Nie ma jak dobra książka, jeśli człowieka boli gardło i ma daleko postępujący żal do świata... Wtedy dobrze robi soczek z malin, kocyk i dobra lektura. Po połknięciu "Cukierni pod Pierożkiem z Wiśniami" Compton zabrałam się za książkę Marii Stępkowskiej-Szwed "Maniusia. Marynia, Maria", wspaniałą opowieść o rodzinie autorki, która korzeniami sięga do czasów zaborów. Fascynująca historia zwykłych ludzi, barwne opisy dawnych posiadłości, rodzinne anegdotki, no po prostu niesamowicie wciągająca i poruszająca opowieść.
Merlin właśnie wysłał mi maila zatytułowanego Lata dwudzieste, lata trzydzieste, a w nim propozycje książek, filmów i muzyki z tej epoki - świetna sprawa, bo mnie ciągnie bardzo do tamtych klimatów ostatnimi czasy... Mam książki Kopra, mam Łozińskich, czytam Krzywicką i znam też kilka powieści z tamtych czasów, albo o tamtych czasach, ale niezmiennie poszukuję nowych, interesujących książek. Może mi cos ciekawego polecicie?
A wy, po jakie książki sięgacie, kiedy jesteście chorzy?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzisiaj czytam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzisiaj czytam. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 2 września 2012
niedziela, 12 sierpnia 2012
Dzisiaj czytam... (44)
Na dwa tygodnie
pochłonęły mnie Igrzyska Olimpijskie –
natychmiast po powrocie z pracy zasiadałam przed
telewizorem, by wraz z milionami widzów przeżywać sukcesy
sportowców. Książki czytałam w przerwach na lunch i późnym
wieczorem, tuż przed zaśnięciem, bez pośpiechu, we
fragmentach... Dziś pewnie też niewiele uda mi się przeczytać, bo
przecież właśnie trwa maraton, a dziś wieczorem czeka nas
ceremonia zamknięcia Igrzysk. Ale jutro...! Jutro zamierzam czytać
dalej „Stenogramy Anny Jambor” (jestem na trzecim tomie wydania
sześciotomowego), dokończyć wreszcie „Wyznania gorszycielki”
Ireny Krzywickiej, zabrać się porządnie za „Małżeństwo
niedoskonałe” Nepomuckiej i odwiedzić bibliotekę POSKu, by tam
wyszukać jeszcze jakieś perełki. Zacznę też myśleć nad tym, w
jaki sposób zapakować wszystkie książki, które za tydzień chcę
zabrać ze sobą do Polski – kilka prezentów, kilka powieści,
które chce pożyczyć moja mama, coś do czytania na drogę, bo
przecież mam co prawda kindla, ale bez papieru jakoś tak nijak...
Mam co prawda tydzień na przygotowania, ale wiadomo, że takie
decyzje to rezultat wielu godzin przemyśleń i prób! Doczekać się
nie mogę mojego urlopu, mam nadzieję, że uda mi się porządnie
odetchnąć, przeczytać kilka książek na zapas, odświeżyć
znajomość z kilkoma powieściami, przejrzeć półki w poszukiwaniu
nowych inspiracji i po prostu porządnie odpocząć i zrelaksować.
Czego i wam życzę.
A na koniec tradycyjne pytanie - a co wy teraz czytacie?
niedziela, 29 lipca 2012
Dzisiaj czytam... (43)
Po
wczorajszym emocjonującym dniu spędzonym głównie na czekaniu na
kolarzy, wznoszeniu okrzyków przez te kilka minut, kiedy
przejeżdżali koło nas, a potem szukaniu najbliższego pubu z
telewizorem, by obejrzeć wyścig, dziś dzień drugi igrzysk olimpijskich. Tym razem chyba
uda mi się coś poczytać, w przerwach między jedną a drugą
transmisją. Zaczęłam się rozglądać za jakimiś książkami o
tematyce olimpijskiej, ale na razie znalazłam tylko „Gold”
Chrisa Cleave'a i
„Private games” Jamesa Pattersona... Może więc książki
wakacyjne? Czeka na mnie zaczęta Santa Montefiore i jej „The House
By The Sea”, a także „Book of Summers” Emylii Hall.... Do tego
trzeba też znaleźć czas „Stenogramy Anny Jambor” i na inne
porozpoczynane powieści. A jeszcze przeczytałam ostatnio „Siedem
lat później” i „Tajemnicę Abigel”, więc chciałabym coś o
nich napisać. Proszę uprzejmie o przedłużenie dnia o co najmniej
kilkanaście godzin.
Z
poważaniem,
Zaczytana
PS.
