poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nadchodzą Dalziel i Pascoe! ("A Clubbable Woman" - Reginald Hill)

Kto, podobnie jak ja, lubi czytać kryminalne serie o detektywach, ręka w górę. (Liczę na las rąk!) jak dla mnie w takich książkach liczą się nie tylko kolejne zagadki kryminalne, ale i prywatne życie postaci. Kiedy czytam jakąś serię, zaprzyjaźniam się z nowymi bohaterami, przywiązuję się do nich w miarę czytania kolejnych tomów, czekam na kolejne książki z niecierpliwością i pozostaję im długo wierna. Najbardziej lubię zaczynać nowe, nieznane do tej pory serie, mając w perspektywie kolejne tytuły, czekające cierpliwie na przeczytanie.

Seria Reginalda Hilla o detektywach Dalzielu i Pascoe naczekała się dobrych kilka lat, nim wreszcie po nią sięgnęłam, mimo rekomendacji wielu osób. Kiedy zaczęłam pierwszy tom serii, „A Clubbable Woman”, miałam na uwadze to, że nie jest to (podobno) jedna z najlepszych książek Hilla, a jedynie pierwsza z serii, w dodatku wydana w latach siedemdziesiątych, więc niekiedy trąci myszką. Biorąc to wszystko pod uwagę, pierwsze spotkanie z parą detektywów z Yorkshire uznaję za udane, chociaż nie bez zastrzeżeń.

Andy Dalziel i jego podwładny Peter Pascoe rozwiązują zagadkę zabójstwa Mary Connon, żony byłej gwiazdy rugby, Sama „Connie” Connona. Śledztwo toczy się głównie w klubie rugby, do którego należy też Dalziel. Mąż jest oczywiście pierwszym podejrzanym, ale wkrótce okazuje się, że nie jedynym. Zarówno klub rugby jak i miasteczko, w którym mieszkają nasi bohaterowie, okazują się siedliskiem plotek, sekretów i utajonych żądz. Intryga kryminalna nie trzyma może w napięciu do ostatniej strony, ale jest moim zdaniem składna i dobrze poprowadzona. Za to ludzkie namiętności i zwykłe zazdrości pokazane są bardzo przekonująco, a Hill tak umiejętnie odmalowuje portret zamordowanej kobiety, która bynajmniej nie była miłą postacią, że czytelnik zaczyna wręcz współczuć jej mężowi. Do tego postacie dwóch detektywów są bardzo ciekawe – szczerze mówiąc, Dalziel („Gruby Andy”) jest tak obleśnym charakterem, że początkowo trudno mi było go polubić – pełen uprzedzeń i złych nawyków detektyw stanowi tak drastyczny kontrast dla swojego podwładnego, porządnego i wykształconego Pascoe'a, że młodszy detektyw wypada w tym porównaniu wręcz świętoszkowato. Jednym słowem, nie są to bohaterowie, których można szybko zapomnieć. 

Jeśli lubicie książki o parze bohaterów, którzy różnią się jak ogień i woda, są niekonwencjonalni, nie zawsze się ze sobą zgadzają, polecam wam serię o detektywach z Yorkshire, zwłaszcza, że (według wielu czytelników) jest to jedna z tych serii, która robi się lepsza z książki na książkę. Wydaje mi się teraz, że popełniłam błąd, czytając „A Clubbable Woman” Hilla zaraz po książkach Iana Rankina. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że style tych autorów są zdecydowanie odmienne, ale chyba bardziej do gustu przypadł mi subtelny humor Rankina, niż język powieści Hilla. Do tego miałam z czytaniem tej książki mały kłopot – jak dla mnie było w niej zdecydowanie zbyt wiele odniesień do rugby, więc miałam wrażenie, że nie zawsze wszystko udało mi się zrozumieć. Mam jednak nadzieję, że kolejne książki spodobają mi się bardziej – liczę na mniejsza ilość rugby, kolejną niezłą (albo i jeszcze lepszą) intrygę i ciekawe tło społeczne. A także na to, że uda mi się polubić Dalziela.

niedziela, 1 grudnia 2013

Niedzielne czytanie (12)

Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, głosi przysłowie. Ciekawe tylko co daje, zastanawiam się, o szóstej rano, kiedy człowiekowi się chce spać, a nie może. Nawet książek tak rano nie chce się czasem czytać... Dopiero nieco później, po śniadaniu, przychodzi czas na czytanie. Postanawiam dziś skończyć wreszcie „A Clubbable Woman” Reginalda Hilla (pierwszy tom w serii o detektywach Dalzielu i Pascoe), książkę, którą odłożyłam jakiś czas temu „na potem”, zniechęcona tym, że nie była podobna do powieści Rankina. Czytam też jednocześnie „Zgodę na szczęście”Anny Ficner-Ogonowskiej i zastanawiam się, czy przeżyję kolejny tom przesłodzony do granic możliwości... Ja lubię ciepłe książki o przezwyciężaniu problemów i wychodzeniu na prostą, ale przeczytany niedawno „Krok do szczęścia” mnie nieco znudził, bo wydawało mi się, że powtórzył większość wątków poruszonych w pierwszym tomie. Mam nadzieję, że tom trzeci wszystko zamknie i jakoś podsumuje bez powtórek tym razem. A dla przeciwwagi mam na podorędziu „Houston, mamy problem” Grocholi, „Magnolię” Grażyny Jeromin-Gałuszko i kolejnego Rankina. Natomiast od dziś zaczynam poszukiwać nowych opowieści świątecznych do czytania w grudniu. Wiem o nowej Ficner-Ogonowskiej, zajrzę na blog Znalezione pod choinką po nowe inspiracje, ale jeśli chcielibyście coś polecić, to z góry dziękuję. Życzę wam zaczytanej grudniowej niedzieli!

