Argos”, przypomniała mi się ta arcyciekawa historia, o której opowiada książka Bena Macintyre’a… Otóż w kwietniu 1943 poławiacz sardynek u wybrzeży Hiszpanii wyłowił zwłoki i walizkę zawierającą tajne dokumenty, sugerujące, że zamiast spodziewanej inwazji na Sycylię, Alianci zaatakują Grecję. Tyle tylko, że major William Martin był tak naprawdę trampem z Walii, w dodatku martwym, zanim „utonął” w morzu, a dokumenty były co do jednego fałszywe. Jednak Niemcy dali się nabrać i Operacja Mielonka, ambitna akcja brytyjskiego kontrwywiadu, zakończyła się pełnym sukcesem. Co więcej mogę wam napisać, żeby nie psuć przyjemności lektury. Książkę Macintyre’a czyta się jak najlepszą powieść szpiegowską, i gdyby nie to, że wszystko tu jest udokumentowane, oparte na na faktach i w stu procentach prawdziwe, można by pomyśleć, że autor nieco przesadził i dla własnego dobra powinien nieco przyhamować rozbuchaną wyobraźnię… W dodatku autor ma porywający styl, kartki same się przewracają, a do tego można się przy lekturze pośmiać. Czego chcieć więcej? „Operation MIncemeat” to pozycja nie tylko dla miłośników historii i pozycji szpiegowskich.  Polecam, polecam, polecam wszystkim tę książkę!

Druga przeczytana do tej pory książka Bena Macintyre’a to „Double Cross. The True Story of The D-Day Spies” (polskie wydanie – „Wielkie oszustwo”), czyli dzieje piątki podwójnych agentów, którzy przyczynili się do sukcesu lądowania w Normandii. Ponownie Ben Macintyre okazał się świetnym gawędziarzem, a chociaż sama historia nie była może aż tak wciągająca, jak „Operation Mincemeat”, to postacie w niej występujące warte były poznania. Postacie autentyczne, których losy (w większym lub mniejszym stopniu) wpłynęły na przebieg i wynik wojny. Wszyscy bohaterowie są bardzo interesujący, ale na szczególną wzmiankę zasługuje mój ulubiony Juan Pujol Garcia, pseudonim Garbo… Garbo, ha ha! Szpieg – legenda. Człowiek, który najpierw zaproponował swoje usługi rządowi Wielkiej Brytanii, a kiedy nic u nich nie wskórał, został niemieckim szpiegiem. Wysłany do Anglii, zaczął przesyłać długie raporty, które były w stu procentach zmyślone.. Pujol nie dotarł bowiem do Anglii, ale zatrzymał się w Lizbonie i to właśnie stamtąd nadawał swoje meldunki. Zauważony wreszcie przez Brytyjczyków i oddany pod opiekę agenta, Garbo przystąpił do tworzenia własnej siatki wywiadowczej, która zaczęła go zasypywać informacjami przydatnymi dla Niemców. Wśród zwerbowanych szpiegów znaleźli się gibraltarski kelner, szwajcarski biznesmen (po jego śmierci, wdowie po nim Niemcy wypłacali rentę), grupa walijskich nacjonalistów… Wszystkich tych agentów łączyła jedna rzecz – byli oni całkowicie zmyśleni…! 

„Double Cross”, jak już wspomniałam, to historia siatki szpiegowskiej, świetnie się tę pozycję czyta, chociaż w porównaniu z poprzednią książką Macintyre’a nie ma tu już tej powieściowej narracji. Za to są interesujące fakty z historii angielskiego kontrwywiadu, fascynujące losy agentów i humor. Do tego muszę wspomnieć i o polskim wątku, bo jeden z ważnych szpiegów (pseudonim Brutus), był Polakiem. Co prawda wydaje mi się, że Macintyre nie miał o nim zbyt wysokiej opinii, ale mimo wszystko jego losy to kawałek polskiej historii, bardzo zresztą ciekawy. 

