niedziela, 22 maja 2016

Baśniowy debiut - "Dziewczyna z ogrodu" Parnaz Foroutan

W domu z ogrodem, na wybrzeżach Los Angeles mieszka Mahbube Malakuti, starsza pani, która rozmawia z roślinami w swoim ogrodzie, i która zna wiele opowieści. Ostatnia z rodu Malakutich, perskich Żydów, mieszkających w Iranie jeszcze przed rewolucją, kobieta żyje jakby na pograniczu jawy i snu, pełna historii, które nie ma komu opowiadać. Główną bohaterką jej wspomnień jest Rachel, młodziutka żona kupca Aszera, która nie może spełnić najważniejszej małżeńskiej powinności wobec swojego męża i dać mu upragnionego syna, który by kontynuował pomnażanie rodzinnego majątku, poniósł dalej ojcowskie nazwisko, był chlubą rodziców. Wkrótce potrzeba posiadania potomstwa przeradza się u Rachel w obsesję, która wiedzie ją ku szaleństwu i ku decyzjom, które zaważą na losach całej rodziny.

Jeśli choć trochę zaciekawił was ten opis, sięgnijcie po książkę, którą niedawno przeczytałam. „Dziewczyna z ogrodu” Parnaz Foroutan to powieść zanurzona we wspomnieniach, zainspirowana historiami rodzinnymi autorki. Ciśnie mi się na ustach wyrażenie „baśniowy debiut”, bo powieść o rodzie Malakutich czyta się jak opowieść, którą snuje starsza kobieta, która spieszy się, żeby komuś zdążyć opowiedzieć wszystkie wspomnienia, żeby komuś przekazać echa przeszłości, która odeszła na zawsze. Jej narracja jest właśnie tak lekko oniryczno-baśniowa, nie trzymająca się specjalnie chronologii – pewnych faktów z życia własnej rodziny Mahbube  właściwie nie zna, innych się domyśle, jeszcze inne wspomina. Nie poznajemy też w całości historii jej rodu, a jedynie wycinki, z których najważniejszy, opowieść o Rachel i jej nieustępliwej obsesji, jaką staje się chęć posiadania dziecka, staje się późniejszą wypadkową dalszych zdarzeń.

Ta krótka powieść niesie w sobie potężną dawkę emocji – jest w niej i kobieca solidarność, miłość, ale też i rywalizacja, społeczne oczekiwania i szaleństwo. Jest i miłość braterska, zdolna do poświęceń, jest zazdrość i upadek. Jest i gładko wplecione w powieść kanwa społeczna – rodzina Malakutich to bogaci Żydzi perscy, mieszkający w muzułmańskim kraju i, pomimo swego bogactwa i wpływów traktowani jako „nieczyści”, ktoś, kogo można bez konsekwencji znieważyć.

„Dziewczyna z ogrodu” wciąga, ale też zasmuca. Życie Rachel i jej szwagierki Chorszid, jak zresztą i innych kobiet – a właściwie dziewczynek, bo Rachel ma w chwili zamążpójścia dwanaście lat – jest pomimo pozornego bogactwa i szczęścia podszyte lękiem i niepewnością. Ich wartość mierzy się za pomocą ilości urodzonych synów, a ich świat jest zamknięty w murach andaruni, prywatnej, kobiecej części domu. Tak naprawdę dopiero Mahbube udaje się wyrwać poza hermetyczny świat oddzielający kobiety i mężczyzn, Żydów i Muzułmanów. Smutna jest też historia samej Mahbube, która wychowuje się bez matki, starając się za wszelką cenę dowiedzieć czegoś o jej śmierci, według jej ojca spowodowanej powikłaniami kobiecymi. Smuci wizja świata, w której kobiety można się pozbyć jak zbędnego balastu pod byle pretekstem, w którym matce zostaje odebrane dziecko i absolutnie nic nie można na to poradzić, w którym kobiety są postrzegane jako naczynia, które można potłuc, wypełnić, lub odłożyć na potem, do póki znów nie będą przydatne. Ale jest  to też piękna powieść, pewna poetyckich opisów nieistniejącego już świat, na chwilę tylko przywróconego do życia opowieściami narratorki książki.

poniedziałek, 9 maja 2016

Lisa Owen, "Not Working", czyli o książce, która nie jest podobna do "Pamiętników Bridget Jones"