środa, 20 listopada 2013

Rozmowy o książkach - wspólne czytanie

Wilhelm Amberg "Czytanie Wertera"
Nie ma co się oszukiwać, zwyczaj głośnego czytania, niegdyś jeden z popularnych sposobów spędzania czasu w szerszym gronie osób dorosłych, dziś właściwie zanika. O ile jeszcze czytamy książki naszym dzieciom (dziesięć minut dziennie, codziennie – wszak chcemy nasze pociechy wychować na przyszłych książkożerców!), to czytanie w szerszym gronie, czytanie utworów dorosłych, zdarza się chyba w naszych domach coraz rzadziej... Co więcej, niekiedy z niecierpliwością czekamy na to, kiedy nasze pociechy dorosną, żeby wreszcie same zaczęły sobie czytać, zamiast domagać się, by im tę samą książkę czytać w kółko. Wszak czytanie jest czynnością intymną, która nam najlepiej wychodzi w samotności – ileż to razy wzdychamy za chwilą, kiedy to rodzina się wyniesie z domu, a my w spokoju zasiądziemy do czytania. Nie ukrywam, uwielbiam w ten sposób spędzać czas, już teraz martwię się na zapas co zrobię, kiedy mi tych chwili zabraknie, czy uda mi się połączyć obowiązki rodzicielskie z czasem przeznaczonym na czytanie, do tej pory traktowanym jako coś oczywistego... 

Dlaczego o tym piszę? Otóż kilka dni temu wraz z Ulubionym Anglikiem skończyliśmy czytanie „Zabójstwa Rogera Ackroyda” Agathy Christie i tak mi się to spodobało, że postanowiłam się z wami podzielić moim doświadczeniem. Codziennie wieczorem Ulubiony Anglik czytał mi na głos jeden (czasem dwa) rozdziały, czyniąc z tego taki mały, wspólny rytuał – przyznaję, że na te wieczory czekałam z prawdziwą niecierpliwością. I choć czasem zdarzyło mi się przysnąć (UA taktownie odkładał wtedy książkę i szedł spać), to częściej jednak z zainteresowaniem słuchałam lektora i prosiłam go, żeby przeczytał kolejny rozdział. UA również wczuł się w rolę i z zaangażowaniem czytał niemal z podziałem na głosy... Ja co prawda znałam tę książkę już wcześniej, ale on nigdy nie czytał żadnego kryminału Agathy. Po skończonej lekturze stwierdził (nieco zaskoczony), że nie spodziewał się, że mu się ta książka tak spodoba! Trudno chyba o większą satysfakcję, niż przekonanie kogoś do polubienia naszego ulubionego autora.

Skąd wziął się pomysł na to, by wspólnie coś przeczytać? Kiedyś słuchałam książek na kasetach lub płytach, głównie po to, by w tym samym czasie wyszywać. To było miłe doświadczenie, ale zauważyłam, że czasem zamiast koncentrować się na słuchaniu zaczynałam myśleć o niebieskich migdałach i musiałam książki przewijać, żeby trafić na znajomy fragment. Z „żywym” lektorem sprawa ma się zupełnie inaczej, nie tylko można mu w każdej chwili przerwać, zapytać o coś, porozmawiać o tym, co się właśnie dzieje z głównym bohaterem, to jeszcze można się do niego przytulić! Okazuje się, że wspólne czytanie może być czynnością tak samo intymną jak czytanie w samotności...

Na zakończenie, kilka wskazówek dla tych, którzy chcieliby zainicjować wspólne czytanie:
  • wybierzcie cieńszą książkę, żeby czytanie jej nie wydawało się trwać całe wieki, najlepiej taką złożoną z krótką rozdziałów, które będą łatwe do przełknięcia.
  • znajdźcie książkę, która was oboje zainteresuje, albo taką, które jedno z was już czytało i chciałoby by poznała ją też wasza druga połówka. A jeśli książka się wam nie spodoba, to myślę, że można ja spokojnie odłożyć i poszukać innej.
  • nie przejmujcie się, jeśli nie uda wam się znaleźć chwili na czytanie każdego dnia – kilka dni przerwy nie zrobi większej różnicy, a zmuszanie się do czytania, kiedy nie macie na to ochoty jest bez sensu!
  • rozmawiajcie choć trochę o wspólnie czytanej książce – o tym, co wam się w niej podobało, o postaciach, o wydarzeniach... Czasem tak rzadko mamy okazję porozmawiać o tym, co właśnie czytamy, że trzeba wykorzystać każdą ku temu okazję.
  • zadbajcie też o atmosferę – myślę, że wtedy po prostu przyjemniej się czyta. Nie mówię tu koniecznie o świecach, czy też odpowiedniej muzyce w tle, ale myślę, że warto postarać się o to, by nic tej specjalnej atmosfery nie zakłócało. My na przykład czytaliśmy w ciszy, przy minimalnym świetle – cicho, intymnie, nastrojowo. Bo jeśli spodoba się wam takie wspólne czytanie, to być może zechcecie tę przygodę z książką powtórzyć.
Mam nadzieję, że udało mi się przekonać was, że warto spróbować znaleźć czas na wspólne czytanie. A jeśli was zachęciłam, albo jeśli lubicie w ten sposób spędzać czas, to mam nadzieję, że podzielicie się swoimi doświadczeniami!

niedziela, 10 listopada 2013

Niedzielne czytanie (11)

Tygodnie zmieniają się w miesiące, miesiące też jakoś lecą jeden za drugim, nie wyrabiam się z niczym, a czytanie odbywa się tak jakoś na boku. Na szczęście moje mojo zaczyna powolutku powracać, coś tam jednak czytam i nawet kończę. Natomiast dziś uświadomiłam sobie coś strasznego - zupełnie się ostatnio zmieniłam... Spędziłam dzisiaj pół dnia w towarzystwie znajomych moli książkowych, w dodatku w kilku księgarniach i - o zgrozo!- nic nie kupiłam. Zupełnie nic. Ani jednej książki. Nie jestem pewna, czy to tylko stan przejściowy, czy też permanentny, ale brzmi to niepokojąco. Na szczęście nie mam nic przeciwko czytaniu książek, tylko raczej ich nabywaniu w ilościach nieograniczonych... Nie mówcie mi, że to oznaka doroślenia, bo się popłaczę. Najlepiej spuścić na ten smętny przypadek zasłonę milczenia, zmienić temat i po prostu zapomnieć, że kiedykolwiek coś takiego się stało...