No proszę, miało być krótko i zwięźle, ale widać się nie da. Mam nadzieję, że kogoś zachęcę tą notką do przeczytania książek Macintyre’a. Ja mam w planach jego kolejną książkę – „Agent ZigZag”, opowieść o Eddiem Chapmanie, kolejny podwójnym agencie. A do tego kilka książek lekkich, łatwych i przyjemnych i zdecydowanie nie opartych na faktach. Pozdrawiam wszystkich w  ten świąteczny dzień i życzę wszystkim przyjemnego czytania.

poniedziałek, 6 maja 2013

Wiktoriański detektyw w akcji! (Kate Summerscale - "The Suspicions of Mr Whicher")

Zacznę od tego, że miałam przeczytać zupełnie inną książkę. Podeszłam jednak do półki z moimi dwudziestoma wybranymi książkami do przeczytania w tym roku i pan Whicher zamrugał do mnie. Potem spojrzałam na kalendarz i zorientowałam się, że czas by było coś z tej półki znów przeczytać, bo to już przecież maj, a ja w lesie. Zabrałam się więc radośnie za czytanie „The Suspicions of Mr Whicher or The Murder at Road Hill House” Kate Summerscale i kiedy już wczoraj książkę skończyłam, zorientowałam się, że wcale jej na Liście Dwudziestu nie ma. Po prostu stała sobie niewinnie z boku i została capnięta. Każdy normalny czytelnik by wzruszył ramionami, ja się tak jakoś wkurzyłam. No, bo jak człowiek ma plany i mu jakaś książka wepchnie się pod fałszywymi pretensjami, to ma chyba prawo się wściec, prawda...? Ulubiony Anglik po prostu popukał się palcem w czoło, ale ja tam wiem swoje...

Na szczęście książka obroniła się sama – była to bowiem bardzo interesująca lektura, a w dodatku i tak chciałam ją przeczytać już dawno temu, tylko brakowało mi okazji... Na początek – dobra nowina: „Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu na Road Hill” Summerscale wydało trzy lata temu wydawnictwo W.A.B. Zachęcam was więc do sięgnięcia po te lekturę, bo to fantastyczny wiktoriański kryminał, w dodatku taki, który wydarzył się naprawdę.

Rankiem 30 czerwca 1860 roku, państwo Kent, mieszkający w Road Hill House, w hrabstwie Whiltshire, z przerażeniem stwierdzili, że ich najmłodszy syn, trzyletni Saville, został w okrutny sposób zamordowany. Szybko okazało się, że mordercy należy szukać wśród domowników. Kiedy działania lokalnej policji nie przyniosły żadnych wyników, z Londynu przybył na miejsce jeden z pierwszych najsłynniejszych detektywów – Jonathan (Jack) Whitcher.

Ta zbrodnia, godząca w najświętsze prawo angielskiej rodziny – prawo do prywatności, szybko znalazła się na ustach całej wiktoriańskiej Anglii. O sprawie Road Hill House dyskutowano jak o wyjątkowo soczystym skandalu – nie tylko w prasie, ale i w prywatnych salonach, w dodatku wszystkich opanowała „gorączka detektywistyczna”. Każdy chciał się wypowiedzieć na temat morderstwa, niemal każdy miał na ten temat własna teorię – policja otrzymywała setki listów oferujących rozwiązanie i pomoc. Również najwięksi pisarze epoki byli zafascynowani nie tylko samym morderstwem, ale i postaciami z nim związanymi. Summerscale wspomina między innymi listy Dickensa i Wilkie Collinsa, w których roztrząsali oni słynne morderstwo, opisuje też, w jaki sposób sprawa ta mogła stanowić podłoże ich książek, w jaki sposób postać Whichera również stała się inspiracją do stworzenia postaci detektywów w ich książkach.
 
„The Suspicions of Mr Whicher” to szczegółowy, pełen obyczajowych i społecznych detali zapis zbrodni, przebiegu śledztwa i późniejszych wydarzeń, prowadzących do wykrycia sprawcy. Summerscale pisze więc o policyjnych podejrzeniach, przypuszczalnych motywach, nie omija mniej lub bardziej prawdopodobnych scenariuszy i spekulacji, plotek, jakich pełna była ówczesna prasa, ani najbardziej nawet niewiarygodnych poszlak. Początkowo, jak w każdym dobrym kryminale podejrzani są wszyscy, począwszy od niańki dziecka, poprzez jej rodziców, rodzeństwo, na zawistnych sąsiadach skończywszy. Powoli Summerscale przedstawia poszlaki i domysły, jakimi kieruje się Whicher, pokazuje w jaki sposób jego podejrzenia zostają przez sąd obalone, po czym wiedzie czytelników aż do rozwiązania. Co więcej, odważa się też przedstawić własne przemyślenia, które mają  to rozwiązanie czynią bardziej wiarygodnym.