Po raz pierwszy natknęłam się na wzmiankę o debiutanckiej powieści Lisy Owen, „Not Working” przeglądając listę autorów debiutujących w 2016 roku, którą opublikował The Guardian. Jej autorka rzuciła pracę w wydawnictwie, zapisała się na kurs kreatywnego i pisania i zanim jeszcze swoją książkę skończyła pisać, miała już swoją agentkę, a rok później o prawa do wydania jej książki walczyło aż osiem wydawnictw. Podobnie jak jej twórczyni, bohaterka książki, Claire Flannery, również decyduje się rzucić swoją posadę w agencji marketingowej, żeby odnaleźć siebie, sens życia i nową, bardziej ciekawą pracę, która będzie jej prawdziwym powołaniem. W przeciwieństwie do swojej kreatorki Claire nie bardzo to wychodzi, gdyż okazuje się, że poszukiwanie wymarzonego zajęcia jest trudniejsze niż się to nam wydaje. Zamiast tego Claire spędza zbyt wiele czasu przed telewizorem czy ekranem komputera, spotyka z przyjaciółmi, kłóci ze swoim chłopakiem i przeżywa zerwanie stosunków z własną matką. 
 
„Not Working” jest opisywane jako dowcipny głos naszego pokolenia ludzi prokrastynujacych,  pełna humoru i ciepła, ale też i nieco melancholijna książka. Całkowicie się z tym zgadzam! Natomiast spotkałam się też gdzieś się z określeniem „Bridget Jones naszego pokolenia”. I chyba to właśnie porównanie nieco zepsuło mi lekturę tej książki. Po pierwsze – Claire w niczym nie przypomina roztrzepanej, sympatycznej Bridget, a książka nie jest opowieścią o poszukiwaniu miłości i drugiej połówki. Claire już ma swoją drugą połówkę – bardzo cierpliwego i dobrze zapowiadającego się neurochirurga (nic dziwnego, że może sobie pozwolić na odejście z pracy!), ale gdzieś się w swoim życiu pogubiła i nie za bardzo wie, co z nim zrobić. To raczej książka o poszukiwaniu własnej tożsamości, którą łatwo czasem zgubić, o odwadze, której potrzeba, by coś wokół siebie zmienić, a także o tym, że tak naprawdę wcale niełatwo jest odkryć, co chce się zrobić z własnym życiem.

Kolejna zdecydowana różnica – przy „Bridget Jones” płakałam momentami ze śmiechu, natomiast „Not Working” wydawało mi się miejscami wręcz smutne. Od razu dodam, że humor w tej książce jest, ale zupełnie innego rodzaju, zdecydowanie nie na taką skalę, jakiej można by się spodziewać z entuzjastycznych recenzji i cytatów na okładce… Tu wspomnę jeszcze, że zdecydowany plus należy się właśnie za okładkę, która zdecydowanie przyciąga oko i odróżnia książkę od stosów innych.

Po trzecie - mimo iż styl też może z początku wydawać się podobny do książki Helen Fielding, to jednak „Not Working” jest książką mniej spójną – zamiast pamiętnika mamy tu zapis luźnych przemyśleń, krótkich scenek i dłuższych rozdziałów. Zastanawiałam się nawet, czy powieść nie miała swojego początku gdzieś w sieci, bo niektóre obserwacje przypominają mi tweety czy podpisy na instagramowych fotkach. Ten sposób narracji, chociaż ułatwiał mi czytanie, (bo łatwo jest połykać króciutkie akapity i nieco dłuższe scenki), sprawił jednak, że z początku trudno mi się było wciągnąć w tę książkę, a co za tym idzie, zaprzyjaźnić z główną bohaterką. Większą sympatię czułam do matki Claire, która zresztą przez większą część książki jest nieobecna, czy do reszty członków jej rodziny. Claire czasem mnie denerwowała (ile czasu można spędzać w piżamie, pijąc wino na obiad!!!), z drugiej strony budziła sympatię i pewnego rodzaju współczucie swoim zagubieniem i niepewnością.

Mam nadzieję, że moje porównania nie zniechęciły was kompletnie do tej książki. Większość moich narzekań wynika z tego, że po prostu spodziewałam się po niej czegoś innego. „Not Working” to debiut udany, chociaż zdecydowanie nie wybitny. Czekam też na szum w mediach wokół tej książki, który by mi powiedział, że to ja jedna się mylę, a nie osiem wydawnictw, które wcześniej konkurowały między sobą o prawa do wydania tego debiutu – ale na razie takiego szumu jakoś nie widzę, co mi podpowiada, że może mam rację i „Not Working” to książka na ocenę dobrą. Natomiast chętnie przeczytam kolejną książkę Lisy Owens, chociaż wydaje mi się, że jako iż autorka niedawno urodziła dziecko, to napisanie kolejnej może zabrać jej zdecydowanie więcej czasu.

niedziela, 24 kwietnia 2016

Tydzień z nosem w książce (1)