A co tam słychać u was? Jakimi książkami umilacie sobie jesienne wieczory (albo poranki)? Tak się złożyło, że obecnie czytam trzy książki na raz. 

Skończyłam drugi tom przygód Rebusa - seria zaczyna wciągać, więc ostatnio przytargałam z biblioteki część trzecią, "Tooth and Nail" i jedna trzecia książki już za mną. Tym razem Rebus zostaje wezwany do Londynu, by pomóc w schwytaniu seryjnego mordercy, którego nadano przezwisko Wolfman. Spodobał mi się również krótki wstęp, który Rankin zamieścił na początku tego wydania, opowiadający o okolicznościach powstania tej książki i interesujących szczegółach, na które warto zwrócić uwagę. Póki co, seria  mi się podoba, cieszę się, że jeszcze tyle tomów przede mną... 

Druga książka to "Bridget Jones. Mad About The Boy" Helen Fielding, zaczęta kilka dni temu dzięki recenzji Lirael. Zaczęłam ja czytać o czwartej w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć i zorientowałam się, że to chyba nie jest dobry pomysł, bo jak się rozczytam, to już nie zasnę... Ale kiedy obudziłam się o tej nieludzkiej godzinie kolejnego dnia, pomyślałam sobie, że może warto by poczytać więcej, chociażby z czystego sentymentu - wszak "Dziennik Bridget Jones" bardzo mi się podobał (część druga już mniej). Okazuje się więc, że nowa Fielding to moja poranna książka - mam zamiar podczytywać sobie ją kawałkami z rana. Krótkie rozdziały świetnie wpisują się w mój rytm, tylko brak Darcy'ego początkowo zaszokował.

Natomiast wieczory należą do zupełnie innej lektury! Otóż wieczorami Ulubiony Anglik czyta nam na głos "Zabójstwo Rogera Ackroyda" Agathy Christie. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio ktoś mi coś czytał na głos i bardzo mi się to podoba.. Co prawda czasem zdarza mi się przysnąć w połowie rozdziału, ale lektorowi to nie przeszkadza, książkę po prostu odkłada na następny raz i dodatkowo streszcza nam dla przypomnienia wcześniejsze ważne fragmenty. Ja co prawda książkę już znam, ale UA nigdy jej nie czytał, więc czekam na to, czy go Christie zaskoczy końcówką - doprawdy, wielka to frajda, takie czekanie... 

Wspomnę jeszcze, że zarezerwowałam w bibliotece "Bellman & Black" Diane Setterfield (tej od "Trzynastej opowieści") i mam wobec tej książki spore oczekiwania. Wypożyczyłam sobie też  "44 Scotland Street" Alexandra McCall Smitha i mam zamiar książkę przeczytać ponownie, żeby przekonać się, czy po wizycie w Edynburgu odbiorę ją inaczej niż za pierwszym razem... Czekam na nowego Sapkowskiego, którego powinnam przeczytać w święta i na kilka innych książek, które mają się ukazać jeszcze w tym roku, albo na początku przyszłego.. Uff. Nie będę wspominać o innych książkach, za które mam zamiar zabrać się niedługo, bo lista jest dłuższa. I właśnie dlatego stwierdzam, że moje marudzenie na samym początku tego wpisu można uznać za całkowicie zbędne i bezpodstawne. Dlatego najlepiej je pomińcie...

wtorek, 5 listopada 2013

Pożegnanie z Paryżem ("Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk)

Droga Autorko, tego się czytelnikom nie robi! Nie pisze się kolejnej wciągającej powieści, na którą się zresztą każe czekać cały rok, nie przywiązuje się tegoż czytelnika do bohaterów, do miasta, do historii wciągającej lepiej niż odkurzacz i nie kończy się tejże powieści bez obietnicy ponownego spotkania z bohaterami...! „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord” to druga i – niestety – ostatnia część opowieści o losach Niny i malarki Róży autorstwa poczytnej pisarki, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Pierwszą częścią zachwycałam się tutaj, na tom drugi czekałam niecierpliwie, przeczytałam pospiesznie i teraz będę się smucić, bo na kolejną podobną powieść trzeba będzie poczekać nam chyba jeszcze dłużej...