Dzięki temu, iż autorce udało się nie tylko sprawnie opowiedzieć całą historię, a do tego nasycić ją odpowiednią atmosferą, książkę Summerscale czyta się jak najlepszy kryminał. Autorka, powołując się na liczne materiały archiwalne, takie jak akta sądowe i policyjne, wycinki z gazet, wydane w tym czasie książki i pamflety, nie tylko skrupulatnie przedstawia zaistniałe wydarzenia, ale też ukazuje histerię jaka opanowała wiktoriańskie społeczeństwo. Ludzie byli z jednej strony przerażeni brutalnością zabójstwa, z drugiej zafascynowani jego przyczynami, a co za tym idzie zafascynowani postaciami rodziny Kentów i detektywa Whichera.

Sprawa morderstwa w Road Hill House to fascynująca zagadka kryminalna, opisana przez Kate Summerscale w bardzo zajmujący sposób. Jak już wspomniałam, „The Suspiecions of Mr Whicher” to książka pełna faktów, a także detali dotyczących pracy policji oraz życia prywatnego i zawodowego jej członków. Chociaż takie nagromadzenie szczegółów dotyczących sprawy, jak i innych dochodzeń prowadzonych przez Whichera pod koniec zaczęło mnie nużyć, to autorce należą się wielkie brawa, za tak fantastyczne przedstawienie wydarzeń i stworzenie z niej prawdziwej, wciągającej opowieści. „The Suspiecions of Mr Whicher” ma wszystko, co prawdziwy kryminał powinien posiadać – intrygującą zagadkę, szereg fascynujących postaci, w tym postać detektywa, a także satysfakcjonujące zakończenie. Jednym słowem – książka Kate Summerscale to opowiedziana z pasją prawdziwa, wiktoriańska powieść detektywistyczna. Polecam ją miłośnikom kryminałów historycznych, a także wszystkim zafascynowanym epoką wiktoriańską.

środa, 2 stycznia 2013

Ziemiańskie świętowanie po raz drugi (Zimowe czytanie 2012)

Wszyscy wiedzą, że są pewne książki, których nie można czytać bez ustawicznego podgryzania, łasuchowania czy też pospolitego obżerania się. Nigdy nie spodziewałam się, że podobne uczucia będą mi towarzyszyć podczas czytania fragmentów książki poświęconej obrzędom i zwyczajom świątecznym. Ach! zapomniałam, że pyszne jedzenie było bardzo ważną częścią świętowania...
O ziemiańskim świętowaniu” Tomasza Adama Pruszaka to kolejna książka świąteczna, którą przeczytałam w ostatnim czasie. Książka również bardzo na czasie, bo koncentrująca się na dwóch najważniejszych w katolickiej liturgii świętach – Bożym Narodzeniu i Wielkanocy. Tym razem przeczytałam całość, ale mimo wszystko w tej notce postanowiłam skupić się przede wszystkim na części zimowej. Część pierwsza, podzielona na osiem rozdziałów, poświęcona jest właśnie Gwiazdce. Nie mogę przez to uniknąć porównań z przeczytaną wcześniej książką Mai Łozińskiej, „W ziemiańskim dworze”. Przede wszystkim dlatego, że tematyka obu publikacji jest dość podobna, chociaż książka Łozińskiej celebruje cztery pory roku, a Tomasz Pruszak skupia się tylko na ich wycinku, poświęconym świętowaniu.