Stało się tak, jak to przewidywałam. Książki czytają mi się o wiele wolniej niż kiedyś. Zamiast połykania książek co drugi dzień, przechodzę fazy. Jestem wybredna. Jestem leniwa. Czasem wcale mi się nie chce czytać. To, co kiedyś było nałogowym pochłanianiem słowa pisanego zamieniło się w jeden ze sposobów spędzenia wolnego czasu – czasu, którego coraz mniej na własne przyjemności. Nadal czytam dużo, więcej być może niż statystyczny Polak, ale czytam nierówno. Z niektórymi książkami czasem mi zupełnie pod górkę. Inne co rusz odkładam na potem. Jeszcze inne czytam tylko w łóżku albo tylko w autobusie. Obecnie rozdzielam się na czworo. Z jednej strony: Locke Lamora po raz drugi, czyli „Red Seas Under Red Skies” („Na szkarłatnych morzach”) Scotta Lyncha . Wiadomo – ciągnie. Z drugiej – „Not Working” Lisy Owen – debiut, który ktoś porównał do „Dziennika Bridget Jones” – nie wiem, czy słusznie, chyba nie. Być może bohaterka jest taką właśnie współczesną Bridget, skondensowaną w formie, żeby pasowała do dzisiejszych realiów i mediów społecznościowych, tak samo niepewną tego, jak właściwie ma wyglądać jej życie, ale to zdecydowanie inna książka, inny humor, inne problemy. Nie sądzę, żeby stała się symbolem kolejnego pokolenia,  wypromowała nowy rodzaj literatury, tak jak to się stało z książką Helen Fielding, ale to dobry debiut moim zdaniem. Do dokończenia w autobusach. Trzeci „włos” to kryminał islandzkiego autora, Ragnara Jonassona, „Snowblind”. Właściwie to zainteresował mnie kolejny tom z tej serii, ale nie lubię zaczynać od środka, więc zabrałam się za pierwszy… Tu mamy morderstwo, niedoświadczonego policjanta i długie polarne noce. Klimatycznie i ciekawie. Czwarta i ostatnia książka z tego tygodnia to dopiero co zaczęta powieść „A Little Life” („Małe życie”) Hanyi Yanagihary, która właśnie została wydana przez Wydawnictwo WAB. Nominowana do Bookera, do Baileys Prize, do US National Book Awards, zbiera same pochwały. U mnie na swoją kolejkę czekała już długo, ale skoro wychodzi polskie wydanie, postanowiłam dłużej nie czekać. Początek zapowiada się wyśmienicie, nieco zagadkowo, świetnie się czyta, strony po prostu same się przewracają. Jedyny minus to rozmiar – 720 stron małego druku (ach, wiem, powinna na kindla, ale cóż..) – ale na szczęście jestem przyzwyczajona do dźwigania ciężarów. 

Cóż, dość tego gadania, czas wracać do czytania, choć coś czuję, że przerwa zaraz się skończy. Życzę wszystkim miłej niedzieli – mam nadzieję, że napiszecie, co wy teraz czytacie.

PS. Ex Libris dorobił się swojego konta na Instagramie – chętnych zapraszam tutaj i na Facebookowy profil, gdzie jest mnie zdecydowanie więcej…

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Baileys Women's Prize for Fiction 2016 - finalistki

Dziś wieczorem ogłoszono listę sześciu finalistek tegoroczej Baileys Women's Prize for Fiction. Niestety w trakcie ogłaszania jechałam sobie metrem na spotkanie z Padmą z Miasta Książek i o wynikach poinformowano mnie dopiero na miejscu. A tak chciałam sprawdzić wszystko od razu...! Oto lista:

Cynthia Bond: Ruby
Anne Enright: The Green Road
Lisa McInerney: The Glorious Heresies
Elizabeth McKenzie: The Portable Veblen
Hannah Rothschild: The Improbability of Love
Hanya Yanagihara: A Little Life

O książkach możecie poczytać sobie więcej tutaj, a ja mam nadzieję przeczytać przynajmniej dwie książki z listy finalistek...

niedziela, 10 kwietnia 2016

Złodziej, który skradł mi serce (Scott Lynch, "Kłamstwa Locke'a Lamory")

Dziś będzie krótko, acz treściwie. Skończyłam czytać „Kłamstwa Locke’a Lamory” Scotta Lyncha i świerzbią mnie palce, żeby coś o tej książce napisać. Od razu uczciwie zaznaczam, że w nosie mam, co inni mają na jej temat do powiedzenia, chyba, że tak jak ja uważają, że książka jest po prostu fantastyczna. Locke Lamora i reszta jego gangu zawładnęła moim sercem i uczciwie przyznaję, że tak dobrze napisanej powieści łotrzykowskiej daawno już nie czytałam…

