Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 lipca 2016

Świętosława, harda królowa (Elżbieta Cherezińska - "Harda")

Co bym nie napisała o „Hardej” Elżbiety Cherezińskiej, i tak zdawać mi się będzie, że nie potrafię oddać wystarczająco swojego zachwytu. Jej powieści od kilku lat sprawiają, że szybciej bije mi serce – a od pierwszego spotkania z „Koroną...” Piastowie zawładnęli moją wyobraźnią i po prostu nie dość mi książek o pierwszych władcach Polski. Kiedy więc jakiś czas temu ukazała się ekscytująca wiadomość, że Elżbieta Cherezińska napisała kolejną książkę, podstępnie namówiłam moją biedną rodzicielkę do kupienia książki w dniu jej premiery (ach, za to właśnie uwielbiam mojego kindelka!), niecierpliwie przeczekałam dzień pełen przeszkadzaczy i wieczorem wsiąkłam w lekturę. Nie wychynęłam ze świata „Hardej” dopóki jej nie skończyłam. Szkoda, że te 600 stron minęło tak szybko, ale za to pocieszam się tym, że we wrześniu wyjdzie jej kontynuacja, czyli „Królowa”.

Ad rem, zatem, spróbujmy opisać to, co mi się w tej książce podobało… Po pierwsze to, że dotyczy okresu w historii Polski, o którym właściwie mało wiadomo, a większość informacji pochodzi niejako z drugiej ręki – a mimo tego autorce udało się utkać z pojedynczych nici piękną opowieść – tu i ówdzie wypełnioną własnymi wyobrażeniami, tu i tam wymyśloną na nowo, ale w każdym względzie porywającą. Początki naszego państwa, rosnąca potęga księstwa leśnych polan (a propos, piękna jest ta interpretacja pochodzenia nazwy naszego państwa), polityczne machinacje Mieszka i Bolesława – takie powieści sprawiają, że można być dumnym z naszej historii. A czego w tej opowieści nie ma – jest chrzest, którego przyjęcie jednym ruchem przestawiło pionki na szachownicy politycznej naszego zakątka Europy, są i ambicje polityczne ojca i syna, którzy odważyli się sięgnąć dalej, niż ich przodkowie, są i polityczne przymierza, w których targuje się własną rodziną, a przede wszystkim największym atutem – córkami. Dzięki córkom, traktowanym właściwie jako część ruchomego majątku, można osiągnąć wiele, można umocnić swoją pozycję na granicy kraju, zadbać o zbrojne wsparcie i pomoc przeciwko wspólnemu wrogowi. Nic więc dziwnego, że Cherezińska poświęca najwięcej miejsca tym, którym dedykuje swoją powieść – „bezimiennym zapomnianym księżniczkom piastowskim”.

Świętosława i Olav?
Tak więc po drugie – bohaterowie. Mimo iż tytuł zakłada, że główną bohaterką jest Świętosława, to ucieszyło mnie wielce to, że historia zaczyna się od Mieszka, a głos zabiera w niej także Bolesław (od razu stwierdziłam, że muszę znowu przeczytać „Grę w kości”, żeby sobie odświeżyć jego historię i rolę odegraną w historii Polski – wszak niektórzy bohaterowie pojawiają się w obu książkach, a Piastów nigdy nie za wiele!), jego dwie przyrodnie siostry (licentia poetica, być może, ale bardzo wiarygodna i jak najbardziej dodająca historii smaczku), Olav, Sven i oczywiście Świętosława. Ach, ta Świętosława! Żałuję, że mało (zupełnie nic?) mówi się o niej na szkolnych lekcjach historii. A przecież to właśnie opowieści o interesujących postaciach mogą sprawić, że nasza historia wyda się wreszcie ciekawsza, łatwiejsza do zapamiętania, bardziej swojska a jednocześnie jak najbardziej fascynująca. Świętosława to właśnie taka postać – córka i siostra władcy Polski, która znalazła sobie miejsce w skandynawskich sagach, jako królowa Szwecji, Norwegii, Danii i Anglii. Wielka szkoda, że właściwie wiadomo o niej tak mało, że wśród historyków trwają spory, czy w ogóle istniała, czy nie pomylono jej z innymi kobietami z tamtego okresu, czy jej imię naprawdę brzmiało Świętosława, Sigrida Storrada, Harda Królowa. Cherezińska daje Świętosławie głos, a także ciało z krwi i kości. Daje jej siostry, mężów, dzieci i dwa dzikie rysie, każe kochać, nienawidzić, buntować i godzić się z losem. Czyni ją zatem w oczach czytelników tak wielce prawdziwą, jakby jej pochodzenie nie pozostawiało ani cienia wątpliwości, jakby była to jedna z najlepiej znanych postaci średniowiecza. I chwała jej za to, bo dzięki temu powieść ma (tak jak i pozostałe!) ten nieuchwytny i jeden w swoim rodzaju klimat.

No i wreszcie po trzecie  - klimat. Najtrudniejsze do opisania w recenzji książki nieuchwytne coś, co sprawia, że po książki Elżbiety Cherezińskiej będę sięgać w ciemno. Klimat, czyli sposób, w jaki autorka wciąga czytelnika w sam środek fabuły, w środek akcji, stawia mu przed oczami rząd postaci  i mówi: „Wybieraj. Kto ci się najbardziej podoba? Na kogo głos będziesz niecierpliwie czekać? Kto cię urzecze? Kto zasmuci? Które sceny i dialogi cię zachwycą, które rozbawią? Uważaj na jastrzębia i rysie, bo mogą cię podrapać.” Jest coś w tych piastowskich opowieściach takiego, że oderwać się od nich nie można. Nie ma tu co prawda obecnego w Odrodzonym Królestwie pierwiastka magicznego, ale kto wie? Wszak to dopiero początek historii Polski, a nuż jastrząb Mieszka i rysie Świętosławy to zapowiedź czegoś więcej?

