sobota, 23 lutego 2013

Kazuo Ishiguro - "Never let Me Go" ("Nie opuszczaj mnie")

Kiedy zabierałam się za czytanie „Never Let Me Go” (polski tytuł to „Nie opuszczaj mnie”) Kazuo Ishiguro, niewiele wiedziałam o samym autorze. Pamiętałam, że jest Brytyjczykiem japońskiego pochodzenia, że dwukrotnie został wyróżniony jako jeden z obiecujących autorów przez magazyn Granta i że za jedną ze swoich powieści („Okruchy dnia”) otrzymał Bookera. Specjalnie nie szukałam żadnych informacji o książce, żeby do jej czytania podejść bez żadnych oczekiwań. 

Teraz siedzę i zastanawiam się, w jaki sposób zebrać w sensowną całość to, co o „Never Let Me Go” chciałabym powiedzieć, jak przekazać to, co czułam pożerając kolejne strony i jak mogę podzielić się z wami moimi wrażeniami, a jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele, by zostawić wam przyjemność odkrywania książki Ishiguro samodzielnie. Myślę, że często zapominamy, że czytanie bez uprzedniego przygotowania, bez głębszej wiedzy o tym, o czym książka jest, czytanie niemal „na ślepo”, bez uprzedniego przygotowania gruntu, bez czytania recenzji, opisów, spostrzeżeń innych czytelników – takie czytanie wywołuje w nas prawdziwe emocje.

Kiedyś, Młoda Pisarka pisząc na swoim blogu o „Korektach” Franzena, wspomniała, że ta książka dała jej „poczucie "obcowania z literaturą" czyli czegoś więcej niż "czytanie książki"”. Tak właśnie czuję się teraz, po przeczytaniu „Never Let Me Go”. Okazuje się, że czasem pozornie nieskomplikowane historie, opisane w prosty sposób mogą wywrzeć na nas największe wrażenie, i na tym chyba polega prawdziwy kunszt pisarski. 

Powieść Kazuo Ishiguro toczy się w dystopijnej rzeczywistości ukrytej pod płaszczem pozornej normalności. Trzydziestoletnia Kathy zaczyna swoją nieco chaotyczną opowieść stojąc na ważnym, życiowym zakręcie. W swoich wspomnieniach przywołuje obraz idyllicznego dzieciństwa spędzonego w szkole Hailsham, pod czujnym okiem opiekunów, a także swojej przyjaźni z dwojgiem innych studentów, Ruth i Tommym. To od czytelnika zależy ile prawdy uda mu się odczytać z pojawiających się od czasu do czasu niedomówień, wtrącanych mimochodem wzmianek, które po jakimś czasie stają się coraz bardziej realne. Obraz, który powoli układa sobie w głowie czytelnik, staje się coraz bardziej niepokojący, portret pozornie idyllicznego dzieciństwa kaleczą mroczne niuanse i niedopowiedzenia. Prawdy o Hailsham i uczniach dowiadujemy się więc stopniowo, ale mimo to zetknięcie z prawdziwą rzeczywistością okazuje się solidnym wstrząsem. 

W powieści Ishiguro najbardziej poruszyła mnie postawa jej bohaterów. Tak naprawdę, chociaż narratorką powieści jest przecież Kathy, uczniowie Hailsham funkcjonują w niej jako podmiot zbiorowy, ubezwłasnowolniony, a jednak żyjący w stanie szczęśliwej nieświadomości. Nawet ich indywidualność, kreatywność i oryginalność celebrowana przez opiekunów staje się w szerszym kontekście tylko fasadą. Próby ukazania im prawdy są bezcelowe, bo chociaż każde z nich w inny sposób radzi sobie z tym ciężarem, to tak naprawdę żadne z nich nie buntuje się przeciw istniejącemu porządkowi. Dlatego też chłodna, kliniczna narracja wywarła na mnie niepokojące wrażenie – Kathy rozliczając się z przeszłością nie kwestionuje jej, nie stara się buntować, czy jej się sprzeciwić. W jakiś sposób jej bierna, niemal obojętna postawa jest jeszcze bardziej porażająca.

Czym jeszcze jest książka Ishiguro? Na pewno nie jest tylko powieścią dystopijną, ale także opowieścią o dorastaniu, wchodzeniu w życie, do którego właściwie nie jesteśmy przygotowani, a trochę też książką o miłości. Autor niespodziewanie stawia też pytania, których czytelnik początkowo się nie spodziewa: pytania o lęk przed nieznanym, czy o to, co nas czyni ludźmi. Pisząc tę notkę mam świadomość, że nie tylko nie uda mi się zasygnalizować wszystkich ważnych motywów, ale że wręcz nie powinnam tego robić. „Never Let Me Go” Kazuo Ishiguro jest bowiem książką, nad którą po prostu trzeba się zatrzymać dłużej, dokładnie i w skupieniu ją przemyśleć. To jest literatura, po którą powinno się sięgnąć bez żadnych oczekiwań, czy wyobrażeń, ale wierzcie mi, zdecydowanie warto ją przeczytać.

6 komentarzy:

  1. Też wywarła na mnie duże wrażenie. Fil to już niestety nie to.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, a u mnie coś nie zagrało. Przeczytałam, ale jakoś bez specjalnego przekonania. Niemrawo mi tam było jakoś.

    OdpowiedzUsuń
  3. A na mnie zrobiła wrażenie, a jakże! Przede wszystkim dlatego, że nie za bardzo wiedziałam o czym ma być ta książka. I dlatego myślę, wrażenie było niemal piorunujące.

    Natomiast filmu nie widziałam i nie zamierzam. Bo zwykle mi się nie podobają takie...

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam książki, więc trudno mi powiedzieć, jak została przełożona na język filmu, ale ma on bardzo ładny klimat, taki mglisty. Idealnie współgra z kreacją aktorską Carey Mulligan. Bardzo polecam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy chciałabym obejrzeć film teraz, kiedy znam już książkę... Czy o tym, kim są uczniowie dowiadujemy się tak samo stopniowo?

      Usuń
    2. Tak, i w takiej onirycznej, wycofanej atmosferze. Inna sprawa, że ja jestem starym wyjadaczem SF i od razu się zorientowałam, o co chodzi.

      Usuń