Czego w tej książce nie ma! Są drobiazgowe opisy świątecznych przygotowań – produkcja świątecznych ozdób, przygotowywanie prezentów, pieczenie pierników i gotowanie różnych potraw, świąteczne polowania i połów ryb. Są też opisy podróży na święta do domu, bo wiele dzieci ziemiańskich uczyło się w miastach i odwiedzało dom rodzinny tylko sporadycznie. Takie sanny czy późniejsze podróże koleją musiały być, szczególnie dla młodszych dzieci, nie lada atrakcją. Podobnie jak u Łozińskiej, obszerne fragmenty poświęca autor wigilijnej i świątecznej kuchni. To właśnie wtedy zaczęłam się ślinić, bo opisy tradycyjnych potraw świątecznych były naprawdę bardzo sugestywne, a szczególnie w drugiej części, gdzie mowa była o puchatych metrowych babach, mazurkach, lukrowanych barankach, pętach kiełbasy, całych świniach z jabłkiem w pysku, o święconkach zajmujących nie koszyki, ale całe stoły... Jedna tylko rzecz nie dawała mi spokoju, a mianowicie całe te smakowite wyliczanki po jakimś czasie stały się nieco ciężkostrawne. Na szczęście kolejne rozdziały opisywały już zupełnie inne tradycje, takie jak Pasterka , wizyty kolędników, czy też jasełka. Natomiast w części poświęconej Wielkanocy Pruszak sporo miejsca poświęca natomiast procesjom rezurekcyjnym i dyngusowi, znanemu w Polsce już od XV wieku.

Jak już wspomniałam, nie mogłam uciec od porównań z książką „W ziemiańskim dworze” i muszę przyznać, że Łozińską czytało mi się nieco lepiej. Zupełnie inny jest ich styl, inne tempo, nieco inny chyba też odbiorca. „O ziemiańskim świętowaniu” sprawia bowiem wrażenie publikacji niemalże naukowej, chociaż napisanej w sposób przystępny i zajmujący. Stąd częste „wyliczanki”, czasem będące właściwie powtórzeniami tych samych zwyczajów, nieco tylko zmienionych, bo pochodzących z różnych stron polskich. Te fragmenty, gdzie te różnice są widoczne, na przykład, porównuje się kuchnię kresową z wielkopolską, czyta się lepiej niż przykłady z tych samych geograficznych obszarów, pochodzące z różnych źródeł. Pojawiają się też zdania według mnie wprost z pracy naukowej, jak chociażby te: „Przedstawię teraz kulinarne obyczaje świąteczne na zachodnich obszarach Polski”, „Pisałem już, że choinka mogła być ubrana w sposób bardzo różny”, często pojawiają się określenia takie jak „moja praca”, „pisałem już...”. Być może się po prostu czepiam, ale zabrakło mi po prostu gawędziarskiego stylu, jakim posługuje się Łozińska, potoczystej narracji i wrażenia, że autor przemawia bezpośrednio do mnie.

Nie chcę być jednak niesprawiedliwa, bo „O ziemiańskim świętowaniu” Pruszaka to fascynujące opracowanie – arcyciekawy temat, interesujące szczegóły, niesamowita ilość zebranych materiałów, sprawiają, że książka jest wciągająca i pełna ciekawych spostrzeżeń. Do tego całość pełna jest przypisów i cytatów, odnoszących się do pokaźnej bibliografii. Co ciekawe, autor opiera się również na wspomnieniach i wywiadach niepublikowanych. Dla wygody czytelnika autor przedstawia też tabelkę z nazwami majątków wspomnianych w publikacji i ich właścicieli. Całość uzupełniają piękne ilustracje – fotografie, reprodukcje obrazów i drzeworytów, w większości czarno białe, chociaż część z nich jest też kolorowa. Porównując oba wydania, żałuję jeszcze bardziej, że książkę Łozińskiej kupiłam w miękkiej oprawie – „O ziemiańskim świętowaniu” Pruszaka to książka w twardej oprawie, porządna cegiełka, ale za to jak wydana! Podobnie jak pozostałe książki z serii, ta porządnie zszywana, starannie wydana publikacja PWN po prostu pięknie prezentuje się na półce!

Polecam więc „O ziemiańskim świętowaniu” tym, których interesują tradycje i obyczaje naszych przodków, których ciekawi kultura ziemiańska i jej bogate zwyczaje. Polecam ją osobom, dla których święta to coś więcej niż drogie prezenty i coroczne obżarstwo, czytelnikom, którzy chcą się dowiedzieć więcej o bożonarodzeniowych i wielkanocnych tradycjach i roli, jaką odgrywały one w życiu polskiego ziemiaństwa. Na koniec, polecam tę książkę tym, którzy po prostu kochają Boże Narodzenie i chcą świąteczne tradycje przekazać dalszym pokoleniom. 