Należałoby jakoś zakończyć ten pochwalny elaborat, żeby było i konstruktywnie i z puentą i zachęcająco. Ni jak nie potrafię. Czytajcie książkę, sami przyznajcie mi rację. A ja będę teraz czekać do września na „Królową”, żeby po raz kolejny zanurzyć się w piastowskiej historii. Odświeżę sobie też zapewne znajomość z resztą dynastii z Odrodzonego Królestwa. A potem to już mi tylko jedno pozostanie, będę dręczyć autorkę. Pani Elżbieto, ja bardzo proszę się pospieszyć z pisaniem. Pani książki mi się kończą, co ja będę czytać, jak już przeczytam te trzy co mi zostały???

sobota, 26 lipca 2014

Karzeł, tron i korona (Elżbieta Cherezińska, "Niewidzialna korona")

Już prawie od tygodnia zastanawiam się, co mam napisać o "Niewidzialnej koronie" Elżbiety Cherezińskiej, żeby nie było bałwochwalczo, a jednak od serca i na temat. Najchętniej nie pisałabym nic, tylko kupiła dziesięć egzemplarzy książki i rozdawała ją jako prezenty. Uwielbiam, kiedy znajomi pytają mnie o książkowe rekomendacje, polecam wtedy moje ulubione powieści i czekam na odzew - zazwyczaj jak najbardziej pozytywny. No i mam teraz kolejną autorkę, której książki będę ludziom wpychać. Kupię w ciemno każdą książkę Cherezińskiej i mam tylko nadzieję, że kiedyś coś napisze o czasach królowej Bony, to osiągnę pełnię szczęścia.
 
Okazało się, że chociaż zawsze wydawało mi się, że Jagiellonowie są ciekawsi, to Piastów można pokochać, jeśli ktoś o nich będzie pisał tak, jak to robi Elżbieta Cherezińska. Chociaż lubię historię, to rozbicie dzielnicowe zawsze przyprawiało mnie o ból głowy (tyle małych księstw, w dodatku wszyscy książęta mieli na imię Henryk, Bolesław albo Kazimierz), a przecież historia Piastów jest po prostu bardzo, ale to bardzo ciekawa. Szczególnie ta, o której mowa w "Niewidzialnej koronie". 
 
Tak jak bohaterem poprzedniego tomu był Przemysł II, pierwszy po rozbiciu dzielnicowym król Polski, tak w tym tomie poznajemy losy kolejnych władców polskich, a główną postacią jest Władek, zwany Karłem, czyli Władysław Łokietek. Który wcale kolejnym królem Polski nie był, nie on też nosił niewidzialną koronę, wspomnianą w tytule, symbol państwa i polskości. (Doprawdy, moja znajomość historii kraju jest żenująca.) Łokietek to zresztą postać, której nie sposób nie polubić, mimo jego wad, jego porywczości, zapalczywości i upodobania do polowań. Przypominał mi zresztą postać Kmicic, bo podobnie jak on, Władek po prostu „dorasta” do swojej przyszłej korony. Ale sam Władek to nie wszystko, są też (jak i w poprzednim tomie) inni bohaterowie, równie mi bliscy – Rikissa, córka Przemysła, Jakub Świnka (zdecydowanie go za mało!), Michał Zaremba... Jest i praski Przemyślida, Vaclav II i jego syn-obżartuch. Niecierpliwie czekam na kolejny tom serii, żeby się dowiedzieć, jak potoczą się losy wielu postaci, które przewinęły się przez karty tej książki. 
 
Co więcej mogę napisać. Od „Niewidzialnej korony” nie sposób się oderwać. Ta potężna (rozmachem i objętością) powieść po prostu powala na kolana. I nie chodzi mi tu tylko o niesamowitą ilość zamachów, morderstw, małżeństw, przymierzy i sojuszów, które mogą przyprawić o ból głowy i którymi można by obdzielić kilka innych książek, ale o to, jak to jest wszystko opisane. Soczyście. Wciągająco. Z postaciami co to jak żywe, tylko co wylezą z książki i pojadą na polowanie, albo się okładać mieczami. Z odrobiną magii, która przyjmuje postać trzech bawiących się lwów, latającego gryfa czy żywych tatuaży. Aż się chce czytać, czytać i czytać. I kiedy dociera się do końca – nagle i niespodziewanie – kiedy okazuje się, że to już koniec i już, a reszta książki to tylko dodatki – to człowiekowi robi się strasznie żal. Mimo iż – według słów samej autorki – Odrodzone Królestwo powróci. Oby jak najszybciej.

Kiedy w 2012 roku skończyłam czytać "Koronę śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej okryłam się niemalże żałobą i pośpieszyłam zamęczać autorkę pytaniami o kolejny tom. Okazało się, że musiałam na niego czekać niemalże dwa lata. Przez ten czas zdążyłam polecić "Koronę..." kilku osobom, przeczytać dwa z czterech posiadanych tomów sagi Północnej Drogi i zaopatrzyć się w "Legion" oraz "Grę w kości". Mam nadzieję, że jak będę sobie te książki dawkować to starczy mi ich do czasu, kiedy autorka napisze kolejny tom serii Odrodzonego Królestwa. A najlepiej, gdyby już zaczęła go pisać, rzesze fanów czekają. O co autorkę pięknie proszę. Z przysiadami.

PS. A wy co tu jeszcze robicie? Idźcie czytać Cherezińską, a sio!

czwartek, 10 stycznia 2013

"The Twentieth Wife" ("Dwudziesta żona") - Indu Sundaresan

Czasem dobra książka naprawdę zaczyna się jak bajka. Oto mała dziewczynka po raz pierwszy widzi młodego księcia i zakochuje się w nim. Wiele lat później, jako młoda kobieta spotyka go ponownie, ale złośliwy los i niemniej złośliwi ludzie ciągle stawiają na ich drodze do szczęścia przeszkody. Dopiero po wielu latach udaje im się połączyć i kobieta zostaje jedną z najbardziej wpływowych kobiet w imperium. Dorzućcie do tego barwne tło obyczajowe i historyczne, egzotyczną lokalizację i fascynującą plejadę postaci, a powstanie książka, od której ciężko będzie wam się oderwać!

„The Twentieth Wife” („Dwudziesta żona”) Indu Sundaresan, amerykańskiej pisarki hinduskiego pochodzenia, to właśnie taka opowieść – wciągająca historia miłosna, powieść historyczna obfitująca w intrygi, spiski i zdrady a także fascynująca powieść obyczajowa portretująca życie w imperium Wielkich Mogołów na przełomie XVI i XVII wieku. Co więcej, powieść Sundaresan opowiada o życiu Mehrunissy (Mihrunissy), dwudziestej żony cesarza Mogołów Jahangira (Dżahangira), postaci autentycznej, która do historii przeszła jako Nur Jahan (Światłość Świata). 