Jakie są wasze propozycje książek o tematyce sportowej?
niedziela, 22 lipca 2012
Dzisiaj czytam... (42)
Wierzyć
mi się nie chce, ale dzisiaj ma być ciepło. A nawet – ha! – słonecznie!
Czyżby nadszedł czas na czytanie w ogródku? Na razie siedzę słuchając
Trójki i wzdychając z tęsknoty za Szklarską Porębą. Dlatego zaraz chyba
zabiorę się za „Błędne siostry” Renaty Górskiej, bo to też o
Karkonoszach... To kolejna ostatnio nabyta strasznie grubaśna książka,
ponad siedemset stron. (Przypomniało mi się, jak kiedyś, kiedy moja mama
należała do Świata Książki, kupowała tylko książki, które miały ponad
czterysta stron, bo twierdziła, że tylko wtedy czuje, że książka jest
warta zakupu... A jeśli nie potrafiła wybrać, którą powieść kupić, to
zawsze wygrywała ta grubsza...) Tak więc, „Błędne siostry”,
tylko jeszcze muszę skończyć „Siedem lat później” Emily Giffin, chociaż
denerwuje mnie dwulicowość tych wszystkich yummy-mummies... A właściwie
to powinnam wybierać cieniutkie książki, żeby je szybko skończyć, ale
cóż ja poradzę na to że mi się grube podobają bardziej? A DLACZEGO muszę
tak szybko czytać, zapytacie? Otóż, muszę się spieszyć i szybko czytać,
żeby wyprzedzić moją mamę. Co roku w styczniu ja i moja mama zaczynamy
od nowa zapisywać przeczytane książki – i co roku licytujemy się, którą
książkę teraz czytamy. A że mama nie pracuje, zimą zawsze jakoś ma
więcej czasu na czytanie niż ja. Natomiast wiosną zaczyna się działka i
wtedy ją zwykle doganiam... A w tym roku – kicha. Wciąż jest kilka
książek do przodu. Za to uwielbiam to, że kiedy dzwonię do niej, zawsze
rozmawiamy o książkach – co czytamy, co nam się spodobało, co
przyniosłyśmy z biblioteki, co kupiłyśmy... Dobrze jest mieć taką mamę! A
wy z kim rozmawiacie o książkach?
PS. Podjadam KEX apple z Ikei, jabłkowe markizy, popijając je lemoniadą z sokiem pomarańczowym. Mniam. Pozdrawiam bardzo leniwie.
poniedziałek, 16 lipca 2012
Dzisiaj czytam... (41)
Ach, niedziela, niedziela... Leniwa niedziela. Wypad do pubu ze
znajomymi, kilka odcinków Doktora Who, dobry obiad... Co jeszcze...? A
tak, książki. Skończyłam dziś czytać "Tajemnicę Abigel" Magdy Szabo. To
właściwie taka książka-legenda, o której wiele osób słyszało, niewiele
za to miało okazję ją przeczytać. Kiedy więc wznowiło ją niedawno
Wydawnictwo Bona, musiałam ją kupić i natychmiast przeczytać. Kiedyś
oglądałam serial na podstawie tej powieści, na szczęście niewiele
pamiętałam, tak więc przyjemność czytania była właściwie niezmącona. A z
którą książką pójdę dziś do łóżka? Jeszcze nie wiem. Czeka na mnie
zaczęta jakiś czas temu książka Zofii Stulgińskiej pod tytułem "Gruszki
na wierzbie", ciekawią i przyciągają "Stenogramy Anny Jambor" ,
przyniesione z biblioteki "Siedem lat później" Emily Giffin też korci...
Najchętniej przeczytałabym też jednocześnie najnowsze książki, którymi
chwaliłam się ostatnio, a do tego dwie powieści kupione w księgarni w
POSKu - " Pożegnanie z Afryką" Blixen i " Kolację z Anną Kareniną"
Glorii Goldreich, o której to książce czytałam jakiś czas temu na
którymś blogu (tylko którym?!) Na szczęście jutro poniedziałek, nigdzie
nie muszę iść, no, oprócz kilku godzin wieczorem... Dlatego mój plan
przewiduje wygodne łóżko, kubek gorącej herbaty i stertę książek.
Dobranoc!
niedziela, 8 lipca 2012
Dzisiaj czytam... (40)
Mam
proszę Państwa, tak zwaną FAZĘ. Na polskie książki. Wypożyczane z
biblioteki, kupowane, ściągane na kindla. Z czułością wpatruję się w
przywleczone z POSKu i innych bibliotek nowości i wywleczone z magazynów
zdobycze. Mało mi, mało, ciągle mało – wyszukuję więc w internecie
interesujące ebooki – na nie nie trzeba czekać, można od razu wskoczyć w
książkę, patrzeć tylko ze zdziwieniem na to, jak książka kurczy się
przed naszymi oczami – dwadzieścia procent, trzydzieści, czterdzieści...