Dla tych, którzy o książce nie wiedzą nic, kilka słów zachęty. Oto Camorra, państwo-miasto na wzór Wenecji składające się z samych wysepek i mostów, władane prawomocnie przez księcia Nicovante i (nielegalnie) przez capo Barsaviego, któremu podlega półświatek przestępczy. Camorra to dom Locke’a Lamory i Niecnych Dżentelmenów (Gentleman Bastards), grupy pewnych bardzo utalentowanych i pomysłowych złodziei, których poznajemy w trakcie kolejnego, bardzo skomplikowanego skoku. Locke specjalizuje się w zabieraniu pieniędzy bogatym i nieoddawaniu ubogim i jest w swoim fachu, tak dobry, że nazywają go Cieniem Camorry, ku jego utrapieniu zresztą, bo do legendy mu bardzo brakuje – słabej postury Locke fechmistrzem jest miernym, ale to mu wcale nie przeszkadza w układaniu skomplikowanych planów, które Niecnym Dżentelmenom przynoszą krocie. Znakomitym fechmistrzem zresztą wcale być nie musi, bo jest nim Jean Tanner, jego przyjaciel i prawa ręka, a reszta jego gangu – bracia Sanza i Pędrak, który dopiero kształci się na złodzieja, też potrafi wyjść cało z przeróżnych tarapatów. I tylko kiedy na scenie pojawia się na poły mityczny Szary Król, Locke i Niecni Dżentelmeni wciągnięci zostaną w rozgrywkę, która może się okazać dla nich fatalna w skutkach…

Co mogę napisać o „Kłamstwach Locke’a Lamory”? Że to jedna z najlepiej zapowiadających się serii fantasy jakie ostatnio czytałam. Że po interesującym początku nagle akcja zaczyna galopować w takim tempie, że nie można się od książki oderwać. Że zdarzyło mi się przy jej czytaniu parsknąć śmiechem, a przy końcu także zakrzyknąć, triumfalnie wymachując pięściami. Że skok stulecia Locke’a można pod względem zawiłości porównać do „Ocean’s Eleven”, co jest pochwałą wielką, jako że film bardzo ale to bardzo mi się podobał. Że pod koniec i tak udało mi się autorowi mnie zaskoczyć, co się w cyklach fantasy często nie zdarza, bo przecież zwykle od początku wiadomo, że to biedny żebrak zabije smoka i poślubi księżniczkę. Że pełno w tej książce humoru rubasznego, przekleństw i dosadnych porównań, a do tego Scott Lynch potrafi tak pisać, że czytelnik może sobie całą Camorrę doskonale wyobrazić – razem z jej zapachami i kolorami. Że „Kłamstwa…” to sprawnie skonstruowany świat, subtelnie fantastyczny (i chwała Bogu, bo chociaż uwielbiam Davida Eddingsa i Mercedes Lackey, nadmierne nagromadzenie czynników magicznych zaczyna mi po trochu wychodzić bokiem) i bardziej podobny do powieści łotrzykowskiej niż do heroic fantasy. I w dodatku Locke. Locke Lamora, ten łotr, skradł moje serce i chyba już go nie odda, złodziej przebrzydły.

Scott Lynch zadebiutował swoją powieścią dziesięć lat temu. Na szczęście nie wiedziałam wtedy jak bardzo mi się ta książka spodoba, bo na kolejne części cyklu trzeba by mi było czekać latami. Natomiast ja już niebawem sięgnę po „Na szkarłatnych morzach” i „Republikę złodziei”. Byle tylko doczekać do lata, kiedy to wydana zostanie czwarta część cyklu, „The Thorn of Emberlain”. Latem zresztą będę miała co czytać, mam nadzieję, bo właśnie wtedy ma wyjść kolejna książka Bena Aaronovitcha, “The Hanging Tree”.  I żeby tylko jeszcze Patrick Rothfuss napisał kolejną część Kronik Królobójcy, posmarkałabym się ze szczęścia…

PS. Tym którzy jeszcze go nie czytali, polecam z całego serca Patricka Rothfussa i jego cykl, który rozpoczyna „Cień wiatru” i apeluję do autora, by go skończył i przestał trzymać nas w napięciu, bo jak to tak można. Tym zaś, którzy chcieliby przeczytać porządny (skończony!) cykl fantasy, z bohaterem, który od zabijających smoki magią cnotliwych rycerzy odstaje jak kaktus od pachnących róż,  polecam „Z mgły zrodzony”, pierwszą część cyklu Ostatnie Imperium Brandona Sandersona, czyli moje kolejne odkrycie z ubiegłego roku.

niedziela, 27 marca 2016

Wielka Gra i brytyjski kontrwywiad czyli Dabarai czyta o Historii (Tydzień z nosem w książce)


Od ostatniego postu minął ponad tydzień, książki się czytają, ale na pisanie czasami czasu nie starcza.  Postanowiłam więc zainaugurować całkiem nowy cykl notek, które mam nadzieję, pozwolą mi ogarnąć moje czytelnicze zapasy z samą sobą… Kiedy czasu nie starcza na napisanie czegoś sensownego, dobrze jest chociaż wspomnieć o tym, jak mi minął tydzień z nosem w książce.. 