Powieść rozpoczyna się w momencie dramatycznych narodzin Mehrunnisy, która przyszła na świat w namiocie na pustyni, w czasie podróży do Indii. Autorka opowiada historię niezwykłej kobiety, koncentrując się na jej życiu przed ślubem z cesarzem Jahangirem. Co prawda o życiu głównej bohaterki zachowało się w przekazach historycznych niewiele informacji, ale autorka zgrabnie wypełniła luki w tej historii, opisując jej życie w rodzinnym domu, czy u boku pierwszego męża. Książka jest zresztą silnie zakorzeniona w historii – wydarzenia przedstawione w powieści, takie jak bunt księcia Salima przeciw ojcu, bunt księcia Khusrau, wojny toczone w państwie Mogołów, są jak najbardziej prawdziwe.

Postać głównej bohaterki przyciąga czytelnika jak magnez. Autorka przedstawia ją jako kobietę wyjątkową, także w oczach innych postaci – jej rodziców, mieszkanek haremu, cesarza. Mehrunnisa nie tylko jest piękna, ale i starannie wykształcona, inteligentna, a do tego cechuje ją pewna nieskazitelność, prawość, uczciwość. Sundaresan zdecydowała się na pokazanie jej jako kobiety bezgranicznie kochającej jednego mężczyznę i poświęcić pragnieniu zostania jego żona całe swoje życie.

Jedno jest pewne – w świecie, w którym kobiety miały niewiele praw i niewiele swobody, Mehrunnisa była całkowitym wyjątkiem. Jako małżonka Jahangira była postacią, która miała znaczący wpływ na politykę cesarstwa. Ma to tym większe znaczenie, że kobiety mongolskie spędzały życie za zasłoną welonu, lub kurtyny odgradzającej męską część domostwa od kobiecej zenany. Nie było to bynajmniej życie samotne, bo zenany, szczególnie te dworskie, pełne były żon, nałożnic, niewolnic i eunuchów. Przyznaję, że fragmenty poświęcone kobiecym intrygom i życiu w królewskim haremie były szczególnie zajmujące! Żony i nałożnice władcy musiały dzielić się jedynym mężczyzną, który miał do nich dostęp, rywalizując między sobą o jego względy. W zamian za to - kobiety z królewskiej zezany żyły w olśniewającym luksusie. A jednak - mieszkankom brakowało swobody, mozliwości poruszania się gdzie i kiedy tego zapragnęły. Żadna nie miała nic do powiedzenia o swoim losie i zamążpójściu. Niewiele z nich miało też własne środki utrzymania, polegały więc na mężczyznach, by zapewnić im byt.

Indu Sundaresan urodziła i wychowała się w Indiach, więc bardzo dobrze zna tamtejsze realia – „Dwudziesta żona” to powieść, która przesycona jest zapachami Indii, gorącym, dusznym powietrzem, smakami egzotycznych owoców i potraw. Do tego opisy strojów i wnętrz pałaców, świadectwa wprost niewyobrażalnego bogactwa, powodują, że w książce Indu Sundaresan można się rozsmakować i zaczytać.

Przygotujcie się więc na fascynującą podróż w czasie, na barwną, bogatą w szczegóły wyprawę w egzotyczne rejony półwyspu hinduskiego. Przeczytajcie  Indu Sundaresan i rozsmakujcie się w historii pięknej, odważnej i fascynującej Mehrunnisy.

Po raz kolejny muszę podziękować Padmie za jej książkową rekomendację. Gdyby nie ona, ominęła by mnie wciągająca i porywająca lektura. Dzięki niej przeczytałam książkę, którą jestem zachwycona. Mam nadzieję, że mnie również udało się zachęcić was do przeczytania „Dwudziestej żony”. Naprawdę warto!
PS. O życiu Mehrunnisy po ślubie z Jahangirem opowiada kolejna książka Sundaresan, „The Feast of Roses” („Święto róż”).

wtorek, 27 listopada 2012

Inwestygator Jego Królewskiej Mości (Mariusz Wollny - "Kacper Ryx")

Jakiś czas temu pisałam o odkryciu, jakim była dla mnie wspaniała saga historyczno-fantastyczna Elżbiety Cherezińskiej, czyli „Korona śniegu i krwi”. Takie wrażenie zrobiła na mnie ta historia, że w dalszym ciągu strasznie mnie ciągnie do podobnych książek. Jednak zamiast więc zabrać się porządnie za „Grę w kości”, wczoraj zapragnęłam czegoś ciut lżejszego. Zresztą wina (czy raczej zasługa) leży po stronie samej autorki, która na facebooku zaczęła wypisywać tak zacne i smakowite fragmenciki o bohaterach „Korony...”, że przy Rikissie już dłużej nie zdzierżyłam i sięgnęłam na półkę, żeby odnowić znajomość z pewnym inwestygatorem królewskim...
„Kacper Ryx” Mariusza Wolnego to pierwszy tom łotrzykowskiej powieści historycznej rozgrywającej się za czasów polskich Jagiellonów. Oto młody żak Akademii Krakowskiej, znany z tego, że każdą zagadkę potrafi rozwikłać i dociec prawdy, zostaje poproszony przez imć pana Kochanowskiego i pana Górnickiego o odnalezienie wykradzionej pieczęci królewskiej. Do tego dochodzą też inne zadania – schwytanie zabójcy swojej przyrodniej siostry, odnalezienie zaginionego mistrza arkanów czarnoksięskich. Słowem – młodzieniec ma kupę roboty, a że jest obrotny, zaradny i niegłupi, poradzi sobie w każdej sytuacji – czy to w szlacheckim towarzystwie, czy też w kompanii Króla Żebraków. Podczas swoich przygód Kacper nie raz narazi się pewnym niebezpiecznym charakterom, ale na szczęście ma też rozliczne talenta, zebrane podczas krótkiego, acz burzliwego żywota, które pomogą mu się wykaraskać z każdej awantury. Jednym słowem, sympatyczny to nad wyraz bohater i nic dziwnego, że pan Wollny postanowił napisać dalsze trzy tomy jego przygód!

