Przyznaję
się bez bicia, nie potrafię wyjść z domu bez książki. Co dopiero, jeśli
muszę się gdzieś udać na dłużej...! Przed wyjazdem na wakacje wybór
odpowiedniej lektury staje się sprawą pierwszorzędnej wagi, bo przecież
każdy książkochłon musi mieć co czytać. Muszę jednak powiedzieć, że w
tym tygodniu pobiłam wszelkie rekordy....
Zaczęło
się od tego, że mieliśmy z Ulubionym Anglikiem pojechać w poniedziałek
do pobliskiej miejscowości Arundel, zwiedzić tamtejszy zamek,
przenocować i wrócić do domu we wtorek. Normalny człowiek zabrałby jedną
książkę. Ulubiony Anglik tak zrobił. Zabrał „Farmer Buckley's Exploding Trousers”, czyli książkę o dziwnych i śmiesznych eksperymentach i odkryciach naukowych. Cóż, ja normalna nie jestem, zabrałam więc trzy („Kobieta bez twarzy” Fryczkowskiej, „Sister” Rosamund Lupton i „The Bastard of Istanbul” Shafak, czyli jedna nowa i dwie, które już od dawna chcę przeczytać). A nie, cztery, zapomniałam o „The Songwriter” Beatrice Colin,
zaczęta powieść, której jakoś nie mogę skończyć, chociaż ciekawa.
Właściwie miałam zapakować trzy, ale chyba zapomniałam, że już jedną do
plecaka włożyłam... Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że właśnie
skończyłam czytać P.D. James i na wyjazd musiałam zabrać coś nowego. A
ja zawsze mam problem „co czytać”, więc postanowiłam spakować więcej
książek, na wypadek, gdyby mi się jedna nie spodobała... Czysta
logika... Muszę w tym miejscu napomknąć, że w Arundel jest jedna
prywatna księgarnia i jeden antykwariat z książkami używanymi.
(Postanowiłam jednak tę informację zignorować, na wypadek, gdyby się
okazała nieprawdziwa.) Myślicie, że to wszystko? To dopiero początek....
W
drodze na pociąg wstąpiliśmy na pocztę, żeby odebrać przesyłkę, która
na mnie tak od jakiegoś czasu czekała – był to nowy, zamówiony niedawno
magazyn o książkach „We Love This Book” i darmowa książka – David Mitchell „The Thousand Autumns of Jacob de Zoet”, nominowany
w ubiegłym roku do nagrody Bookera, z autografem autora... Ale to
jeszcze nic. Za to co stało się potem, winię w całości Ulubionego
Anglika. Zaproponował on bowiem, żeby czekanie skrócić sobie wizytą w
pobliskiej księgarni Waterstones... Oczywiście skwapliwie mu
przytaknęłam, widząc w tym szansę na przyjemne spędzenie czasu,
połączone z pożytecznym szukaniem pewnej książki, o której pisała
niedawno Monika z Kroniki Błękitnej Biblioteczki.
I wszystko byłoby się skończyło na niewinnym przeglądaniu półek, gdyby
nie mój Ulubiony Anglik. Ni z tego ni z owego wziął do ręki „How To Be a Woman” Caitlin Moran
(po części autobiografia, a po części humorystyczne spojrzenie na to,
jak być współczesną kobietą) i oznajmił, że dużo dobrego o niej słyszał,
że czytał felietony autorki i chciałby książkę przeczytać, więc może
chciałabym ją mu kupić? No i ruszyła lawina. Natychmiast ruszyłam
kurcgalopkiem ku stołom zastawionym „dobrem rozmaitem” i porwałam z
niego nie tylko uprzednio wspomnianą jako rekomendowaną przez Monikę „Before I Go To Sleep” SJ Watson (trzymająca w napięciu opowieść o amnezji i wspomnieniach traconych każdego dnia),
„Taboo” Casey Hill
(nowy thriller o pani śledczej sądowej z Kaliforni, która ma pomóc w
przepchnięciu irlandzkiego laboratorium kryminalnego w XXI wiek i przy
okazji pomoc w schwytaniu groźne
go zabójcy) ale i zupełnie nieznaną mi książkę Eleanor Brown „The Weird Sisters”,
bo zafascynował mnie opis na okładce (trzy siostry z problemami,
ekscentryczna rodzina, której pasją są książki i do tego ten cytat: „Nie
ma problemu, którego by nie rozwiązała karta biblioteczna”).... I tu
oczywiście pojawił się problem, bo książki są w ofercie 3 za 2, a ja
miałam już cztery... Na szczęście Ulubiony Anglik nieśmiało zaproponował
zakup książki, która powinna obojgu nam się spodobać - „Robin Ince's Bad Book Club” Robina Ince'a,
czyli historie o książkach niezamierzenie śmiesznych, zapomnianych i
takich, któe nigdy nie powinny zostać napisane. Dalej już było jak z
górki – szybciutko porwałam z półki moja ostatnia książkę, „The Lies We Told” Diane Chamberlain,
bo pierwsze spotkanie z tą autorką bardzo pozytywnie mnie nastawiło do
czytania dalszych jej książek, zwłaszcza, gdy poruszają one tak
arcyciekawe tematy jak więzy między siostrami, dramatyczne sekrety z
przeszłości i rozważania nad tym, jak daleko można się posunąć by
chronić tych, których kochamy.
Cóż.
Zakup sześciu książek zanim jeszcze gdziekolwiek się wybraliśmy
nastawił nawet mnie nieco filozoficznie do życia. Rezolutnie unikając
patrzenia na siebie nawzajem zasiedliśmy wygodnie przy wolnym stoliku w
pociągu i zgodnie zagłębiliśmy nosy w książkach.
I
mogłabym w ten sposób zakończyć relację z naszego pobytu w uroczym
Arundel, gdyby nie fakt, że okazało się, że obie księgarnie były
otwarte. Na szczęście ta pierwsza, prywatna okazała się malutkim
sklepikiem, z którego wyniosłam tylko darmowy magazyn o książkach, a w
antykwariacie, cnotliwie opuszczając oczy, co by nie patrzeć na cztery
piętra ciasno zapakowanych półek, wyszperałam tylko „The Consequences of Love” Sulaimana Addonii,
której to pozycji szukałam już od dłuższego czasu, bo czytałam i
chciałam mieć, tak bardzo mi się spodobała, rezolutnie odwracając wzrok
od innych pozycji kusząco mrugających na mnie ze wszystkich stron....
Po powrocie do domu i rozpakowaniu oczom naszym ukazał się więc taki oto widok:
Dlatego już się zastanawiam, co będzie, jak wyjedziemy gdzieś na dłużej...
Ps. Nieco więcej o Arundel później.
Ps2. W tekście nie zostały wspomniane dwa cieniutkie przewodniki po mieście i zamku, bo one się po prostu nie liczą!!!