„O ziemiańskim świętowaniu”  to już ostatnia w tym roku świąteczna lektura opisywana na blogu. Natomiast pojawią się wkrótce wpisy poświęcone innym pozycjom PWN, wydawnictwa które ostatnimi czasy czytelników rozpieszcza, wydając piękne i wartościowe książki popularnonaukowe.

piątek, 27 maja 2011

"If Walls Could Talk" - Lucy Worsley


Kilka tygodni temu na kanale BBC4 można było obejrzeć bardzo ciekawy czteroczęściowy program „If Walks Could Talk. An Intimate History of the Home” („Gdyby ściany potrafiły mówić. Intymna historia domu”). Prezenterką i autorką programu była urocza Lucy Worsley, historyk i kustosz Historycznych Pałaców Królewskich, niezależnej organizacji charytatywnej zajmującej się opieką nad pięcioma rezydencjami królewskimi w Londynie. Program podobał mi się tak bardzo, że natychmiast poszłam do biblioteki, wypożyczyłam książkę i przepadłam. Już wiem, że nie tylko muszę sobie ją kupić, ale i koniecznie muszę przeczytać kolejną książkę tej autorki, „Courtiers” („Dworzanie”). Albowiem Lucy Worsley nie tylko zna się na rzeczy, ale jeszcze potrafi PISAĆ.

Książka „If Walls Could Talk”, podobnie jak program, podzielona jest na cztery części, a każda z nich dotyczy innego pomieszczenia. Poznajemy więc po kolei tajemnice sypialni, łazienki, salonu i kuchni. Worsley nie tylko interesująco opowiada o tym, w jaki sposób zmieniał się wygląd poszczególnych pomieszczeń, ale przede wszystkim skupia się na tym, co ludzie tak na prawdę w nich robili. Podrozdziały książki koncentrują się więc na różnych aspektach życia ludzi z minionych epok. Na przykład w rozdziale poświęconym sypialni autorka pisze nie tylko o historii łóżka i tego co ludzie w nim robili (na przykład spali, chorowali, rodzili dzieci, przyjmowali gości...), ale i o tym, w czym i na czym spano. A także z kim spano – niejednokrotnie bowiem sypialnie dzieliły całe rodziny, a nawet służący, którzy spali na dostawianych łózkach. Nawet królowie nie spali sami – Henryk VIII, który miał już dosyć wiecznego tłoku w królewskiej sypialni, gdzie dworzanie wpadali bez zaproszenia, zbudował sobie nową sekretną sypialnię prywatna i zabronił tam wchodzić nawet swoim szambelanom (Gentelmen of Bedchamber).

Historia łazienki jest szczególnie interesująca, bo przez kilka stuleci pomieszczenie to właściwie nie istniało! W średniowieczu kobiety i mężczyźni kąpali się głównie w koedukacyjnych łaźniach publicznych. Za czasów Tudorów kąpiele w wodzie uważane były za niebezpieczne dla zdrowia - zamiast tego arystokraci zmieniali codziennie lnianą bieliznę. Osobne łazienki pojawiły się właściwie dopiero w dziewiętnastym wieku, kiedy to w domach zaczęto instalować rury doprowadzające wodę na piętro. Przedtem, dźwiganie wody z piwnicy do sypialni na piętrze było oczywiście zadaniem służących.... Równie ciekawa jest historia klozetu i papieru toaletowego - nigdy bym się nie domyśliła, że pierwszy spłukiwany sedes wynaleziono już za czasów królowej Elżbiety...

Kolejny rozdział książki dotyczy historii salonu. Podrozdziały w tej części koncentrują się nie tylko na umeblowaniu i wystroju tego ważnego pomieszczenia, ale i na społecznych zmianach, jakie można zaobserwować, kiedy się dokładnie prześledzi historię salonu. Od średniowiecznych wielofunkcyjnych sal, w których zarówno panowie jak i służba mieli wydzielone miejsce według hierarchii, w których jadło się, spało i bawiło, poprzez wydzielone pomieszczenia, z których każde miało osobne funkcje – przyjmowanie gości, mniej lub bardziej ważnych, przebywanie w rodzinnym gronie, jedzenie, bawienie się, odpoczynek, aż do współczesnych, znów wielofunkcyjnych „living rooms”. Worsley pisze też ciekawie o służbie i ich miejscu w domu, które również ewoluowało na przestrzeni wieków.