Zapowiadam wam, że „Kacper Ryx” to powieść znakomita, mieszanka wyśmienita polskiej facecji i fantazji. Pojedynki, bijatyki, pościgi, pogonie, strzelaniny, lochy i jaskinie – świat Ryksa jest pełen niebezpieczeństw, ale też pięknych niewiast, przygód i przyjaciół, którzy dopomogą w kłopotach i rozweselą w smutku. Dużo się dzieje, akcja rozwija się przed naszymi oczami błyskawicznie, ani na chwilę nie tracąc tempa. Sporo jest też dowcipu, nieco zabawnych zdarzeń, a całość okraszona kilkoma niewyjaśnionymi zagadkami, które, mam nadzieję, zostaną rozwiązane w kolejnych tomach. 
 Do tego tło historyczne odmalowane jest w tej powieści doskonale. Nie będę pisarstwa Mariusza Wollnego porównywać do Cherezińskiej, bo to zupełnie inny typ opowieści, a z „Koroną...” skojarzył mi się tylko i jedynie przez Rikissę. (Rozumiecie, Rikissa – Ryx...? Tak, wiem, że to bardzo luźne skojarzenie... ) Jedno mogę wam zagwarantować. Czeka was zabawa przednia, w kompanii znakomitej – stronice książki zaludniają bowiem znane postacie historyczne, nie tylko z otoczenia miłościwie panującego w roku pańskim 1569 króla Zygmunta Augusta, ale i wybitni polscy poeci i literaci – jest i Kochanowski, Sęp Szarzyński, jest i królewski bibliotekarz, Łukasz Górnicki, autor „Dworzanina polskiego”. Pojawia się też na poły legendarny mistrz Twardowski, jeden z czarnoksiężników królewskich, jest i Krwawy Burmistrz krakowski, Czeczotka. Jednym słowem, ma ci Kacper zacne towarzystwo, w którym do woli zażywa przygód, jak na prawdziwego inwestygatora przystało. Afery i wydarzenia, na tle których opowiedziana jest historia Kacpra Ryksa, są opisane bardzo dokładnie i, jak się tego dowiedziałam z tomu drugiego, są w większości prawdziwe. Nic dziwnego, bo autor chociaż z wykształcenia jest etnografem, to pasjonuje się historią i, co ważniejsze, potrafi o niej świetne pisać. Co rusz wspomina o różnych dawnych zwyczajach, przytacza anegdotki i ciekawostki, a wszystko to bardzo sprytnie i wdzięcznie splatając w jedną całość. Nie zapomina też o samym języku, jakim napisana jest powieść, zgrabnie go podkolorowując i okraszając archaizmami, wtrącając fragmenty wierszy, fraszek i staropolskich pieśni. Przy tym książka jest też opatrzona pożytecznym słowniczkiem, wyjaśniającym czytelnikowi łacińskie zwroty i mniej zrozumiałe słówka. Ba, na dociekliwego czytelnika czekają też mapki, ukazujące XVI-wieczny Kraków i jego okolice. 

Nic więc dziwnego, że o powieść przygodach Kacpra czyta się z wielką uciechą, w napięciu i z rosnącym ze strony na stronę zadowoleniem. Jakkolwiek nazwać tę opowieść – czy to powieścią historyczną, kryminałem, powieścią łotrzykowską, czy powieścią płaszcza i szpady, to gwarantuję, że spodoba się miłośnikom historii Polski i dobrej zabawy. Tak wciągający jest „Kacper Ryx”, że mam ochotę natychmiast udać się na krakowski rynek, zaprzyjaźnić z żakami i popijać piwo w karczmie w nadziei, że przysiądzie się do mnie jakiś znany poeta i zacznie recytować swoje dowcipne fraszki.

Jeśli więc jakimś cudem o Kacprze Ryksie jeszcze nie słyszeliście, co tchu lećcie do księgarń lub bibliotek i czym prędzej bierzcie się za czytanie. Ja tymczasem idę zapoznać się z tomem drugim przygód zacnego Kacpra, oczekując po nim równie dobrej zabawy!


poniedziałek, 17 września 2012

Piastowskie sprawy (Elżbieta Cherezińska, "Korona śniegu i krwi")

Jakiś czas temu narzekałam, że nikt nie pisze w Polsce powieści historycznych – no to teraz to odszczekuję! Jakiś czas temu skończyłam czytać „Koronę śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej i do tej pory nie mogę się od niej uwolnić! Nie tylko jest to książka fantastyczna, niebezpiecznie wciągająca i niesamowicie interesująca, ale do tego oparta na faktach! Wyobraźcie sobie powieść pełną intrygujących postaci, zagmatwanych wątków, sekretów, szczęśliwych zbiegów okoliczności, miłości i tragedii. Niech się schowa „Gra o tron”, Tudorzy mogą nam nagwizdać, Piastowie po prostu rządzą!! Średniowiecze nigdy nie było bardziej interesujące!

Książka Elżbiety Cherezińskiej to opowieść o trudnym okresie w historii Polski – rozbiciu dzielnicowym i próbach zjednoczenia Polski przez Przemysła II, pierwszego władcy połączonego królestwa. W szkole bardzo lubiłam historię, chociaż przyznaję, że akurat okres rozbicia dzielnicowego nie wydawał mi się specjalnie ciekawym – przede wszystkim większość książąt strasznie mi się myliła, nosili takie same imiona, a księstewka były tak poszatkowane, że właściwie nie wiadomo było, kto gdzie rządzi. Do tego – o zgrozo! – myślałam, że pierwszym królem polskim po zjednoczeniu dzielnic był Władysław Łokietek. Postać Przemysła II wcale mi nie była znana. No cóż, ta powieść to na pewno zmieniła! Bo autorka nie tylko pisze o historii naszego kraju zajmująco. Ona ją ożywia, uwspółcześnia, a jednocześnie umagicznia, przeistacza w epicką opowieść o walce dobra ze złem, o klątwach i rycerzach walczącym przeciw smokom.

Na samym początku porównałam „Koronę śniegu i krwi” do „Gry o tron” i jeśli zastanawiacie się dlaczego, skoro ma być to powieść historyczna, muszę też dodać, że jest w powieści Cherezińskiej znalazło się też miejsce na magię. Bardzo subtelnie autorka posypuje całą powieść mieszanką fantastyczną, której pierwszą zapowiedzią są bardzo żywe znaki rodowe rycerstwa polskiego. Jest i Starsza Krew, jest i Bóg, odzywający się do wybranych, są i święci chodzący po ziemi. Ale, podobnie jak w „Grze o tron”, najważniejsza jest w książce właśnie historia - pełna brzydkich spisków i pięknej miłości, historia kraju i jego mieszkańców.