„Rose de Vallenord” to kontynuacja opowieści o życiu niekonwencjonalnej malarki polskiego pochodzenia, której powikłane losy prowadzą z Polski do ukochanego Paryża, na prowincję, a nawet do Ameryki. Jest tu i dramat i rozpacz, nadzieja, miłość, rozczarowanie i smutek. Jest i zaczynanie życia od początku, próby pogodzenia z przeszłością, jest i sztuka, która stanowi sens życia. Rose jest jedną z tych bohaterek, które (podobnie jak Gina z „Cukierni”) wydają się być postaciami prawdziwymi – tak przekonująca jest Małgorzata Gutowska-Adamczyk w tworzeniu portretów kobiet silnych, stojących twardo na ziemi i potrafiących czerpać z życia pełnymi garściami, że czytelnikowi ciężko jest uwierzyć w to, że Rose to postać zmyślona. Przy Róży/Rose współczesna Nina wypada dość blado, mimo jej podobieństw do tej pierwszej – myślę, że gdyby Nina znalazła w sobie odwagę, by przeciwstawić się apodyktycznej matce, zacząć wreszcie żyć własnym (a nie cudzym) życiem, mogłaby się stać właśnie drugą Różą. Zapewne zabieg to ze strony autorki przemyślany, by bohaterki nie były do siebie zbyt podobne, ale przez to moim zdaniem historia Niny jest nieco nudna i przewidywalna, nieco też nierealna w pewnych miejscach, zbyt nieprawdopodobna. Poza tym (znów rozumiem, że to zabieg celowy) – historia Niny właściwie nie jest zamknięta! Z jednej strony to zrozumiałe, bo „Podróż do miasta świateł” jest opowieścią o Róży, a nie o Ninie – historia Niny jest więc tu tylko fragmentem, skoncentrowanym wokół centralnej postaci, ale zabrakło mi zamknięcia w jakąś konkretną całość. Otwarte zakończenia są zdecydowanie nie dla mnie, ja potrzebuję wyraźnych kropek nad i, klamer i kurtyn. Cóż, tak już mam, że kiedy się do jakiś postaci przyzwyczajam, mam ochotę poznać ją do podszewki i nie lubię, gdy mi tego zadania się nie ułatwia. Na szczęście historia Róży jest dopięta na ostatni guzik, pomimo tego, że pod koniec jej historia zdawała mi się zaledwie naszkicowana – zupełnie jak starość, która się wydaje zawsze przelatywać „po łebkach”, nie koncentrując się na szczegółach, jak młodość, ale na całokształcie obrazu. Mam nadzieję, że autorka 'Podróży...” stworzy w swoich kolejnych książkach więcej podobnych postaci, bo kiedy już pozna się taką osobowość na kartach książki, po prostu chce się o niej czytać jak najdłużej.

A do tego ten Paryż. Paryż, miasto magiczne, pełne klimatu, swoistego uroku, który aż z tej książki paruje. Paryż zmieniający się jak pory roku, próżny, frywolny, wiecznie zapatrzony w siebie. Paryż, który w tej powieści jest też pełnoprawnym bohaterem, który uwodzi nie tylko bohaterki powieści, ale i czytelnika. Miasto o którym się chce czytać jak najdłużej. Tak opisać klimat miejsca to sztuka... 

W „Podróży do miasta świateł” zanurzyłam się z przyjemnym uczuciem powrotu w znajome kąty, tak, jak się po długiej podróży wraca do siebie – z westchnieniem przyjemności i ulgi, że oto już wróciło się do domu. Już się chyba uzależniłam od książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - od kiedy przeczytałam jej „Cukiernię pod Amorem” i z zachwytem stwierdziłam, że polskie książki historyczne żyją i mają się dobrze, po każdą z jej powieści sięgam z przyjemnością i niecierpliwością. I nawet moje marudzenie, że to czy tamto mi się nie podoba, nie zmienia mojego zauroczenia. (Tak,nawet to, że w pewnym sensie oba cykle są do siebie bardzo podobne – oba przedstawiają na przemian historyczne i współczesne losy interesujących postaci, oba łączy jakaś zagadka, w obu też tłem są pasjonująco opisane ważne historyczne wydarzenia, które kierują losami ich bohaterów). Ale znalazłam w tej książce po raz kolejny ten specjalny klimat, który tylko dobrze opowiedziana historia może stworzyć – klimat gawędziarskiej opowieści, którą powinno się czytać wspólnie z kimś znajomym, przy filiżance dobrej herbaty, dzieląc się nią jak dobrym domowym ciastem. I dlatego będę „Podróż do miasta świateł zachwalać i niecierpliwie czekać na kolejna podobna książkę, która mnie tak samo zauroczy.

niedziela, 3 listopada 2013

Samantha Shannon - "The Bone Season" ("Czas żniw")

Miało być dziś o czymś innym, ale właśnie skończyłam czytać „The Bone Season” Samanthy Shannon i uznałam, że natychmiast muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami na jej temat, zwłaszcza, że ta powieść będzie miała w Polsce swoją premierę już za kilka dni. Jakoś ominął mnie medialny szum, który podobno rozpętał się wokół tej książki - zaliczka na poczet siedmiotomowej serii! prawa filmowe zakupione jeszcze przed ukazaniem się książki! obwołanie Shannon "nastepczynią J.K. Rowling! Ja usłyszałam o niej po raz pierwszy na blogu Cornflower Books, jeszcze przed jej wydaniem. Przypomniałam sobie o „The Bone Season” zupełnie niedawno, zaczęłam czytać i bardzo szybko po prostu w nią wsiąkłam...
Bohaterką powieści jest Paige Mahoney, dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w 2059 roku pracuje dla podziemnej organizacji w Scion London (Sajon Londyn). Jej praca jest nie tylko nielegalna i niebezpieczna, ale też stanowi zdradę stanu – Paige jest bowiem jasnowidzem, istotą nienaturalną, a więc według prawa zasługuje na śmierć. Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze – podczas rutynowej „łapanki” w pociągu Paige zabija strażnika, zostaje schwytana i wywieziona do tajemniczego Oxfordu – miejsca, które oficjalnie nie istnieje, a które w rzeczywistości jest karną kolonią zwaną Sheol I. Sheol zamieszkuje tajemnicza rasa Rephaite'ów, istot, które od dwustu lat sprawują kontrolę nad Sheolem i jego mieszkańcami. Paige, jako numer XX- 59-40 zostaje przydzielona Naczelnikowi – jej dozorcy, strażnikowi, trenerowi – wrogowi. 

