piątek, 14 czerwca 2013

Niebanalna historia miłosna (Kasia Bulicz-Kasprzak - "Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna")

Zaczęłam czytać „Nie licząc kota” Kasi Bulicz-Kasprzak pomimo iż podtytuł tej powieści („czyli kolejna historia miłosna”) pobrzmiewał nieco słodko i stereotypowo. Zwabił mnie interesujący opis na okładce – prowincjonalne miasteczko, spadek po zmarłej ciotce, garść rodzinnych tajemnic... Do tego monologujący Kot – czego więcej może brakować do szczęścia książkochłonowi? (A przynajmniej temu książkochłonowi?) Główna bohaterka, Asia, zostaje obudzona przez matkę telefonem w środku nocy i powiadomiona o śmierci nielubianej krewnej. Wyjeżdża więc niechętnie do małego miasteczka, z którego kiedyś wyjechała na zawsze, zostawiając w Warszawie mieszkanie i chłopaka, by zająć się sprawami spadkowymi. Na miejscu poznaje przystojnego notariusza i... I w tym miejscu się zatrzymałam, ziewnęłam i odłożyłam „Nie licząc kota” nieco znudzona.

O mało co, a przegapiłabym zupełnie niezłą książkę. Sięgnęłam po nią ponownie po rekomendacji Agnieszki z blogu Krimifantamania, mając nadzieję, że wielka miłość Szymona i Asi mnie zrelaksuje. Ha! Okazało się, że autorka oparła się schematom, wątek romansowy poprowadziła zupełnie inaczej niż mi się wydawało, odetchnęłam więc z ulgą i zaczęłam czytać dalej, nastawiona do lektury zdecydowanie bardziej pozytywnie. „Nie licząc kota” to dobra lektura na lato – może nie specjalnie odkrywcza i porywająca, ale za to lekka, zwiewna i miejscami zabawna. Zawiera też moje ulubione elementy – tajemnice, wspomnienia i historie z przeszłości, których i tym razem było mi zdecydowanie za mało. Liściki adresowane do Wandy bardzo mnie zaintrygowały, choć były takie krótkie – żałuję, że historia cioci opowiedziana była tak enigmatycznie, bo bardzo chętnie bym się o niej dowiedziała więcej. Chociaż niektóre postacie były zdecydowanie sztampowe (dawna znajoma, która staje się natychmiast najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki), to pojawiło się też kilku interesujących drugoplanowych bohaterów, a wśród nich (najciekawsza moim zdaniem) wścibska sąsiadka, czyli fantastyczna pani Lucynka. Natomiast dla tych, którzy kochają koty, dodatkowym plusem powieści mogą być króciutkie wstawki, w których zabiera głos kot ciotki Wandy – osobnik z charakterem, który zna się na ludziach lepiej niż niejeden psycholog...

„Nie licząc kota” to pierwsza powieść Kasi Bulicz-Kasprzak, udany debiut moim zdaniem – cieszę się, że kolejna opowieść o powrocie do małego miasteczka, o miłości i o rozliczaniu się z przeszłością została przedstawiona ciekawie i nieco inaczej. Okazuje się, że okładki czasem nie kłamią - „Nie licząc kota” to rzeczywiście „niebanalna historia miłosna”. Zapamiętam na pewno nazwisko autorki, tym bardziej, że już niedługo ma się ukazać jej nowa książka, „Nalewka zapomnienia”. Mnie najbardziej jednak zaintrygowała wiadomość, że Kasia Bulicz-Kasprzak pracuje właśnie nad kolejnymi powieściami, w tym książką, której akcja ma dziać się pod koniec dziewiętnastego wieku. Życzę autorce powodzenia i czekam niecierpliwie na nowe powieści.

6 komentarzy:

  1. Jak to dobrze, że jednak jej nie porzuciłaś :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zasługa Agnieszki. Serio, już myślałam, że wszystko wiem. A tu miła niespodzianka.

      Usuń
  2. Podziwiam konsekwencję w czytaniu polskich książek ;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Lubię polskich autorów. A właściwie głównie autorki. Miło jest czytać we własnym języku. Bardzo miło odkrywać nowe pisarki.

      Usuń
  3. O! Fajnie, że też przeczytałaś, ba, że Ci się podobało:-) Prawda, że te "kocie" wstawki fajne?...
    Zgadzam się, że początek nie sugerował wcale, że dalej będzie znacznie lepiej. No i ta okładka... Szczerze mówiąc, po okładce bym tej książki nie wzięła...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, twoja zasługa! A wstawki z kotem fajne. Czytałam już kilka książek z tej serii, ale głównie na kindlu, więc nie sugerowałam się okładką. Okazuje się, że słusznie. :)

      Usuń