„Korona...” to przede wszystkim opowieść o księciu, który w młodości buńczuczny i pełen animuszu domaga się podziału księstwa i samodzielności, by w późniejszym życiu dojrzeć i zostać pierwszym z Piastów, któremu udało się połączyć większy fragment ziem bez walk, a raczej poprzez przyjaźnie i sojusze. Cóż mogę powiedzieć więcej, żeby nie zepsuć was przyjemności poznawania tej książki samodzielnie? Książę Przemysł to tylko jedna z nielicznych postaci przewijających się przez książkę. Wśród bohaterów „Korony...” są nie tylko piastowscy książęta oraz ich żony, matki i córki, są też wśród nich święci, możni, są duchowni i wyznawcy pogańskich bóstw. Wątek odzyskania korony polskiej to tylko jeden z tropów, jakimi podążają bohaterowie powieści. Nie bez powodu wspomniałam „Grę o tron” - powieść Cherezińskiej to podobnie pasjonująca, pełna intryg, polityki, wielowątkowa i wielogłosowa historia. Tyle tylko, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. No, prawie wszystko – są w naszej historii pewne luki, które pisarka wypełniła w nader ciekawy i spójny sposób. Ale dynastii piastowskiej na szczęście nie trzeba było wymyślać – potomkowie Bolesława Krzywoustego byli jak najbardziej żywi, a do tego krewcy, żądni władzy, zacięci w boju, kochliwi, pełni pychy, buńczuczności, dwulicowi, zazdrośni i zdradliwi. W dodatku była ich cała chmara, więc ilość potyczek, walk oraz sojuszy zawieranych przez wojujących Piastów, przyprawiała mnie o ból głowy... Podobnie jak i małżeństwa, koligacje i ilość dzieci... Nic więc dziwnego, że początkowo czytając „Koronę śniegu i krwi” miałam wrażenie, że właściwie nic o historii własnego kraju nie wiem. Ale to uczucie szybko mi minęło, bo Elżbieta Cherezińska pisze nie tylko ciekawie, ale wręcz porywająco. Zachwyciła mnie nie tylko opowiadana przez nią historia, nie tylko postacie – żywe, pełne werwy i charakteru, nie tylko język, także żywy, wciągający, dowcipny, dosadny, a miejscami wprost poetycki i nastrojowy, ale także rozmach całego przedsięwzięcia. By uchwycić tyle szczegółów, by spleść ze sobą tak wiele wątków, by przedstawić czytelnikowi tylu bohaterów i nie pogubić się w tym wszystkim, ale wręcz przeciwnie, sprawnie żonglować imionami, nazwami, faktami i wydarzeniami, oddać głos tylu postaciom, narratorom i pomniejszym bohaterom, spiąć wszystko w jedną, okazałą całość – no, to trzeba po prostu mieć talent.

Nie mam tej książce nic do zarzucenia. Nie mogę znaleźć w niej żadnego „ale”, najchętniej przeczytałabym ją od nowa, po raz pierwszy, by znów mieć przyjemność odkrywania tej historii od początku. Kupiłam ją na w wersji na kindla, zachęcona recenzjami, które nakazywały mi ją zacząć bezzwłocznie, a także ze względu na potężne gabaryty (ponad siedemset stron, przepięknie wydanych w twardej oprawie – książka trudna do dźwigania, a jeszcze trudniejsza do zmieszczenia w bagażu), ale to jest książka, którą chce się mieć na półce i do niej powracać. Co też i pewnie uczynię, zwłaszcza, że wieść niesie, że autorka planuje kolejną opowieść, tym razem o Karle... Cóż, pozostaje mi teraz tylko niecierpliwie oczekiwanie, a na pociechę – inne książki Elżbiety Cherezińskiej... A tym, którzy jeszcze nie przeczytali „Korony śniegu i krwi” - zazdroszczę i zaręczam, że warto...

środa, 29 sierpnia 2012

Ach, trudno być kobietą... (Laila El Omari, "Zapach drzewa sandałowego")


Wiadomo nie od dziś, że egzotyczne indyjskie plenery i kultura, tak różna od tej europejskiej, przyciągają wielu czytelników jak magnes. Sięgamy po takie powieści, by chociaż na trochę zakosztować nieznanej na co dzień mieszanki smaków i zapachów, by odetchnąć upalnym, dusznym powietrzem przesyconym nieznaną wonią, żeby przypatrzeć się kolorowym strojom, podziwiać zapierające dech w piersiach widoki. „Zapach drzewa sandałowego” Laili El Omari to powieść obyczajowa, której akcja toczy się właśnie w Indiach, w dodatku są to Indie osiemnastowieczne, Indie kolonialne, które przyciągają ze zdwojoną siłą.

„Zapach drzewa sandałowego” to perypetie Eliszy Legrant, pochodzącej z zamożnej angielskiej rodziny zaangażowanej w działalność Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej.  Elisza jest młodą dziewczyną, wchodzącą w dorosłość w świecie, w którym zamążpójście i rodzenie dzieci jest życiową misją każdej kobiety, a  małżeństwo niekoniecznie dokonywane jest z potrzeby serca.  Jej pasje i zainteresowania  takie jak medycyna, sanskryt i sytuacja polityczna Indii, a także fascynacja „czarnym miastem”, częścią Bombaju zamieszkałą przez rdzenną ludność indyjską,  przyjaźń z księżną radżputów, czynią z niej osobę niekonwencjonalną, buntującą się przeciw społecznym konwenansom i normom. Kiedy w domu jej rodziców zamieszkuje Damien Catrall, daleki krewny Legrantów, który właśnie skończył studia medyczne w Anglii i zamierza pracować w Bombaju jako lekarz, zawiązuje się między nimi nić porozumienia. Damien jest jednak od dawna zaręczony, więc na związek między nimi nie ma właściwie szans… Honorowi mężczyźni nie zrywają bowiem zaręczyn, szczególnie takich, które zostały im narzucone, nawet jeśli nie ma między narzeczonymi żadnego uczucia.

Ci, którzy spodziewają się egzotycznego świata Indii na każdej stronie, trochę się rozczarują, bo tych Indii jest zdecydowanie mniej niż się tego spodziewałam. „Zapach drzewa sandałowego” to przede wszystkim historyczny romans, a nie powieść społeczno- obyczajowa. To książka bardzo kobieca, o kobietach i dla kobiet. To opowieść o miłości, dla której warto odrzucić konwenanse, o którą warto walczyć. Na drugim planie toczy się też historia Charlotte, siostry głównej bohaterki, której Omari szykuje los odmienny od tego będącego udziałem Eliszy, los jeszcze bardziej skomplikowany i właściwie na swój sposób tragiczny. Są też i historie innych kobiet – Śaliny, młodziutkiej żony hinduskiego księcia, która żyjąc w bajecznym luksusie jest świadoma tego, że jej życie wcale nie jest tak beztroskie i spokojne, Maureen i Elizabeth, kobiet z rodziny Damiena, których biologiczne i moralne życie kontrolowane jest przez mężczyzn. Historia Eliszy i jej siostry Charlotte nie jest może oryginalna, ale Omari jest sympatyczną gawędziarką, która potrafi i lubi opowiadać. Czasem może trochę za bardzo – moim zdaniem książka była nieco przegadana, zbyt długa- na przykład taki wątek z Alistairem Darkiem na przykład właściwie mógłby zostać ominięty. Chętnie przeczytałabym za to więcej o May, młodszej siostrze głównej bohaterki, która moim zdaniem zasługuje na tyle samo uwagi co pozostały panny Legrant. Ale mimo wszystko „Zapach…” czyta się z zainteresowaniem.