I chociaż śmieszy mnie liczenie procentów zamiast stron, przyjemność
czytania wciągającej książki jest taka sama. Właśnie pochłaniam powieść Kazimierza Orłosia „Dom pod lutnią”
i zastanawiam się, jak to się stało, że o autorze nigdy do tej pory nie
słyszałam? To się chyba jednak zmieni, bo pierwsze spotkanie z panem
Orłosiem jak na razie jest bardzo udane. Dobrze wiedzieć, że czeka na
mnie ze dwadzieścia innych książek tego pisarza... Pogoda zresztą
sprzyja czytaniu, bo zamiast upałów mamy tu u nas głównie powodzie...
Jedno jest pewne, nuda mi nie grozi.
Właśnie
zaczyna się finał tenisa na kortów Wimbledonu, rozgrywka, na którą
czekają tysiące kibiców – finał w którym pierwszy raz od
siedemdziesięciu sześciu lat zagra Brytyjczyk, Andy Murray, który
zmierzy się z legendarnym Rogerem Federerem – ten pojedynek muszę
obejrzeć! Odłożę więc lekturę książki Orłosia na trochę, ale wrócę do
niej natychmiast, gdy gra się skończy, bo powieść bardzo mnie wciągnęła.
PS. A jutro, mam nadzieję, będę się bezczelnie chwalić.
niedziela, 1 lipca 2012
Dzisiaj czytam tak po prostu.
Czytam
„Złą krew” Arne Dahla i kątem oka popatruję w stronę stolika. Tam już
czekają na mnie kolejne książki, mrugając okładkami, prezentując swoje
wdzięki i zachęcająco trzepocząc stronami. Świadomość, że zawsze mam co
czytać, jest bardzo kojąca.
Od
dawna wiadomo, że książki poprawiają mi humor. Nie tylko ich czytanie,
czasem wystarczy samo przebywanie wśród nich. Dlatego wczoraj udałam się
do biblioteki i przytargałam siedem książek. Są wśród nich thrillery,
są i powieści obyczajowe. Ułożyłam je na kupce i zastanawiam się, skąd w
tych papierowych tomach, okrytych plastikowymi okładkami bierze się
tyle pozytywnej energii. Lubię na nie patrzeć, zastanawiać się, czy
kiedy już je zacznę czytać zawarte w nich słowa rozśmieszą mnie, czy
może zaciekawią, przestraszą czy zasmucą. Czytanie książek to trochę jak
wizyta u lekarza – książki koją obolałe dusze, leczą złamane serca,
pomagają zapomnieć o chorym ciele. Przebywanie wśród książek poprawia
natychmiast humor. Zagłębianie się w światy stworzone przez ich autorów
pozwala czytelnikowi oderwać się od rzeczywistości, odlecieć w nieznany,
odległy świat, zapomnieć o problemach, skupić się na czym innym niż
rozmyślanie nad własnymi problemami. Już pierwsze zdania potrafią nas
zmusić do skupienia, zastanowić nad tym, co nas czeka, skoncentrować się
na poznawaniu nowych miejsc, postaci, zdarzeń.
Kocham książki miłością stałą, niezmienną i bezwarunkową. Po prostu za to, że są!
A oto pierwsze zdania z tych książek:
„Paulette Lestafier wcale nie była tak szalona, jak mówiono. Oczywiście, że odróżniała dni tygodnia.”
„Przez
drzwi Królewskiego Teatru Szekspirowskiego wylała się po raz kolejny
fala publiczności – prosto w strugi paskudnego deszczu, który jak zwykle
znał co do minuty czas zakończenia spektaklu.”
„Siedzimy naprzeciwko siebie i unikamy swojego wzroku. Siedzimy tu już od kilku godzin”
„Różowy pokój. Małe światełko tylko od czasu do czasu oświetla ściany.”
„Cholera, kończę z tym! Nie chcę już tu dłużej być.”
„Zdarzają
się historie, które są jak spirale śmierci i wbijają się zardzewiałym
końcem coraz głębiej i głębiej w świadomość tego, kto musi ich słuchać.”
„Wydaje mu się, że otacza go ciemność. Nie wie tego na pewno, bo nie jest w stanie otworzyć oczu.”
niedziela, 24 czerwca 2012
Dzisiaj czytam w pociągu!
Jedziemy
z Ulubionym Anglikiem na kilka dni do Norwich, więc od wczoraj myślę o
tym, jakie książki zabrać ze sobą. Mam nadzieję, że nie powtórzy się
sytuacja z zeszłego roku, kiedy to zakupiliśmy sześć książek zanim
wsiedliśmy do pociągu... W tej chwili moje typy to:
„The Proposal”, Mary Balogh
– miły i lekki romans historyczny jednej z moich ulubionych autorek.