Zanim wzruszycie ramionami i postanowicie sobie, że alternatywna historia w dystopijnej wersji to powieść nie dla was, pozwólcie mi was przekonać, że „The Bone Season” zasługuje na waszą uwagę. Po pierwsze – wyobraźnia autorki jest wprost niesamowita. Udało jej się stworzyć oryginalną wizję świata, który ma w sobie wystarczająco dużo detali, by zaciekawić czytelnika, a który z drugiej strony nie przytłacza, jest spójny i konsekwentny. To prawda, że pierwsze kilka rozdziałów może oszołomić, ale na pomoc przychodzi słowniczek z tyłu książki, a także mapki i tabelka. Zresztą pomimo początkowego zawrotu głowy w wizję wykreowaną przez Shannon po prostu się wsiąka. Dodam jeszcze, że „The Bone Season” to pierwsza z siedmiu części zapowiedzianych przez autorkę, więc mam nadzieję, że w kolejnych tomach świat Paige będzie się jeszcze bardziej rozwijał i intrygował. Przyznam, że futurystyczna wizja Londynu i Oksfordu bardzo mi się spodobała – miejscami przypominała mi klimatem fantastyczne „Igrzyska głodowe” Collins, odnalazłam tu miejscami podobną atmosferę brudnej rzeczywistości ukrywającej się pod powłoką porządku i praworządności. Do tego Paige jest świetną bohaterką, bynajmniej nie kryształowo czystą, podejmującą trudne decyzje, a w dodatku jej talent i umiejętności są bardzo spektakularne! Po drugie – książka jest pełna szarości, wieloznaczności, trudnych wyborów i konfliktów. Czy życie w kolonii, która rozpoznaje w jasnowidzach ludzi niższej klasy jest lepsze niż życie w ukryciu, w strachu? Czy twój nieprzyjaciel może być też twoim sprzymierzeńcem? Czy twoi najbliżsi mogą być także twoimi wrogami?

Poza tym Samancie Shannon trzeba pogratulować talentu – podobno na pomysł powieści wpadła dwa lata temu, jako dziewiętnastolatka. Jeśli tak wygląda jej debiutancka powieść, to już się cieszę na kolejne części. Autorka już zresztą pracuje nad kolejnym tomem, który chce opublikować w przyszłym roku. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach historia będzie rozwijać się równie interesująco jak tutaj – pomimo tego, że w niektórych miejscach akcja nieco zwalnia, to w tej książce wciąż coś się dzieje, a pod koniec książki autorka wręcz rusza z kopyta! Do tego nie wszystkie zagadki zostają tu rozwiązane, ba! pojawiają się też nowe pytania, na które mam nadzieję znajdziemy odpowiedź w kolejnych tomach serii.

Pozostaje mi tylko westchnąć, że na kolejny tom przygód Paige przyjdzie nam czekać tak długo... Będę też trzymać kciuki za to, by talent pisarski Samanthy Shannon rozwijał się z każdym nowym tomem, by jej wyobraźnia nie pozostawała w tyle, żeby każdy kolejny tom był równie ciekawy i żeby „The Bone Season” był początkiem świetnej serii...

niedziela, 20 października 2013

Ian Rankin - "Knots and crosses" ("Supełki i krzyżyki")

Kiedy Ian Rankin przystąpił do pisania „Knots and Crosses” w 1985 roku, nie przypuszczał, że to jest początek świetnej, popularnej serii, która przyniesie mu sławę i rzesze wielbicieli na całym świecie. Rankin miał zresztą zamiar uśmiercić swojego głównego bohatera – na szczęście zmienił zdanie i „Knots and Crosses” to pierwszy tom przygód detektywa Johna Rebusa, edynburskiego śledczego. Jak możecie się domyśleć, lektura tej książki sprawiła mi podwójną przyjemność, bo zupełnie inaczej czyta się powieści, których akcja rozgrywa się w znanym nam miejscach. Co więcej, kiedy zabrałam ze sobą „Knots and Crosses” na wycieczkę do Edynburga, nie spodziewałam się, że wrócę z autografem autora! Skończyłam czytać kryminał Rankina już w domu i cóż mogę powiedzieć – poproszę o więcej!

Detektyw John Rebus zostaje przydzielony do zespołu, który prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstw dziewczynek w Edynburgu. Właśnie zaginęła trzecia ofiara, policja obawia się, że i ona zostanie niebawem odnaleziona martwa. Dla Rebusa ta sprawa nabiera niebezpiecznych osobistych kolorów – ktoś przysyła mu dziwne listy, sznurki powiązane w supełki, krzyżyki z zapałek – czy jest to robota szaleńca, czy też może ktoś przesyła mu jakieś wskazówki?

Jak już wspomniałam, „Knots and Crosses” („Supełki i krzyżyki”) to pierwszy kryminał w serii, ale jego główny bohater jest pełnowymiarowy, ze skomplikowaną historią i pełen wewnętrznych rozterek. John Rebus to bohater naznaczony – pije i pali zdecydowanie za dużo, jego małżeństwo zakończyło się rozstaniem, a jego relacje z jedynym bratem są równie pogmatwane. Do tego przeszłość Rebusa jest nieco tajemnicza – wiadomo, że zanim został detektywem był żołnierzem jednostek specjalnych, a do tego w pewnym momencie przeżył załamanie nerwowe. Tylko o czym detektyw tak usilnie stara się zapomnieć?
Rakninowi udało się zaserwować czytelnikowi odpowiednio wyważoną mieszankę intrygującej zagadki, nietuzinkowych postaci i świetnej prozy. Sam autor we wstępie do późniejszego wydania powieści przyznaje, że „Knots and Crosses” była zainspirowana bardziej słynną powieścią Stevensona „Doktor Jekyll i pan Hyde”, a nie klasycznymi powieściami detektywistycznymi. A jednak udało mu się napisać świetny kryminał, który pozostawia w czytelniku ochotę na więcej. Co jeszcze można powiedzieć o kryminale Iana Rankina? Dla mnie jedną z największych przyjemności było poruszanie się śladami Rebusa po Edynburgu. Co prawda akcja „Knots and Crosses” toczy się w latach osiemdziesiątych, a część miasta została przez pisarza wymyślona, ale już teraz cieszę się z przyjemności, jakiej zapewne dostarcza mi dalsze tomy serii, bardziej współczesne, w których Rebus porusza się prawdziwymi ulicami, odwiedzając znane bary i knajpy... 