 Po przeczytaniu tej powieści dochodzę do wniosku, że życie kobiety w osiemnastym wieku nie tylko nie ma w sobie nic romantycznego, ani godnego zazdrości, ale i często zasługiwało na współczucie, natomiast życie w gorących klimatach indyjskich było po prostu niewygodne… Upalne temperatury dla kobiet noszących ciasne gorsety i kilka warstw sukien musiały być nie do zniesienia, dodatkowo równie sztywne konwenanse nie pozwalały im się skarżyć na niedogodności, czy kobiece dolegliwości. Ale wszystko to blednie w porównaniu z problemami i niesprawiedliwościami wiążącymi się z pozycją społeczną kobiet w tamtych czasach… Omari udało się moim zdaniem świetnie oddać sztywną, duszną atmosferę angielskich salonów, świat plotek, obłudy, dwulicowości i fałszywej pruderii. Tło historyczne powieści – czyli wojny o wpływy kolonialne pomiędzy Anglią a Francją – również zostało ciekawie przedstawione, bo wybuch wojny ma znaczący wpływ na losy bohaterów powieści. Dla czytelników ciekawych lub zagubionych  umieszczono też na końcu książki kilka notek historycznych dotyczących wojen i rozwoju kompanii handlowych w Indiach.

Mimo mankamentów, pierwsze spotkanie z Lailą El Omari uważam za całkiem udane. Ciekawe jest to, że Laila El Omari jest niemiecką pisarką, ale pisze głównie o brytyjskiej historii, kulturze i obyczajach. Akcję swoich historycznych powieści osadza głównie w egzotycznym Oriencie, przeważnie w Indiach. Mam też drugą książkę tej autorki, pożyczyłam od mojej mamy „Monsunowe dni” i ciekawa jestem, jak mi się ta powieść spodoba. Na pewno moje nastawienie będzie już nieco inne, co też powinno wpłynąć korzystnie na jej odbiór. Natomiast „Zapach drzewa sandałowego” polecam przede wszystkim czytelniczkom, które mają ochotę przeczytać romans osadzony w egzotycznych plenerach. 

sobota, 23 kwietnia 2011

Zbrodnie w rzymskiej Brytanii ("The Vestal Vanishes" - Rosemary Rowe)


Czy ja już kiedyś wspominałam, że lubię kryminały historyczne? Nie? No to wspomnę - bardzo lubię kryminały historyczne. Rosemary Rowe odkryłam kilka lat temu na bibliotecznej półce i skuszona okładką i wzmianką o "Brytanii za czasów rzymskich" wypożyczyłam i wsiąkłam. Polubiłam głównego bohatera, Libertusa, twórcę mozaik i niechętnego detektywa-amatora i dlatego obowiązkowo musiałam przeczytać najnowszą książkę Rosemary Rowe, „The Vestal Vanishes”.

Obywatel rzymski, mieszkający w Glevum (dzisiejsze Gloucester), Longinus Flavius Libertus, jest znany ze swego talentu do rozwiązywania zagadek. Kiedyś celtycki arystokrata, były niewolnik, wyzwolony wraz ze śmiercią swego właściciela, Libertus na co dzień para się układaniem mozaik w domach zamożych patrycjuszy, a po godzinach rozwiązuje kryminalne sprawy zlecane mu przez jego patrona, Marcusa Aureliusza Septimusa, najczęściej bez oczekiwanego pieniężnego wynagrodzenia...

Tak jest i tym razem – po rytualnym ofiarowaniu w, świątyni ku czci urodzin cesarza Kommodusa, wszyscy oczekują z niecierpliwością na ucztę i igrzyska, podczas których bogaty patrycjusz sponsorujący uroczystości ma przedstawić tłumom swoją przyszłą żonę. Ma nią być nie byle kto, ale westalka Audelia, która niedawno zakończyła swą trzydziestoletnią służbę w świątyni bogini Westy i może teraz wyjść za mąż. Jednak powóz, który miał przywieźć Audelię do Glevum, okazuje się pusty – westalka po prostu zniknęła! Wezwany przez Marcusa Libertus niechętnie zgadza się pomóc w odszukaniu zaginionej. Czy w sprawę zamieszani mogą być druidzi? Czy możliwe, że zaginęła jeszcze inna westalka?

Podobają mi się książki Rosemary Rowe, głównie ze względu na umiejscowienie fabuły w tak ciekawym (i właściwie nieznanym) okresie historii. Wielka Brytania w drugim wieku naszej ery, zamieszkiwana przez ludność celtycką, wciąż okupowana przez Rzymian, tworzy interesujące tło historyczne. Powieści Rowe przypominają mi nieco książki Stevena Saylora, ale brak im szczegółowo ukazanego politycznego tła, które wyróżnia serię Roma Sub Rosa i czyni ją tak niezapomnianą. Zamiast tego Rowe koncentruje się na ukazaniu historycznych detali, wplecionych w przedstawiane wydarzenia i opisy – jednak to nie ukazane obyczaje, szczegóły strojów i wnętrz są tu istotne, ale fabuła. Rozwiązanie zagadki jest zawsze w jej powieściach na pierwszym planie.

Lubię też postać głównego bohatera Libertusa, którą po przeczytaniu tych wszystkich powieści Rowe poznałam już dość dobrze! Nie będę zdradzać szczegółów, ale jeśli macie zamiar czytać powieści z tej serii to zacznijcie od początku, od „The Germanicus Mosaic”, żeby mieć przyjemność śledzenia historii Libertusa, poznawania innych osób z nim związanych i – oczywiście – rozwiązywania kolejnych zagadek.