Szybko się czyta i stanowi kolejną część serii ze znanymi bohaterami.
„Death of a Kingfisher”, M.C. Beaton
– kryminał z serii o policjancie z malutkiej szkockiej wioski, Hamishu
Macbethcie. Książki Beaton są przewidywalne, lekkie i zabawne i połyka
się je szybko.
„Kwiaty na poddaszu”, Virginia Andrews – książka, o któej głośno było jakiś czas temu na blogach. Jeszcze jej nie czytałam.
„The House By The Sea”, Santa Montefiore – książka określana jako wakacyjna opowieść z sercem i duszą o podupadłych domach i ludziach, którzy w nich mieszkają.
„Tides of War”, Stella Tillyard – bo wreszcie muszę tę książkę przeczytać...!
„Zła krew”, Arne Dahl – szwedzki kryminał trzymający podobno w napięciu i niesamowicie wciągający...
Oczywiście, zabieram też kindla, ale akurat te książki, które chcę przeczytać, mam na papierze...
Co sądzicie o tym zestawie? Które książki powinnam zabrać?
niedziela, 10 czerwca 2012
Dzisiaj czytam w podróży...
Zadziwiająca
rzecz się stała, spędziłam przemiły dzień w towarzystwie Padmy i jej
koleżanki i zamiast pokazywać wam kolejne mega – stosy, które zwykle mam
wam do pokazania po takich spotkaniach, prezentuję wam to mizerne
stosiątko. Przygotujcie się na niespodziankę. Dziś kupiłam tylko jedną
książkę... Reszta to prezenty, za które pięęęęęęknie dziękuję Padmie.
Owszem, widziałam sporo interesujących powieści, ale jakoś żadna nie
przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. Nie narzekam jednak, bo moje
zdobycze, choć według moich standardów skromne, cieszą oko i są
niezwykle interesujące.
Isabel Colegate, „The Shooting Party” - pierwszy z prezentów od Padmy, książka, o której pisała niedawno na swoim blogu.
Świetna niespodzianka, bo (jak już wspomniałam), ciągnie mnie do
początków dwudziestego wieku, do beztroskich czasów przed Wielką Wojną,
która na zawsze miała zmienić świat angielskiej arystokracji.
Anna Fryczkowska, „Starsza pani wnika” -
Ach, jakież to wspaniałe uczucie, gdy na nieśmiałe pytanie o pewną
książkę pada odpowiedź: „już ci ją kupiłam”... Nie czytałam jeszcze
„Kobiety bez twarzy”, ale nowa powieść autorki zapowiada się
arcyciekawie. Morderstwo i pewna starsza pani, która przy pomocy
detektywistycznej agencji rozwiązuje sprawy kryminalne z własnego
podwórka. Dużo się po tej książce spodziewam, zwłaszcza, że autorka
chwalona jest za świetny opis współczesnych realiów.
Ciji Ware, „Island of the Swans” - jedyna kupiona książka, romans historyczny z czasów Jerzego III, powieść biograficzna o życiu Jane
Maxwell, późniejszej księżnej Gordon, rywalki słynnej Georgiany,
księżny Devonshire. Bardzo lubię romanse, a wiek osiemnasty to czasy
bardzo interesujące. Do zakupu ostatecznie zachęciła mnie Padma,
poświadczając autentyczność głównej bohaterki.
Arne Dahl, „Zła krew” -
część druga przygód szwedzkiej Drużyny A, bohaterów kryminału
„Misterioso”, który przeczytałam w zeszłym roku, podobno jeszcze lepsza
od swojej poprzedniczki. Morderstwo szwedzkiego krytyka literackiego,
seryjny morderca ze Stanów, skomplikowana intryga i zaskakujące zwroty
akcji. Już zacieram ręce, czekając na świetną zabawę.
Peter Prange, „Złodziej nieba” - książka niemieckiego autora zachwalana przez Monikę
z Kroniki błękitnej biblioteczki. Powieść o miłości i sztuce
rozgrywająca się w środowisku paryskiej cyganerii w fascynujących latach
trzydziestych XX wieku. Mało czytam literatury niemieckiej, mam jednak
nadzieję, że ta książka to zmieni.