Przyznam się, że spotkaniu z Rankinem w Edynburgu trochę się obawiałam, czy „Knots and Crosses” sprostają moim oczekiwaniom. Jego powieści polecano mi już niejednokrotnie, według wielu moich znajomych cała seria jest znakomita, a nowsze książki są zresztą podobno jeszcze lepsze. Jednym słowem, poprzeczkę zawieszono mi wysoko. Na szczęście były to obawy bezpodstawne. Jednym słowem – przechodzę na stronę wielbicieli Rankina! Tych, którzy jeszcze nie czytali jego książek, informuję, że z Rebusem warto się zapoznać. Ci, którzy go znają, zapewne powiedzą, że znajomość powinno się kontynuować. Co też właśnie zamierzam uczynić... Do poczytania!

PS. Na szczęście "Supełki i krzyżyki" ukazały się również po polsku, więc znajomość z Rankinem można zacząć od zaraz, bez czekania na przekład!

wtorek, 15 października 2013

And the winner is... Man Booker 2013

Panie i panowie, oto zwyciężczyni Man Booker Prize 2013!
Eleanor Catton, autorka powieści "The Luminaries" przechodzi do historii jako najmłodsza zdobywczyni Man Booker Prize - pisarka ma teraz 28 lat, a powieść zaczęła pisać już trzy lata temu. "The Luminaries" to także najdłuższa nagrodzona książka - liczy sobie bowiem 832 strony. Wraz z wygraną Catton kończy się też pewna era w historii tej nagrody. Od przyszłego roku o nagrodę będą się mogły ubiegać nie tylko powieści opublikowane w krajach Wspólnoty Brytyjskiej i Irlandii, ale i te wydane w Stanach Zjednoczonych.

A teraz ręka do góry - kto ma ochotę przeczytać "The Luminaries" Eleanor Catton?

niedziela, 13 października 2013

Niedzielne czytanie (10)

Niedzielne czytanie zapowiada się leniwie i satysfakcjonująco, w przeciwieństwie do dzisiejszej pogody, która z kolei zapowiada się ponuro i deszczowo. I całe szczęście, bo po całym wyczerpującym tygodniu pracy po prostu nic mi się nie chce. Na szczęście na czytanie ochoty mi nie brakuje, więc już od rana oddaję się temu błogiemu zajęciu. Po obejrzeniu w telewizji nowego programu na mojej ulubionej doktor Lucy Worsley (tej od „If Walls Could Talk” - niezmiennie polecam!) zatytułowanego „A Very British Murder”, nabrałam ochoty na odnowienie znajomości z niejaką Agathą Christie. Dziś rano skończyłam więc „A Mysterious Affair at Styles”, czyli „Tajemniczą historię w Styles”, zaraz też zabrałam się za kolejną Agatkę – tym razem trafiło na „Cat Among the Pigeons” („Kot wśród gołębi”), powieść, w której znów odegrają rolę małe, szare komórki słynnego belgijskiego detektywa. Jednym słowem, książka w sam raz na leniwe, niedzielne przedpołudnie. 

Kryminały Agathy Christie chyba nigdy mi się nie znudzą – czytam je co jakiś czas, najlepiej, gdy nieco pozapominam przebieg akcji i – co najważniejsze! - kto zabił. I nawet jeśli w pamięci coś tam jeszcze kołacze, to i tak czytanie jej książek to dla mnie czyta przyjemność. Nie staram się zresztą usilnie domyśleć, kto jest sprawcą, żeby nie zepsuć sobie niespodzianki, która mnie czeka na końcu każdej (niemal) jej książki. Natomiast coraz bardziej ciekawią mnie inne pisarki ze złotej epoki detektywistycznej – Ngaio Marsh, Margery Allingham, Dorothy Sayers – zwłaszcza ta ostatnia, bo Lucy Worsley wychwalała w swoim programie jej książki. Trzeba przecież porównać style różnych twórców, prawda? Być może po przeczytaniu obecnej Agatki wezmę się więc najpierw za książkę Lucy Worsley „A Very British Murder”, która została wydana przy okazji programu telewizyjnego, a potem zdecyduję, czy wrócić do Rankina i jego Johna Rebusa (pierwszy kryminał z tej serii już za mną!), czy może zapoznać się z jakimś zupełnie nowym detektywem, najlepiej takim przedwojennym, obracającym się w wyższych sferach... Bo przecież tylu jeszcze nieznanych autorów przede mną...!

Życzę wam więc miłej niedzieli, najlepiej takiej beztroskiej i leniwej, wypełnionej ciekawymi książkami i niezmiennie pytam - co teraz czytacie?