„Vestal Vanishes” Rowe to jak zwykle przyzwoity, interesujący, sprawnie napisany historyczny kryminał, który czytelnika usatysfakcjonuje, dostarczy kilku godzin rzetelnej rozrywki i być może zainteresuje rzymską przeszłością Wielkiej Brytanii. To powieść w sam raz na popołudniowy relaks z książką.

A teraz? Wolne! Wolne! Wolne! Najpierw święta (wesołych świąt!), potem bank holidays, wraz z nimi dużo czasu na czytanie! W oczekiwaniu na kolejny długi weekend zaopatrzyłam się ostatnio w bibliotece w kilka lekkich i przyjemnych książek, które mam zamiar podczytywać w ogrodzie czy w parku. Chyba na razie odejdę od kryminałów, bo jakoś sporo ich ostatnio przeczytałam. A wy jakie macie plany czytelnicze na najbliższe dni?

czwartek, 14 kwietnia 2011

"Heartstone" - C. J. Sansom


Przedstawiam wam jedną z moich ulubionych ostatnio postaci literackich – oto Matthew Shardlake – bohater kryminałów historycznych C.J.Sansoma. Dwie pierwsze części cyklu – „Komisarz” i „Alchemik” – przetłumaczono już na polski . Ja natomiast skończyłam właśnie piąty tom serii, który nosi tytuł „Heartstone” i przenosi nas po raz kolejny w czasy Henryka VIII.

Trwa upalne lato 1545 roku, Anglia znajduje się w stanie wojny z Francją, a w całym kraju trwa powszechna mobilizacja. Angielska flota gromadzi się w Portsmouth, gdzie trwają gorączkowe przygotowania do obrony przed francuską inwazją.

Matthew Shardlake, garbaty prawnik, na co dzień zajmuje się drobnymi sprawami w lokalnym sądzie, odrzuciwszy bardziej lukratywne posady. Najbardziej w świecie pragnie nigdy więcej nie mieć do czynienia z polityką, jako że w przeszłości jego dochodzenia wielokrotnie doprowadziły go niemal do śmierci. Na szczęście ma potężną protektorkę – Katarzyna Parr, ostatnia żona króla Henryka VIII, obiecała mu kiedyś, że nigdy nie powierzy mu podobnych spraw. Kiedy jednak wzywa go przed swoje oblicze, Shardlake nie potrafi powstrzymać swych obaw... Na szczęście tym razem sprawa wydaje się zupełnie prosta i z polityką nie mająca nic wspólnego. Chodzi o kwestię prawnej opieki nad osieroconym Hugh Curtneysem – dawny nauczyciel Hugh podał sprawę do sądu, zarzucając opiekunowi poważne wykroczenia, po czym popełnił samobójstwo. Tym opiekunem jest Sir Nicholas Hobbey – bogaty właściciel ziemski, który w imieniu chłopaka zawiaduje też jego majątkiem i – jak podejrzewa prawnik – okrada go, wyprzedając cenne drewno z jego lasu. Nie jest to nic nowego, bowiem sądy zajmujące się opieką nad sierotami są niebywale skorumpowane, a opiekunem dziecka zostaje ten, który zapłaci najwięcej. Na prośbę królowej Shardlake próbuje odkryć dlaczego przeciwko opiekunowi wytoczono sprawę – czy Hugh dzieje się krzywda? Na pozór wszystko wygląda normalnie, ale dociekliwemu prawnikowi wydaje się, że rodzina skrywa jakiś sekret.

Matthew zgadza się przyjąć tę sprawę mimo tego, iż sprawa zawiedzie go na południe, do Hampshire i Portsmouth, prosto w sam środek przygotowań do wojny. Powodują nim jednak także zupełnie prywatne pobudki. Dla Shardlake'a sprawa Curtneysa to okazja by dowiedzieć się czegoś więcej o losach swojej znajomej, Ellen Fettiplace, która od dziewiętnastu lat przebywa w Bedlam, szpitalu dla psychicznie chorych. Rodzina jej kiedyś mieszkała w tamtych stronach i Shardlake ma nadzieję, że uda mu się dojść do tego jakie tajemnice kryje przeszłość Ellen i dlaczego przebywa ona w Bedlam.

„Heartstone” to kolejna znakomita powieść Sansoma. Mam wrażenie, że autor rozwija się wraz z każdą książką i nie tylko są one coraz ciekawsze, ale i lepiej napisane. Przede wszystkim jest to świetny kryminał – nie brakuje mu interesujących zwrotów akcji, obie sprawy, którymi zajmuje się główny bohater są wciągające i skomplikowane. Ciekawa intryga, poplątane tropy, którymi prowadzi czytelnika autor – to tylko niektóre z zalet tej serii. Na drodze Shardlake'a stają przekupni, skorumpowani prawnicy, rozpuszczeni młodzieńcy, dawno nie widziani przyjaciele, starzy wrogowie. Shardlake i jego asystent, Jack Barak, tworzą jak zwykle dobrany duet – żona Baraka spodziewa się dziecka, więc Jack bardzo niechętnie bierze udział w dochodzeniu. W tej książce reprezentuje bardziej racjonalną i rozważną ze stron – jego niechęć do ryzykanckich posunięć, zupełnie różna od jego dawnego zachowania, spowodowana jest tym, że jako przyszły ojciec Jack stara się być bardziej rozważny (chociaż nie zawsze mu się to udaje)... W przeciwieństwie do niego Shardlake'iem powodują motywy nie tylko osobiste, ale i poczucie sprawiedliwości, które każe mu dążyć do odkrycia prawdy nawet za cenę. Niektórzy nazwali by tę cechę oślim uporem, ale ja myślę, że Shardlake jest po prostu nieugięty i wyjątkowo wytrwały w dążeniu do celu... Nie brakuje mu też cech zwykłego człowieka – prawnik nie jest przesadnie bohaterski, choć nie brak mu odwagi, obawia się jednak (często słusznie!) swych wysoko postawionych wrogów, troszczy się o przyjaciół i zwykłych ludzi poznanych po drodze. Prawdziwa postać z krwi i kości, która w kolejnych częściach serii dojrzewa i zdobywa coraz większą sympatię czytelnika.