Zacznę od tego, że ostatnimi czasy przeczytałam sporo niezłych pozycji, a w tym roku na plan pierwszy zdecydowanie wysuwa się literatura faktu – szok horror, to się przecież nigdy nie zdarza! Dlatego dzisiejszy, inauguracyjny odcinek nowego cyklu obejmie kilka książek z ostatnich miesięcy… Nie mogę bowiem, chociaż krótko, nie wspomnieć o książkach Bena Macintyre’a, które dostarczyły mi ostatnio wiele radości i moim zdaniem powinny być przedstawione szerszej publiczności.

Z pierwszą z nich, „Operation Mincemeat” („Operacja Mielonka”, polskie wydanie „Oszukać Hitlera. Największy podstęp w dziejach wywiadu”), zetknęło mnie przeznaczenie… O operacji Mielonka usłyszałam po raz pierwszy kilka lat temu, zwiedzając Bletchley Park (muzeum Enigmy), a kiedy ostatnio obejrzeliśmy z UA „Operację Argos”, przypomniała mi się ta arcyciekawa historia, o której opowiada książka Bena Macintyre’a… Otóż w kwietniu 1943 poławiacz sardynek u wybrzeży Hiszpanii wyłowił zwłoki i walizkę zawierającą tajne dokumenty, sugerujące, że zamiast spodziewanej inwazji na Sycylię, Alianci zaatakują Grecję. Tyle tylko, że major William Martin był tak naprawdę trampem z Walii, w dodatku martwym, zanim „utonął” w morzu, a dokumenty były co do jednego fałszywe. Jednak Niemcy dali się nabrać i Operacja Mielonka, ambitna akcja brytyjskiego kontrwywiadu, zakończyła się pełnym sukcesem. Co więcej mogę wam napisać, żeby nie psuć przyjemności lektury. Książkę Macintyre’a czyta się jak najlepszą powieść szpiegowską, i gdyby nie to, że wszystko tu jest udokumentowane, oparte na na faktach i w stu procentach prawdziwe, można by pomyśleć, że autor nieco przesadził i dla własnego dobra powinien nieco przyhamować rozbuchaną wyobraźnię… W dodatku autor ma porywający styl, kartki same się przewracają, a do tego można się przy lekturze pośmiać. Czego chcieć więcej? „Operation MIncemeat” to pozycja nie tylko dla miłośników historii i pozycji szpiegowskich.  Polecam, polecam, polecam wszystkim tę książkę!

Druga przeczytana do tej pory książka Bena Macintyre’a to „Double Cross. The True Story of The D-Day Spies” (polskie wydanie – „Wielkie oszustwo”), czyli dzieje piątki podwójnych agentów, którzy przyczynili się do sukcesu lądowania w Normandii. Ponownie Ben Macintyre okazał się świetnym gawędziarzem, a chociaż sama historia nie była może aż tak wciągająca, jak „Operation Mincemeat”, to postacie w niej występujące warte były poznania. Postacie autentyczne, których losy (w większym lub mniejszym stopniu) wpłynęły na przebieg i wynik wojny. Wszyscy bohaterowie są bardzo interesujący, ale na szczególną wzmiankę zasługuje mój ulubiony Juan Pujol Garcia, pseudonim Garbo… Garbo, ha ha! Szpieg – legenda. Człowiek, który najpierw zaproponował swoje usługi rządowi Wielkiej Brytanii, a kiedy nic u nich nie wskórał, został niemieckim szpiegiem. Wysłany do Anglii, zaczął przesyłać długie raporty, które były w stu procentach zmyślone.. Pujol nie dotarł bowiem do Anglii, ale zatrzymał się w Lizbonie i to właśnie stamtąd nadawał swoje meldunki. Zauważony wreszcie przez Brytyjczyków i oddany pod opiekę agenta, Garbo przystąpił do tworzenia własnej siatki wywiadowczej, która zaczęła go zasypywać informacjami przydatnymi dla Niemców. Wśród zwerbowanych szpiegów znaleźli się gibraltarski kelner, szwajcarski biznesmen (po jego śmierci, wdowie po nim Niemcy wypłacali rentę), grupa walijskich nacjonalistów… Wszystkich tych agentów łączyła jedna rzecz – byli oni całkowicie zmyśleni…! 