Ostatni rozdział poświęcony jest kuchni, która najpierw stanowiła dosłowne serce domu, potem straciła na znaczeniu i została zepchnięta w jak najdalsze rejony domostwa, tak, by dobiegające z niej zapachy nie przeszkadzały domownikom, a teraz ponownie odzyskuje swój należny status. Historia kuchni to też historia ogniska, pieca, kuchenek i innych udogodnień, bez których dziś trudno nam sobie wyobrazić przygotowanie posiłków. To też historia obyczajów, tego, kiedy, co i w jaki sposób jedzono, pito... To znów historia służących, którzy w kuchniach spędzali całe swoje dnie, tracili zdrowie, harowali przygotowując królewskie uczty i biedzili się nad zmywaniem.

Książka „If Walls Could Talk” to kopalnia wiedzy, ciekawostek, anegdot i interesujących faktów. Jej niewielką wadą jest to, że właściwie koncentruje się głównie na życiu arystokratów i rodziny królewskiej, ewentualnie mieszczańskich domach klasy średniej. Domy ubogich są wspominane rzadko, chociaż w telewizyjnym programie były omawiane i pokazywane. Oczywiście ta intymna historia domu opowiedziana jest z perspektywy angielskiej, więc w wielu aspektach odmienna od naszej, polskiej. Mimo to „If Walls Could Talk” to szalenie wciągająca książka! Właśnie zauważyłam, że właściwie zamiast wyrażenia „autorka opisuje” wciąż powtarzam „autorka opowiada” - pewnie dlatego, że Lucy Worsley jest wspaniałą gawędziarką i czytając książkę miałam wręcz wrażenie, że słucham czyjejś opowieści! Nie trzeba chyba wspominać, że książkę gorąco polecam?

Poza tym chciałam przeprosić za ciszę, ale w ciągu tych ostatnich kilku tygodni, z powodu zawirowań osobistych, nie tylko nie przeczytałam żadnej książki, ale zupełnie nie miałam ochoty na blogowanie... Już jest lepiej, więc trochę czytam i wkrótce będę pisać. W ostatnim czasie nie tylko kupiłam potworne ilości książek (zawsze uważałam, że takie zakupy mają znaczenie terapeutyczne...), ale też byłam na bardzo interesującym spotkaniu i miałam ciekawych gości... Proszę więc oczekiwać kilku wzmianek niebawem. Pozdrawiam wszystkich czytających.

niedziela, 6 lutego 2011

"Nine Parts of Desire" ("Dziewięć części pożądania") - Geraldine Brooks


Bóg Wszechmogący stworzył pożądanie seksualne w dziesięciu częściach; potem dziewięcioma częściami obdarował kobiety, a jedną mężczyzn”. (Ali ibn Abu Taleb, mąż Fatimy, córki proroka Mahometa i założyciel sekty szyitów.)