Jak przystało na porządną powieść historyczną, „Heartstone” osadzony jest mocno w realiach Anglii za czasów Tudorów. Nie na próżno autor studiował najpierw historię a potem prawo, wydaje mi się, że zna się na rzeczy, a co najważniejsze, potrafi swoją wiedzę ubrać w słowa. Anglia Shardlake'a jest pełna zapachów, kolorów i wplecionych w opowieść detali historycznych, które czynią lekturę jeszcze bardziej zajmującą. Wraz z głównym bohaterem towarzyszymy oddziałowi łuczników zdążającemu na południe, bierzemy udział w polowaniu, zwiedzamy słynny statek króla Henryka, Mary Rose. Anglia pod rządami Henryka VIII to świat pełen niebezpieczeństw, brudu i niesprawiedliwości, szczególnie dla ludzi z niższych klas. Wojna, w którą swój kraj wplątał zbyt ambitny władca, również zostaje ukazana w całej swej bezsensownej brzydocie. 

Ciekawa intrygi, interesująca, skomplikowana postać głównego bohatera, świetne tło historyczne – to gwarancja wielu godzin dobrze spędzonego czasu. W dodatku "Heartstone" dobrze się czyta - Matthew Shardlake, któego autor uczynił też narratorem, opowiada o swoich przygodach w sposób niezwykle wciągający.

Nic dodać, nic ująć - powieść C.J. Sansoma jest po prostu bardzo dobra! Mam nadzieję, że udało mi się zainteresować was nie tylko „Heartstone”, ale i wcześniejszymi książkami z tej serii – gorąco polecam!

czwartek, 29 lipca 2010

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" - Mary Ann Shaffer, Annie Barrows

The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society, czyli Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek wabi tytułem. Wabi klimatem i przyciąga oko piękną okładką.
Styczeń 1946 roku. Główna bohaterka Juliet Ashton poszukuje tematu do nowej książki. Otrzymuje list od Dawsey’a Adamsa, członka Stowarzyszenia Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek z Guernsey. Zaintrygowana tą niezwykłą nazwą Juliet nawiązuje korespondencję nie tylko z Dawsey’em ale i innymi mieszkańcami wyspy. Guernsey, mała wysepka na kanale La Manche u wybrzeży francuskiej Normandii, podczas II wojny światowej zajęta została przez wojska niemieckie. Wkrótce Juliet poznaje nie tylko historię Stowarzyszenia ale i osobiste historie jej członków, którzy opowiadają jej o swoich przeżyciach podczas niemieckiej okupacji. Te właśnie historie czasem tragiczne, czasem tragikomiczne, a zawsze ludzkie i poruszające, sprawiają, że książka jest ucztą dla czytelników. Każda z postaci korespondujących ze sobą jest inna, niepowtarzalna i wyjątkowa. Każda ma swoją własną opowieść i każda jest jednakowo ważna.
Stowarzyszenie… to też pochwała literatury. Członkom stowarzyszenia dzięki książkom udało się przetrwać ciężkie lata okupacji, to właśnie książki podnosiły ich na duchu, dawały im chwile oderwania od ponurej rzeczywistości i dzięki nim nawiązały się przyjaźnie między wieloma odmiennymi ludźmi.
Stowarzyszenie… to jedna z tych książek, które czyta się jednym tchem i zarazem żałuje się, gdy dobiegają końca. Tak, fabułę można nazwać przewidywalną, zabieg literacki stosowany przez autorkę (powieść w listach) też jest  stary jak świat, ale mimo wszystko autorce (a właściwie autorkom) udało się stworzyć powieść pełną ciepła, uczucia i optymizmu. Powieść, która podnosi na duchu, ucząc, że nawet wśród najgorszych przeciwności losu można odnaleźć w sobie i innych ludziach okruchy dobra, często tam, gdzie ich się najmniej można spodziewać.

wtorek, 8 czerwca 2010

"Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk




Historie rodzinne czytam ostatnio z wielką przyjemnością, a już szczególnie te, które korzeniami sięgają w ubiegłe stulecia. Ciekawe detale historyczne, opisy codziennego życia i zwyczajów, tworzą interesującą oprawę, w której przedstawione są losy zwykłych ludzi, którymi rządzą te same co nami emocje i namiętności. Czytam je z przyjemnością, i chętnie do nich wracam. Dlatego cieszy mnie, że znalazłam kolejną taką książkę, którą przeczytałam jednym tchem, z przyjemnością zanurzając się w atmosferze minionej epoki wykreowanej przez jej autorkę.
Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy to pierwsza część trzytomowej powieści obyczajowej, która rozgrywa się w fikcyjnym Gutowie, małym mazowieckim miasteczku. To prawdziwa wielopokoleniowa saga, która rozpoczyna się w dziewiętnastym wieku i opowiada burzliwe losy rodzin Zajezierskich, Cieślaków i Hryciów, aż do czasów współczesnych. Tom pierwszy przedstawia dzieje Zajezierskich, którzy w XIX wieku należeli do najzamożniejszych mazowieckich rodów szlacheckich. Równocześnie akcja toczy się w czasach współczesnych, gdzie koncentruje się na rozwikłaniu zagadki tajemniczego pierścienia, znalezionego przez ekipę archeologiczną prowadzącą wykopaliska w Gutowie. Iga, córka Waldemara Hrycia, właściciela tytułowej cukierni Pod Amorem, postanawia rozwikłać zagadkę, szukając śladów w historii własnej rodziny...
Cukiernia pod Amorem to opowieść opowiedziana z rozmachem, a historyczna część jest szczególnie interesująca. Opisy zwyczajów szlacheckich, życia codziennego w dworkach, które mimo zawirowań społecznych i historycznych toczyło się jak zwykle powoli i leniwie, a także językowe archaizmy pomagają zbudować klimat tej opowieści. Do tego zawiłe losy rodzin szlacheckich żyjących w czasach zaborów wciągnęły mnie tak, że trudno było mi się od tej książki oderwać. Cześć współczesna również przedstawia się ciekawie, choć muszę przyznać, że próby wyjaśnienia tajemnicy pierścienia były dla mnie mniej ciekawe niż losy rodzin Zajezierskich, Bysławskich i innych licznych postaci drugoplanowych, których dzieje splotła ze sobą autorka pajęczyną pokrewieństwa, przypadku i historii.
Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk to kolejna książka ostatnio zakupiona z Merlina, następna powieść nieznanej mi wcześniej polskiej autorki, która zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Moja przygoda z polską powieścią współczesną trwa – przeczytałam też Księdza Rafała Macieja Grabskiego (recenzja wkrótce), przede mną kolejne historie rodzinne... Ale już z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg Cukierni pod Amorem i historię Cieślaków, żeby dowiedzieć się jak dalej potoczą się losy znanych mi już bohaterów – niecierpliwy czytelnik to chyba najlepsza dla książki rekomendacja!