niedziela, 6 października 2013

Literacki Edynburg Dabarai

Edynburski zamek we mgle...
Edynburg, stolica Szkocji, to miasto przepełnione historią i literackim dziedzictwem. Nie sposób przejść ulicami, by od razu nie natknąć się na literackie ślady – pomniki poświęcone sławnym literatom, zaułki, w których współcześni twórcy osadzili akcję swoich książek, miejsca odwiedzane przez współczesnych i dawnych powieściopisarzy... Edynburg to nie tylko miasto, w którym mieszkali Robert Burns, Robert Louis Stevenson, czy Walter Scott, tu także tworzą dzisiaj znani pisarze tacy jak J. K. Rowling, Ian Rankin, czy Alexander McCall Smith. Wszystko to tworzy niesamowitą atmosferę literackiego tygla. W dodatku 2004 roku Edynburg został ogłoszony pierwszym na świecie Miastem Literatury UNESCO i ten tytuł zobowiązuje. Dlatego tam ciągle coś się dzieje – wydarzenia literackie trwają cały rok, nie tylko podczas międzynarodowego festiwalu książek (Edinburgh Book Fest) – odbywają się spotkania z pisarzami, prężnie działają biblioteki (między innymi Scottish Poetry Library, czyli Szkocka Biblioteka Poezji) i inne instytucje kulturalne i stowarzyszenia, takie jak Scottish Storytelling Centre (Szkockie Centrum Opowiadań), czy Scottish Book Trust (organizacja zajmująca się promocją literatury i czytania). 
Pomnik Greyfriars Bobby - psa, który czuwał przez niemal 14 lat przy grobie swego właściciela Johna Graya. W tle pub, w którym psa podkarmiano, nazwany jego imieniem.
Nic więc dziwnego, że od dawna chciałam Edynburg odwiedzić! W tym tygodniu wraz z UA spędziliśmy tam kilka pełnych wrażeń dni i już teraz wiemy, że chcemy tam pojechać na dłużej. Poniżej przedstawiam wam moją fotograficzną relację z pobytu – jak przystało na książkowego mola skoncentrowałam się w niej przede wszystkim na literackich ciekawostkach, ale Edynburg to przecież znacznie więcej! Oczywiście, nie wszystko udało mi się zobaczyć, nie o wszystkim też wspominam, ale przyznaję, że szkocka stolica zrobiła na mnie duże wrażenie i będę ją bardzo ciepło wspominać...

Przystanek pierwszy - The Writers' Museum

Smakowity kąsek ukryty w jednym z zaułków Royal Mile, ciągu ulic w centrum historycznego Edynburga, The Writers' Museum mieści się w historycznym Lady Stair's House, który pod koniec XIX wieku kupił (i w ten sposób ocalił przed wyburzeniem) piąty earl Rosebery. Po renowacjach budynek przekazał miastu i obecnie mieści się w nim muzeum poświęcone życiu i twórczości trzech szkockich twórców: Roberta Burnsa, Sir Waltera Scotta i Roberta Louisa Stevensona. W małych salkach zebrano liczne portrety, zdjęcia, pamiątki, przedmioty należące niegdyś do tych twórców, a także pierwsze wydania ich dzieł.
Cytat z wiersza Burnsa "Do wszy" na ścianie budynku szkockiego parlamentu.
Żaden z trzech twórców, którym poświęcono to muzeum nigdy nie przebywał w tym domu, ale Burns mieszkał w pobliskim Baxter's Close.
Na dziedzińcu przed muzeum można z kolei przyjrzeć się płytom z cytatami pochodzącymi z dzieł słynnych twórców, które tworzą żywy pomnik literacki miasta. Takich literackich cytatów można zresztą w Edynburgu znaleźć o wiele więcej – na przykład ściany szkockiego Parlamentu pokrywają cytaty pochodzące między innymi ze znanych wierszy szkockich poetów – w tym i Roberta Burnsa.

Przystanek drugi - Scott Monument

Kiedy w 1832 roku zmarł Walter Scott, w okrytej żałobą Wielkiej Brytanii ogłoszono konkurs na pomnik, który miał uhonorować wielkiego pisarza. Wygrał projekt autorstwa George Meikle Kempa, który zaprojektował pseudogotycką wieżę, a jej budowę ukończono w 1844 roku. Monumentalna budowla liczy sobie 61.11 metrów, a najwyższą z platform widokowych umieszczonych na różnych wysokościach, prowadzą 287 schody. Panoramiczne widoki Edynburga roztaczające się z wysoka na pewno osłodzą trudy tej wysokiej wspinaczki. 
Autorem samego pomnika Scotta, który spoczywa majestatycznie pomiędzy kolumnami wieży, jest John Steell, a pomnik przedstawia pisarza odpoczywającego w towarzystwie swej ulubionego psa, charcicy Maidy.
Pamiątek poświęconych Scottowi jest zresztą w Edynburgu więcej – na przykład na George Street znajduje się dom, w którym pisarz mieszkał wraz z rodzicami, cytaty z jego prac zdobią dziedziniec Muzeum Pisarzy i ścianę parlamentu. Ponadto główna stacja kolejowa Edynburga, Waverley, nosi imię jednej z jego powieści, a obok katedry św. Idziego (St Giles High Kirk) znajduje się tajemnicza mozaika zwana Heart of Midlothian... W tym miejscu stało kiedyś edynburskie więzienie, Old Tolbooth, które Scott opisał w swojej powieści „Heart of Midlothian” (polskie tłumaczenie „Więzienie w Edynburgu”) - kiedy w 1817 roku budynek zburzono, władze miasta oznaczyły to miejsce mozaiką, noszącą imię powieści Scotta... Dodam jeszcze, że jedna ze szkockich drużyn piłkarskich też nazywa się Heart of Midlothian, a ich logo przypomina tę właśnie mozaikę.. Zaiste, potęga Scotta nie zna w Szkocji granic!

Przystanek trzeci - J. K. Rowling

Kiedy w grudniu 1993 roku J. K. Rowling przeprowadziła się do Edynburga, nic w jej życiu nie zapowiadało sukcesu i sławy. Pisarka przyjechała z Portugalii jako samotna matka i pierwsze lata w tym mieście spędziła w biedzie, żyjąc z zasiłków.  Pracując nad manuskryptem swojej pierwszej powieści, pisarka spędzała dużo czasu w edynburskich kawiarniach, które teraz stały się miejscem pielgrzymek wielbicieli twórczości pisarki. Jedna z nich, The Elephant House, przy George IV Bridge, reklamuje się jako miejsce narodzin Harry'ego Pottera.
W tej samej kawiarni bywali również Ian Rankin i Alexander McCall Smith, który wspomina ją zresztą w jednej ze swoich książek. Jak to z Edynburgiem bywa, sieć literackich powiązań jest znacznie gęstsza, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać... Kolejną ciekawostką jest to, że Rowling zwykła była spacerować po pobliskim cmentarzu Greyfriars, gdzie pochowany jest William McGonagall – według niektórych źródeł najgorszy poeta w historii brytyjskiej poezji. 
Oto próbka twórczości McGonagalla, pochodząca z jego wiersza „The Tay Bridge Disaster” (przedstawia on tragiczny wypadek, kiedy to podczas wichury most na rzece Tay zawalił się, gdy przejeżdżał przez niego pociąg):
I must now conclude my lay
By telling the world fearlessly without the least dismay
That your central girders would not have given way,
At least many sensible men do say,
Had they been supported on each side with buttresses,
At least many sensible men confesses,
For the stronger we our houses do build,
The less chance we have of being killed.”
 