Geraldine Brooks, australijska pisarka i dziennikarka znana jest polskim czytelnikom jako autorka powieści takich jak „Ludzie księgi” czy „March”. „Nine Parts of Desire. The Hidden World of Islamic Women” („Dziewięć części pożądania. Ukryty świat islamskich kobiet”) to fascynujące spojrzenie na tę część społeczności muzułmańskiej, która zwykle jest dobrze ukryta przed spojrzeniami obcych, często wręcz niewidoczna, która ma często mniej praw, a która przez to jest często mało zrozumiana – kobiety. Brooks, która spędziła pięć lat na Bliskim Wschodzie jako korespondentka dla Wall Street Journal, miała możliwość poznać je blisko, zaprzyjaźnić się z nimi, przeprowadzać wywiady zarówno ze znakomitościami świata arabskiego jaki i zwykłymi kobietami.
Rezultatem jest ta właśnie niesamowita książka. "Niesamowita" to pierwsze określenie, które mi przychodzi na myśl po przeczytaniu „Nine Parts of Desire”. Lektura zapadająca w pamięć, dzięki której dowiedziałam się wielu ciekawych faktów, ale i dzięki której mam jeszcze więcej pytań. Książka, która zmusiła mnie do myślenia, skłoniła do szerszego zainteresowania się tym, co się dzieje obecnie na Bliskim Wschodzie (szczególnie teraz, kiedy w Egipcie wciąż trwają zamieszki), tym, co ukształtowało tak ciekawy i różnorodny kulturalnie zakątek świata, a także historią polityczną Bliskiego Wschodu.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz odwiedziłam Londyn jako turystka. Lata świetlne temu. Tu właśnie po raz pierwszy zobaczyłam kobietę okrytą od stóp do głów, muzułmankę noszącą hidżab. Dobre maniery przeważyły jednak nad moją ciekawością, więc nie zaczęłam się gapić, tylko po prostu poszłam dalej. Pamiętam jednak zaciekawienie, które sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, dlaczego kobiety zakrywają swoje twarze. Ciekawość i niewiedza często sprawiają, że wokół całego tematu krąży wiele historii, często nieprawdziwych, wielu ludzi myśli, że kobiety są represjonowane, zmuszane do noszenia burek, nikabów czy abaji. Brooks rozmawiając ze znajomymi muzułmankami, które często same zdecydowały się na ten krok, udowadnia, że przyczyny mogą być różne – religijne, polityczne czy kulturowe.
Hidżab to tylko jeden z elementów życia kobiet, o których pisze Brooks. Różnorodne tematy które porusza w swojej książce koncentrują się na zagadnieniach takich jak udział kobiet w życiu zawodowym i politycznym krajów muzułmańskich, miejsca kobiet w życiu rodzinnym, jako żony i matki, doświadczenia kobiet, które przeszły na islam i sposób, w jaki są postrzegane przez rodziny swoich mężów, znajomych i współobywateli... Autorka pisze o małżeństwach, które w niektórych krajach oddają mężczyznom całkowitą władzę nad ich żonami, nad postępowymi reformami, których domagają się kobiety (prawo do dziedziczenia równej części majątku przez mężczyzn i kobiety, prawo do wychowywania dzieci, prawo do rozwodu), prawie do edukacji...
Różne są poglądy kobiet na poruszane w książce tematy, bo i różne są kobiety, które Brooks poznaje, z którymi rozmawia, którym udziela głosu. Matki, żony, kobiety biznesu, lekarki, studentki, żołnierze, kobiety ubogie i zamożne, mężatki i szukające mężów, postępowe kobiety, religijne kobiety, postacie znane w świecie, anonimowe głosy, wszystkie mają wspólną cechę – próbują żyć w zgodzie z zasadami islamu. Co jest najbardziej interesujące to to, że te zasady są tak różnorodnie interpretowane.
Nie ma w tej książce pogardy, braku zrozumienia czy fałszywego współczucia. Jest trzeźwe spojrzenie na różne kulturalne i religijne aspekty życia i próba ich zrozumienia. Nie znaczy to, że autorka unika wyrażania własnej opinii, ale robi to subtelnie, zastanawiając się nad przyczynami i skutkami pewnych zjawisk.
Bardzo ciekawe wydały mi się również te fragmenty, w których Brooks pisała o kobietach w życiu Mahometa, o jego żonach i córkach, i wyjaśniała źródła pewnych aspektów wiary, które są istotne w życiu współczesnych muzułmanów.
Książka została opublikowana w 1995 roku, ponad dziesięć lat temu, więc oczywiście sytuacja polityczna w tym rejonie zmieniła się w tym czasie. Jednak nawet po tylu latach czyta się ją jako ciekawy głos opowiadający o życiu kobiet w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w różnych zakątkach Bliskiego Wschodu, zapis politycznych, społecznych i kulturalnych zmian zachodzących w tym zakątku świata.
Niektóre części tej książki czytałam z niedowierzaniem, niektóre z oburzeniem, jeszcze inne z podziwem. Wszystkie zaś z zainteresowaniem, bo książkę Geraldine Brooks czyta się jak wciągającą powieść. Polecam „Nine Parts of Desire” wszystkim, którzy chcą dowiedzieć się więcej o roli kobiet w islamie. Ponieważ jest to temat-rzeka, wiem, że książka nie odpowie na wszystkie pytania, jakie czytelnik chce zadać, ale na pewno wiele wyjaśni. Gdzieś w sieci znalazłam informację, że książka "Dziewięć części pożądania" ukazała się po polsku w 1995 roku, więc jeśli możecie ją znaleźć i przeczytać, zróbcie to koniecznie, bo to książka na szóstkę.
Ps. Okładka przeczytanego przeze mnie wydania to ta środkowa, najbrzydsza.