Oto i
cały stosik. A gdzie obiecana relacja z tego, co dzisiaj czytam? Otóż w
podróż zabrałam dziś trzeci tom przygód Flavii de Luce, „A Red Herring
Without the Mustard”, książkę, którą podczytuję już trzeci dzień. A
ponieważ jutro czasu mam też mało, pozdrawiam was wieczorowo i bez
zwłoki przenoszę się do Buckshaw, by wraz z Flavią rozwiązywać zagadkę
pewnego morderstwa.
niedziela, 27 maja 2012
poniedziałek, 14 maja 2012
Dzisiaj czytam... (39)
Tak
jak myślałam, powrót do pracy spowodował zdecydowany spadek
czytelniczy. Biografie, które postanowiłam poczytać w zeszłym tygodniu
leżą na nocnym stoliku (no cóż, to już jakiś postęp!), bo sił mi na nie
zabrakło. A, i także ochoty, na razie. . Na pocieszenie dostałam za to
do zrecenzowania dwie książki od mojego ukochanego magazynu Newbooks.
Jedną z nich już przeczytałam – to nowa książka Nicholasa Draysona, „A
Guide to the Beasts of East Africa”. Drayson to autor uroczej książki „Przewodnik po królestwie ptaków Afryki Wschodniej”,
którą czytałam jakieś dwa lata temu. Jego nowa książka nie spodobała mi
się co prawda aż tak bardzo jak tamta, ale mimo to była to bardzo
przyjemna lektura. Więcej o niej niebawem, a poprzednią powieść tego
autora polecam wszystkim! Druga książka to „Tides of War”, Stelli
Tillyard, o której wspominałam przy okazji nominacji
do Orange Prize. Właśnie ją zaczynam i mam nadzieję na interesująca
opowieść z czasów Regencji! A dziś, żeby się odprężyć, postanowiłam
zrobić sobie kilka powtórek – sięgnęłam po „Wielki Diament”
Chmielewskiej i jestem już w połowie drugiego tomu. Bardzo lubię te jej
historyczne, zagmatwane opowieści! Następna w kolejności czeka na mnie
„Najstarsza prawnuczka”... A potem – no cóż, mam nadzieję, że te
biografie w końcu przeczytam...
A co tam słychać u was?
niedziela, 6 maja 2012
Dzisiaj czytam... (38)
Dzień
dobry, ach, dzień dobry wszystkim! Po pierwsze chciałam donieść, że w
Londynie pogoda dalej raczej jesienna niż wiosenna, w związku z tym nic
się człowiekowi nie chce, tylko by siedział w domu i czytał. Ach, jakbym
tak jeszcze mogła z tydzień posiedzieć i poczytać...! Niestety we
wtorek czeka mnie powrót do pracy, ale tym razem jakoś czuję, że
zdołałam odpocząć nieco i perspektywa przejrzenia setki czekających na
mnie niewątpliwie maili nie poraża mnie aż tak bardzo!! Mam też
nadzieję, że dziś i jutro wystarczy mi czasu na przeczytanie dwóch
zaczętych książek, a mianowicie „W stronę prawdy” Anny Quindlen i „Meet
Me at the Cupcake Cafe” Jenny Colgan. Ta pierwsza to obyczajowa powieść o
rodzinie, a przede wszystkim o kobiecie, która opiekuje się umierającą
matką, momentami przejmująca, szczególnie, że dotyczy relacji między
matką a córką, więc czytanie jej idzie mi na razie powoli... Natomiast
ta druga to nieco głupiutki chick-lit, historia dziewczyny, która
zakłada własną kawiarenkę z ciastami własnego wypieku – historyjka
przewidywalna, ale przepisy z książki wynotuję i być może wypróbuję...
Natomiast
nowy tydzień chciałabym zacząć nieco inaczej. Chciałabym przeczytać coś
zupełnie innego, może coś odkładanego od dawna, książkę z tylnych
rzędów, coś, czego zwykle nie czytam. Może książkę popularno-naukową, od
dawna polecaną przez Ulubionego Anglika, albo jakąś biografię, Jane
Austen na przykład..? Hmmm. Czy wy też czasem zastanawiacie się nad
wyjściem poza wasze utarte ścieżki czytelnicze? Po jakie książki
sięgacie niechętnie?
Pozdrawiam nieco chłodnawo i z odrobiną przewidywanego deszczu.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Dzisiaj czytam... (37)
Słyszałam,
że w Polsce pogoda znakomita. Bardzo zazdroszczę. Czytacie już w
ogródku, w parku, na świeżym powietrzu? Zabieracie ze sobą książki na
działkę? Nam to na razie nie grozi... Melduję posłusznie, że
pogoda w Londynie obecnie nadaje się tylko do czytania książek w domu...
Nie dość, że pada, to jeszcze wieje. Niby wszystko w porządku, bo
przecież mam duże zaległości lekturowe, ale z drugiej strony chciałabym
pochodzić po mieście z mamą... W związku z tym póki co siedzimy zgodnie
na sofie, pijemy kawę i czytamy. Mama czyta „Paryski spadek” Ewy Grocholskiej, kontynuację „Paryskiej pokojówki”, a ja czytam zaczętą wczoraj „Drogę do Różan” Bogny Ziembickiej.