Nie odważę się przetłumaczyć tego dzieła, ale pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden cytacik z wiersza zatytułowanego „Beautiful Nairn”: 
 
„All ye tourists who wish to be away
From the crowded city for a brief holiday;
The town of Nairn is worth a visit, I do confess,
And its only about fifteen miles from Inverness.”
Wnikliwi czytelnicy od razu zauważą, że to stąd pochodzi nazwisko pewnej nauczycielki transmutacji... McGonagall pisał może prawdziwe rymy częstochowskie, ale za to jego sława zatacza teraz coraz szersze kręgi! Zresztą podobnych niespodzianek jest więcej, bo Rowling znalazła inne, ciekawe nazwiska na cmentarnych nagrobkach i wykorzystała je w swoich powieściach...
Grób Thomasa Riddle, czyli Voldemorta!
Cmentarz w Edynburgu dostarczył Rowling pomysłów na imiona postaci, natomiast spekuluje się, że pobliska szkoła, George Heriot's School, zainspirowała ją do stworzenia słynnej szkoły magii, czyli Hogwartu.
Oprócz tego rozśmieszyło nas pewne ogłoszenie, które znaleźliśmy na drzwiach jednego ze sklepików na popularnej ulicy Grassmarket: 
Autorka "Harry'ego Pottera", J. K. Rowling, nigdy nie odwiedziła tego sklepu. 

Przystanek czwarty - ciekawostki

Edynburg naprawdę jest miastem literatury – nie sposób zapomnieć o jego literackich powiązaniach, gdy z każdego zaułka wygląda historia słowa pisanego, gdy cmentarze zapełniają duchy dawnych twórców i ich muz... Na małym cmentarzyku przy kościele Canongate pochowany jest na przykład Adam Smith, autor „Bogactwa narodów”, ojciec współczesnej ekonomii, a także poeta Robert Fergusson, którego pochowano tam w nieoznakowanym grobie – dopiero Robert Burns ufundował prywatny nagrobek i zamieścił na nim epitafium własnego autorstwa. Na tym samym cmentarzu znajduje się też grób słynnej Clarindy, ukochanej Burnsa, której poświęcił on wiele swoich utworów. 

Warto po Edynburgu chodzić i zaglądać też do atmosferycznych zaułków, bo nigdy nie wiadomo, jakie się w nich kryją skarby. Na przykład w malutkiej uliczce Anchor Close znaleźliśmy tablicę informującą, że tu właśnie mieściła się kiedyś słynna drukarnia Williama Smelliego, w której wydano pierwszą edycję „Encyklopedii Britanniki”, a także dzieła Burnsa. 
Należy też pamiętać o tym, że w Edynburgu mieszka i tworzy wielu znanych współczesnych pisarzy – nie tylko J. K. Rowling, ale i bardzo popularny Alexander McCall Smith, który akcję swoich powieści umieszcza często w Edynburgu. Szkocka stolica jest zresztą popularnym miejscem akcji wielu innych powieści, między innymi kryminałów Quintina Jardine'a i Iana Rankina. Przed wyjazdem zaczęłam czytać pierwszą powieść Jardine'a o przygodach detektywa Boba Skinnera i po przyjeździe odszukałam miejsce, w którym znalezione zostaje ciało ofiary okrutnej zbrodni – Advocate's Close. 
Wspaniale jest podczas czytania wędrować śladami postaci z książek, jestem pewna, że książki Jardine'a będzie mi się zupełnie inaczej czytało teraz, kiedy Edynburg widziałam na żywo... Natomiast jeszcze wspanialej jest, gdy się ma trochę szczęścia i Ulubionego Anglika, który sokolim okiem wypatrzy i rozpozna słynnych pisarzy na ulicy. Otóż ostatniego dnia pobytu natknęliśmy się na samego Iana Rankina, autora serii kryminałów o Johnie Rebusie, który w towarzystwie ekipy telewizyjnej przemierzał mgliste i deszczowe ulice swego miasta. 
"Supełki i krzyżyki" z autografem!
Tak oto udało mi się zdobyć autograf pisarza, który podpisał mój egzemplarz swojej książki „Knots and Crosses”, który miałam przy sobie. Co więcej, pisarz sam zaproponował, żeby UA zrobił nam zdjęcie! 
Z Ianem Rankinem - pozujemy na tle plakatu reklamującego sztukę teatralną jego autorstwa, którą można obejrzeć w teatrze w Edynburgu.
Tak więc mam niesamowita pamiątkę z Edynburga i motywację, żeby jak najszybciej przeczytać całą serię o inspektorze Rebusie. 
 
Na tym chyba zakończę moją wycieczkę po tym uroczym mieście. Mogłabym zresztą pisać jeszcze cały dzień, bo szkoda nie wspomnieć i innych wspaniałości – pubu, w którym bywał Burns, domu, w którym mieszkał, ulic wspominanych w powieściach McCalla Smitha, księgarni, antykwariatów, bibliotek... A przecież Edynburg to nie tylko miasto literatury, ale i miasto pełne historii, pełne współczesnych inicjatyw i aż przesycone unikatową atmosferą. Mam więc nadzieję, że choć na trochę przeniosłam was do Szkocji, a sama już zaczynam obmyślać, kiedy znowu uda mi się to niesamowite miasto odwiedzić...