„Double Cross”, jak już wspomniałam, to historia siatki szpiegowskiej, świetnie się tę pozycję czyta, chociaż w porównaniu z poprzednią książką Macintyre’a nie ma tu już tej powieściowej narracji. Za to są interesujące fakty z historii angielskiego kontrwywiadu, fascynujące losy agentów i humor. Do tego muszę wspomnieć i o polskim wątku, bo jeden z ważnych szpiegów (pseudonim Brutus), był Polakiem. Co prawda wydaje mi się, że Macintyre nie miał o nim zbyt wysokiej opinii, ale mimo wszystko jego losy to kawałek polskiej historii, bardzo zresztą ciekawy. 

No proszę, miało być krótko i zwięźle, ale widać się nie da. Mam nadzieję, że kogoś zachęcę tą notką do przeczytania książek Macintyre’a. Ja mam w planach jego kolejną książkę – „Agent ZigZag”, opowieść o Eddiem Chapmanie, kolejny podwójnym agencie. A do tego kilka książek lekkich, łatwych i przyjemnych i zdecydowanie nie opartych na faktach. Pozdrawiam wszystkich w  ten świąteczny dzień i życzę wszystkim przyjemnego czytania.

czwartek, 17 marca 2016

Klap klap i puk puk, czyli o Jasiowych czytankach


Stało się to, na czym mi bardzo zależało, Mini Ulubiony Anglik wychowuje się wśród książek. Dosłownie, bo mam ich mnóstwo a Mini już się dochował własnych półek, a nawet własnego stosiku. Jego książki są wszędzie, w salonie, w sypialni (najlepiej czyta się przecież przed snem), a ostatnio znalazłam jedną w kuchni. Musze przyznać, że bardzo staram się, by polskich książek miał również pod dostatkiem. To fakt, czasem kupowanie ich bywa frustrujące, bo ja lubię książkę przed zakupem obejrzeć, a tu czasem się nie da. Na szczęście dzięki stronom internetowym i blogom o książkach oraz polecankom znajomych mam, mam niejakie pojęcie, co lubię, co się Mini UA spodoba, a czego kupować nie warto… Czasem jednak natknę się na książkę-perełkę zupełnie sama! 
-->
Tak właśnie było z „Klapu klap” Madaleny Matoso wydawnictwa Babaryba. Znalazłam ją przypadkiem w jakiejś księgarni, zupełnie już nie pamiętam gdzie. Duże, piękne i kolorowe ilustracje spodobały mi się od samego początku, a w dodatku odkryliśmy, że to książka interaktywna. Koncept nie jest nowy, bo przecież wiemy, że książki nie służą tylko i wyłącznie do czytania! Na przykład Mini UA odkrył, ze można na nich usiąść, stanąć, można się o nie podeprzeć, zrobić z nich tunel, można je też żuć, albo zrobić z nich bębenek. “Klapu klap” to książka przy której czytaniu nie można się nudzić! Na każdej stronie są jakieś dźwięki do naśladowania, jest też coś do policzenia. Najpierw patrzyliśmy na obrazki, a potem okazalo się że jeśli książkę się zamknie, to zabawa będzie jeszcze lepsza!
-->

Ten filmik pokazuje, jak książką można się bawić. Czerwone punkciki pokazują, gdzie strony książki powinny się zetknąć. Obrazki wprawiane w ruch aż proszą o to, żeby naśladować ukazane na nich dźwięki.
-->
„Klapu klap” zdecydownie należy teraz do naszych ulubionych książek. Jaś sięga po nią często i nauczył się dzięki niej kilku słów. Lubi sobie pukać, cmokać i fru fru fruwać, a koncept zamykania i otwierania książki bardzo mu przypadł do gustu i cieszy go za każdym razem. Podobnych książek mamy zresztą jeszcze kilka. Interaktywne książki wspierają rozwój sprawności manualnej dziecka i uczą koncentracji. Dodatkowo zastosowane w niej onomatopeje pomagają w rozwoju języka, ćwiczą wymowę, a wszystko podczas świetnej zabawy. Do tego ilustracje bardzo, ale to bardzo mi się podobają - proste, kolorowe, wyraziste. Zdecydownie odcinające się od innych. W dodatku pełno w nich podstawowych kolorów i różnych kształtów do rozróżniania. Jednym słowem - coś świetnego! Zachęcam wszystkich do wspólnego klaskania.