Jak widać po ostatnim stosiku lektury na najbliższe dni mam sporo, więc
nie ma się czego obawiać, bezksiązkowie nam nie grozi! Niemniej jednak
koło południa spróbujemy się przebić do miasta i odwiedzić Spitafields
Market, a być może i Muzeum Dzieciństwa... Życzcie nam powodzenia!
Pozdrawiam deszczowo i chlupiąco...
EDIT: Poddałyśmy się i wróciłyśmy do
domu. Za to teraz gotuje się rosołek, a w planach ciasto drożdżowe! Ha!
Od razu mi lepiej...
niedziela, 22 kwietnia 2012
Dzisiaj czytam... (36)
Śpieszę
donieść, że na razie nie czytam. Na razie oglądam londyński maraton w
telewizji, podziwiając zwłaszcza zwykłych ludzi, którzy biorą udział w
maratonie, bardzo często w kostiumach, zbierając pieniądze na różne cele
charytatywne. W tym roku maraton biegnie też Jamie Byng, założyciel
jutrzejszej imprezy World Book Night. Wyścig obejmuje dystans 26 mil, a
co każdą milę woluntariusz będzie rozdawał jeden z dwudziestu pięciu
tytułów, które zostały wybrane na jutrzejszą akcję, plus jeden tytuł
wybrany przez samego Bynga - „Things Fall Apart”
Chinuy Achebe. Jutro sama będę rozdawać książki, więc może w telewizji
uda mi się podpatrzeć jakieś ciekawe techniki... A wy, jak planujecie
uczcić jutrzejszy Dzień Książki?
Kiedy
już się na maraton wystarczająco napatrzę planuję przeczytać książkę
Anny Quindlen, „W stronę prawdy”, powieść obyczajową amerykańskiej
autorki o rodzinie i trudnych wyzwaniach. Mam nadzieję, że uda mi się
też napisać coś o książce Sarah Winman, „When God Was a Rabbit” („Gdy
Bóg był królikiem”), chociaż właściwie powinnam dziś sprzątać... Po
deszczowym tygodniu słońce nareszcie nieśmiało wygląda zza chmur więc
nasz ogródek wabi mnie coraz bardziej. Dziś jeszcze chyba za zimno, żeby
sobie posiedzieć i poczytać książkę na trawie, ale już wkrótce..
Pozdrawiam coraz cieplej.
PS. Przypominam, że już jutro wieczorem losowanie!
niedziela, 15 kwietnia 2012
Dzisiaj czytam... (35)
Proszę państwa,
przywiało chyba wiosnę na dobre. W przerwach między jednym porywem
wiatru a drugim, słońce przyświeca spomiędzy chmur. Ptaszki od rana
hałasują za oknem, aż przyjemnie siedzieć rano w łóżku pijąc herbatę i
słuchając ich kłótni. Potem czas na rower – przejażdżka do Putney, kawa i
obowiązkowa rundka po księgarniach i charity shopach. Powrót do domu –
teraz czas na książkę.
Co
czytam teraz? Po dwóch błyskawicznie wchłoniętych tomach Martina znów
profilaktycznie załadowałam kolejny tom na kindla, ale po przeczytaniu
kilku stron postanowiłam, że powinnam zrobić sobie przerwę...
Kontynuuję
zaczęte w ubiegłym tygodniu książki. Łypię okiem na Chandlera, bo
przecież miałam przeczytać go w tym miesiącu. Do tego jak zwykle
przybyło mi kilka książek...
Od
mojego ukochanego magazynu Newbooks dostałam do recenzji książkę Moniki
McInerney „Lola's Secret”. Zawsze chciałam przeczytać jakąś książkę tej
pochodzącej z Australii autorki, więc wydawało mi się, że opowieść o
wspomnieniach, rodzinie i spędzanych w australijskim upale świętach
Bożego Narodzenia od razu mi się spodoba. I wszystko byłoby dobrze,
gdyby nie to, że okazało się, że „Lola's Secret” to kontynuacja innej
książki autorki, „The Alphabet Sisters”.... No i tu pojawia się problem,
bo ja zwykle nie lubię zaczynać od środka... Dam jednak „Lola's Secret”
szansę, bo początek mnie zaciekawił. Jest to jednak czytanie niejako
wbrew moim zasadom, bo ja lubię porządek i czytanie od początku... A jak
to jest u was? Czytacie książki w takiej kolejności, w jakiej zostały
zapisane? Co zrobicie, jeśli trafi się wam kontynuacja jakiejś powieści –
zdobywacie część pierwszą, czytacie jak leci, czy może szybko
sprawdzacie gdzieś, co zdarzyło się w poprzedniej książce? Podzielcie
się swoimi spostrzeżeniami!
