Kiedyś,
w zamierzchłych czasach (no, może nie tak zamierzchłych, ale
zaskakująco już odległych), kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką,
usłyszałam raz jak mój rodzony ojciec zarykuje się śmiechem, czytając
jakąś książkę na tapczanie. Samo czytanie nie było niczym dziwnym, moi
rodzice czytali namiętnie książki, które, jako artykuły trudno dostępne,
zdobywane były przede wszystkim spod lady w zaprzyjaźnionej księgarni.
Czytanie mnie więc nie zdziwiło. Ale zdziwiły mnie te dzikie wybuchy
śmiechu. Pamiętam, że zapytałam ojca, o czym tak czyta, a on mi na to,
że o Białej Gliździe. I nie chciał mi świnia więcej nic powiedzieć na
ten temat!!! Dopiero kiedy sama przeczytałam Wszystko czerwone (z dzikimi wybuchami śmiechu), to zrozumiałam o co mu chodziło...
Potem czytałam już sama wszystkie "stare Chmielewskie": Lesia, Całe zdanie nieboszczyka (pierwsza nota bene książka, nad którą spędziłam pół nocy, bo się oderwać od niej nie mogłam), Wszyscy jesteśmy podejrzani...
Łza się w oku kręci, jakie to były piękne czasy. Potem czytałam "nowsze
Chmielewskie", nie zawsze, niestety, z wybuchami śmiechu i także Autobiografię.
W tym czasie moja mama zdążyła już chyba zapomnieć o tym jakie te
książki mogą być śmieszne, bo podczas lektury pierwszego tomu wpadła do
mojego pokoju i zażądała, żebym się przestała tak dziko rechotać, bo ona
do cholery chce spać. Pomyślałam mściwie, że zobaczymy kto się będzie
śmiać następnego dnia i rzeczywiście, dziką satysfakcję sprawiły mi
głośne wybuchy śmiechu dochodzące z mamy pokoju następnej nocy. Ha ha
ha, mama tez zaczęła czytać Autobiografię! Nie mogłam tego tak zostawić i wleciałam do jej pokoju wyjąc: "A widzisz! A widzisz!"
Potem przyszły lata posuchy i tylko jeden Depozyt nieco rozjaśnił tę monotonię, głównie za pomocą Chlupa. I Chlupowej.
A teraz zakupiłam Byczki w pomidorach i przystępuję do czytania. Proszę trzymać za Byczki kciuki.