poniedziałek, 14 marca 2016

Bailey's Women Prize for Fiction 2016 - nominacje

-->

--> -->
W zeszłym tygodniu, 8 marca, obchodziliśmy Dzień Kobiet, a jak wszystkim wiadomo, mnie najlepiej świętuje się z książką. Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że to właśnie w Dzień Kobiet ogłoszono nominacje do mojej ulubionej nagrody literackiej. Bailey’s Women Prize for Fiction przyznano po raz pierwszy w 1996 roku, jeszcze jako Orange Prize for Fiction, jako nagrodę przyznawaną pisarkom publikującym w języku angielskim. Ze wszystkich nagród przyznawanych na Wyspach, Bailey’s Prize jest moją ulubioną, bo zawsze znajduję wśród tych książek jakąś perełkę. To prawda, zazwyczaj książki –finalistki mniej mnie interesują niż te, które nagrody nie zdobyły, ale i tak lista jest zwykle bardzo różnorodna. Zresztą, sprawdźcie sami. Poniżej lista nominowanych książek…


Kate Atkinson: A God in Ruins – akurat tej autorki nie trzeba przedstawiać. „Jej wszystkie życia wydano jakiś czas temu w Polsce, a ta książka to właściwie jej kontynuacja, opowiadająca o bracie Ursuli Todd. Waham się, czy przed lekturą nie przypomnieć sobie poprzedniej powieści Atkinson, która mi się szalenie podobała… Zdecydowanie należy przeczytać. 

Shirley Barrett: Rush Oh! – debiut Australijskiej autorki, powieść osadzona w 1908 roku wśród społeczności wielorybników starających się przetrwać jeden z najcięższych sezonów.  Do tego dorastająca narratorka, tajemniczy przybysz i miłość. Do zapamiętania.

Cynthia Bond: Ruby – pierwsza Amerykanka na liście i kolejny debiut. „Ruby” to pierwsza część trylogii, książka, o której zaczęło być głośno dzięki Oprah Winfrey i jej klubie książki. Kobieta wraca do miasteczka, w którym się wychowała, by zmierzyć się z przeszłością. Mężczyzna musi wybrać między lojalnością a miłością. Może być ciekawie.

Geraldine Brooks: The Secret Chord – znana polskim czytelnikom pisarka, nagrodzona Pulitzerem za powieść „March”, tym razem sięgnęła po biblijną tematykę – jej powieść to historia biblijnego króla Dawida. Bardzo podobali mi się „Ludzie księgi” tej autorki, więc jestem dobrej myśli…

Becky Chambers: The Long Way to a Small, Angry Planet – najciekawsza z nominowanych powieści, bo przecież nie często do Bailey’s Prize nominowane są książki, w których pojawiają się statki interplanetarne. Statki, których załoga zajmuje się tworzeniem tuneli w kosmosie, należy dodać. Nie często też nominowane powieści zaczynają życie jako projekt na crowdfundingowej stronie internetowej. Tak jest, Becky Chambers skończyła w ten sposób książkę, wydała ją własnym kosztem, a dopiero potem podpisała umowę z wydawnictwem.  Dla miłośników powieści z gatunku space opera (czyli dla mnie też).

Jackie Copleton: A Dictionary of Mutual Understanding – powieść o rodzinach, Nagasaki i bombie atomowej. Miłość, odwaga, poczucie winy i sekret, który wychodzi na jaw po latach. Przejmujący debiut angielskiej autorki, zainspirowany jej pobytem w Nagasaki.

Rachel Elliott: Whispers Through a Megaphone – powieść o przyjaźni pomiędzy Miriam, która po śmierci swojej matki od trzech lat nie opuściła progów swego domu i Ralphem, który z domu ucieka że jego żona go nie kocha. Niezwykły, dowcipny i oryginalny debiut.

Anne Enright: The Green Road – dorosłe dzieci Rosaleen Madigan wracają na święta do domu, który ona zamierza sprzedać. Powieść o rodzinie, egoizmie i współczuciu. Powieść autorstwa jednej z najlepszych współczesnych autorek irlandzkich.

Petina Gappah: The Book of Memory – pierwsza powieść autorki z Zimbabwe, która w 2009 roku zdobyła Guardian First Book Prize za zbiór opowiadań „An Elegy for Easterly”. Jej bohaterką jest Memory (Pamięć), albinoska, która w więzieniu w Harare oczekuje wyroku śmierci za zabójstwo. Jej prawnik radzi jej, by przygotowując się do apelacji, opisała zdarzenia w ten sposób, w jaki je pamięta. Powieść o miłości, obsesji i o tym, jak zawodna jest nasza pamięć. Zdecydowanie interesująca książka.  