Przy okazji przypominam o losowaniu – jeśli ktoś chciałby zdobyć książkę Billa Brysona „Notes from a Small Island”, zapraszam tutaj!
niedziela, 8 kwietnia 2012
Dzisiaj czytam... (34)
Dzisiejszej
niedzieli pragnę złożyć wam wszystkim serdeczne życzenia świąteczne.
Mam nadzieję, że w wirze świątecznych zajęć, spotkań z rodziną i długich
posiedzeń przy biesiadnych stołach znajdziecie też czas na czytanie...
Ja
zamierzam swój wolny czas poświęcić „Grze o tron” Martina – zbliżam się
do finału pierwszego tomu i chociaż wiem doskonale, jak się kończy, ta
książka strasznie wciąga... A jeśli starczy mi czasu, jest jeszcze część
druga, „A Clash of Kings”... W przerwach mam zamiar poczytać też inne
książki, żeby się zupełnie nie zakopać się w krainie stworzonej przez
Martina. Wraz z Rodziewiczówną przyniosłam też „Dziennik Serafiny”
Józefa Ignacego Kraszewskiego, wypadało się z JIKiem zapoznać...
Krzywicka czyta się powolutku, a do chciałabym jeszcze wreszcie skończyć
„When God Was a Rabbit” Sarah Winman. Jedna jest pewne, nudzić się nie
będę.
niedziela, 1 kwietnia 2012
Dzisiaj czytam... (33)
Okazuje
się, że dni wolne sprzyjają czytaniu... Nie dość, że udało mi się w
ubiegłym tygodniu dokończyć kilka książek, napisać kilka notek, to
jeszcze miałam czas na kino (fantastyczne „Igrzyska śmierci”, polecam!),
wyjście na obiad do restauracji (pulled pork, absolutna rozkosz
mięsna!) prawie całodniową wyprawę rowerami do Greenwich, a także
spotkania ze znajomymi. Po prostu cud, miód i orzeszki. Obawiam się
jednak, że przez kilka następnych dni wcale nie będzie lekko, więc co na
tym ucierpi najbardziej? No właśnie, czytanie. Będę się więc starała
przede wszystkim czytać książki lekkie, albo straszliwie wciągające,
żeby jakoś się oderwać od przewidywanego kołowrotu.
Dziś mam w planach przede wszystkim „Wyznania gorszycielki” Ireny Krzywickiej.
Wciągająca książka, chociaż jak rozumiem pełna nieścisłości i
przeinaczeń. Przede wszystkim z niecierpliwością czekam, aż autorka
dojdzie do interesujących mnie kawałków – jej przyjaźni z poetami i
sławnymi ludźmi znanymi z okresu dwudziestolecia międzywojennego. A
jeśli Krzywicka mnie zmęczy, to postanowiłam dokończyć kilka książek
dawno zaczętych i jeszcze nieprzeczytanych. „Sister”, czyli „Siostra” Rosamund Lupton,
lektura polecana mi przez liczne osoby już od roku, może wreszcie się
za nią porządnie zabiorę? Albo kolejna zaczęta z przyjemnością książka,
wciąż jeszcze niedokończona - „When God was A Rabbit” („Kiedy Bóg był królikiem”) Sarah Winman.
Nie za bardzo rozumiem, dlaczego czasem zaczynam książkę, po kilkunastu
stronach stwierdzam, że bardzo fajnie się czyta, a potem odkładam ją na
„potem”. I jakoś o niej zapominam.... Ale skoro obie wspomniane książki
albo już są dostępne po polsku, albo zaraz zostaną wydane, to
wypadałoby się za nie wreszcie zabrać. Jakoś mi głupio, bo przecież u
mnie na półce te książki leżą już od roku...!
Oprócz
czytania mam dziś w planach trochę gotowania. Między innymi czekoladowe
brownies (już kiedyś się nimi chwaliłam na blogu), a do tego coś na
obiad. W poszukiwaniu inspiracji oglądam niedzielne powtórki z mojego
ulubionego kulinarnego porannego programu na BBC, Saturday Kitchen.
Obecnie waham się pomiędzy tagine z kurczakiem, kurczakiem w hinduskich
przyprawach, albo kurczakiem na patelni z ryżem i sałaką... Ech...
Jakieś sugestie?
Pozdrawiam kuchennie!
niedziela, 25 marca 2012
Dzisiaj czytam... (32)
Proszę
państwa, oto niedziela – niedziela będzie bardzo spokojna i pełna
książek, bo oto nadchodzi już koniec marca (jakim cudem?!) a ja jeszcze
„Cudzoziemki” nie skończyłam! Na swoje usprawiedliwienie powiem, że
koniec roku podatkowego w Anglii to dla nas czas wytężonej pracy, w
bibliotece sporo się dzieje, a w dodatku moje obowiązki rosną...
Ostatnio na przykład zlecono mi przygotowanie prezentacji na temat
obecności biblioteki w social media... Do tego zakupy książek – pod
koniec roku zawsze jest więcej pieniędzy do wydania – a także roczne
oceny pracowników, księgowość... Trochę czuję się winna, bo na samą
końcówkę miesiąca wzięłam urlop. Pewnie pójdę w przyszłym tygodniu na
kilka godzin do pracy, chociażby po to, by dokończyć kilka rzeczy...
Póki co jednak, zamierzam się cieszyć kilkoma wolnymi dniami – w
poniedziałek wybieramy się z UA do kina na „Hunger Games” - już doczekać
się nie mogę. Przewiduję też relaksacyjne czytanie, być może w ogródku,
bo pogoda na razie iście wiosenna – słoneczko, ptaszki, chmurki na
niebie, aż chce się zamknąć oczy i wreszcie zwyczajnie ODPOCZĄĆ...
A po przebudzeniu znów można poczytać. Oto potencjalne lektury:
„Cudzoziemka” Kuncewiczowej – jak już mówiłam, trzeba dokończyć i coś napisać!
„Wyznania gorszycielki” Krzywickiej – tak się napaliłam na książkę, przyszło co do czego to czasu nie było!
„Kind of
Cruel”, najnowsza książka Sophie Hannah. Pewnego wieczoru przeglądałam
książki na amazonie, poślizgnął mi się palec i książka wylądowała na
moim kindlu. A że zaczyna się bardzo ciekawie, można ją wszędzie zabrać,
myślę, że szybko uda mi się ją połknąć.
„Hotel on
the Corner of Biter and Sweet” - no ile można to czytać?! Winę za
opóźnienie ponosi sama książka, bo to hardback, duży i nieporęczny, więc
czytam go tylko w domu. Ergo – nie za często...
A jak tam pogoda u was? Co czytacie w ten weekend i gdzie?
Pozdrawiam wszystkich ciepło, wiosennie i słonecznie.
niedziela, 18 marca 2012
Dzisiaj czytam... (31)
Dzisiaj
czytam... tylko w małych kawałkach. Głównie w metrze, w drodze na
zakupy, w kawiarni, podczas śniadania, w wannie. W podróży czytam "Wielkie zasługi" Chmielewskiej, pierwszą książkę z serii o Teresce i Okrętce, na kindlu. W domu czytam powolutku „Hotel on the Corner of Bitter and Sweet” Jamie Forda. W księgarni czytam fragment „Night Shall Overtake Us” Kate Saunders i natychmiast decyduję się załadować kolejną książkę na kindla. Z tej samej księgarni wynoszę też „The Gallows Curse”, nową książkę Karen Maitland, autorki świetnej „Company of Liars” i powieść Christiny Schwarz, „So Long At The Fair”,
właściwie w ciemno, tylko dlatego, że Padma polecała kiedyś jej
„Drowning Ruth”... Nie czytam dużo. Mam nadzieję, że jutro będzie
lepiej. Dobranoc.
niedziela, 11 marca 2012
Dzisiaj czytam... (30)
Siedzę, oglądam Man v. Food
i ślinię się. A jak tylko skończę to oglądać, zabiorę się za
czytanie... Powoli kończę „The Weed That Strings the Hangman's Bag”
Alana Bradley – muszę przyznać, że nie potraktowałam do tej pory drugiej
części przygód Flavii de Luce z należytym szacunkiem na jaki ta książka
zasługuje. Czytanie w kawałkach z długimi przerwami pomiędzy na pewno
nie oddaje sprawiedliwości tej książce. Kiedy zaczynamy czytać książkę,
wpadamy w pewien rytm, który – jeśli książka jest wystarczająco dobra! -
porywa nas, wciąga w stworzony przez autora świat i tworzy specyficzną
więź między czytającym a czytanym utworem. Przerwanie tej więzi zwykle
nie wychodzi książce na zdrowie, bo odbudować ją jest bardzo trudno –
najczęściej wymaga to ponownego rozpoczęcia powieści. Z kolei pójście w
zaparte i czytanie książki pomimo utraty tego delikatnego połączenia,
czyni ten bardzo przyjemny zwykle proces wyjątkowo trudnym i uciążliwym.
I wyjątkowo długim. Nawet, jeśli książka nam się podoba.
Mam nadzieję, że z „Cudzoziemką” Kuncewiczowej tego błędu nie popełnię...
A jaki jest wasz rekord najdłuższego czytania książki? Miesiąc? Dwa? Rok...?
Subskrybuj:
Posty (Atom)