Vesna Goldsworthy: Gorsky – powieść o wielkich pieniądzach, rosyjskich pięknościach i o dobrych książkach. „Wielki Gatsby” opowiedziany na nowo, w XXI wiecznym Londynie. Dla wielbicieli powieści Fitzgeralda?

Clio Gray: The Anatomist’s Dream –w latach 40 XIX wieku, Philbert, chłopiec urodzony z defektem czaszki, porzucony przez rodziców,  znajduje swoje miejsce pośród trupy podróżującego cyrku. Namówiony na to, by zbadał go znany doktor, specjalista od badania czaszek, wplątuje się w przygodę, która może odbić się na losach całego kraju.

Melissa Harrison: At Hawthorn Time – poetycki portret angielskiej wsi, opowieść o życiu czworga ludzi, ich związkach z naturą i zapuszczaniu korzeni. Dla wielbicieli sielankowej melancholii.

Attica Locke: Pleasantville – powrót amerykańskiej autorki nominowanej do tej samej nagrody za jej debiut „Black Water Rising” i powrót głównego bohatera, prawnika Jay Portera, który zostaje wplątany w polityczne rozgrywki na wysokim szczeblu. Dla wielbicieli wyrafinowanych thrillerów.

Lisa McInerney: The Glorious Heresies – autorka tego debiutu jest znana na irlandzkiej scenie blogerskiej, swego czasu pisała bowiem popularnego bloga (Arse End of Ireland - Irlandzkie zadupie) o upadku ekonomicznym Irlandii. Ta książka jest opowieścią o  narkotykach, prostytucji i morderstwie, podejrzanym półświatku hrabstwa Cork, pełną ciekawych bohaterów. Powieść naturalistyczna, ponura i miejscami pełna czarnego humoru.

Elizabeth McKenzie: The Portable Veblen – powieść pełna bohaterów, których trawią nerwice i obsesje. Książka o kapitalizmie, przemyśle medycznym, rodzinie, miłości i wiewiórkach. Dla wielbicieli humoru i szarych gryzoni.

Sara Nović: Girl at War – debiutancka powieść młodej niesłyszącej autorki, powieść pokolenia dotkniętego wojną w byłej Jugosławi. Historia beztroskiego życia, które na zawsze zmienia wojna i konfrontacji z bolesną przeszłością. Powieść zakorzeniona w historii i przeżyciach bliskich. Debiut jak najbardziej do przeczytania.

Julia Rochester: The House at the Edge of the World – historia pewnej rodziny i rodzinnego domu nad morzem w hrabstwie Devon. Ekscentryczni bohaterowie i tajemnicza mapa dziadka, odkrywająca rodzinne sekrety –  brzmi to całkiem ciekawie. 

Hannah Rothschild: The Improbability of Love – dzięki przypadkowemu zakupowi w antykwariacie, główna bohaterka wciągnięta zostaje w świat sztuki, w którym o bezcenny zaginiony obraz rywalizują różne indywidua. Przy okazji kobieta poznaje na nowo samą siebie. Zdecydowanie jestem zaciekawiona.

Elizabeth Strout: My Name is Lucy Barton – najnowsza powieść amerykańskiej pisarki o relacjach między matką a córką. Jej akcja toczy się w szpitalu, w ciągu pięciu dni, ale składają się na nią historie i wspomnienia z życia obu kobiet i łączących ich relacji.

Hanya Yanagihara: A Little Life – książka, o której głośno było w zeszłym roku. Historia czworga młodych ludzi w Nowym Jorku, historia przerażającego dzieciństwa i ludzkiej wytrzymałości. Kontrowersyjna powieść, która zbiera sprzeczne opinie.


Co myślicie o tej liście? Znalazło się na niej aż jedenaście debiutów, a także powieści uznanych już autorek – Enright jest zwyciężczynią Bookera, otrzymała też w 2012 roku nominację do Bailey’s Prize for Fiction, Atkinson zdobyła Costa Novel Award (i podobnie jak Enright była też nominowana wcześniej i do Bailey’s Prize), a Hanya Yanagihara została za swoją książkę nominowana do ubiegłorocznego Bookera. Geraldine Brooks to, jak już pisałam, zwyciężczyni Pulitzera, podobnie jak Strout, kolejna autorka, która była już wcześniej nominowana do Bailey’s Prize, a Gappah zdobyła nagrodę Guardiana. Nie czytałam (jeszcze) żadnej z tych książek, ale na mojej liście „do przeczytania” pierwsze miejsce zajmuje Atkinson. Finalistki nagrody poznamy już 11 kwietnia, a zwyciężczynię 8 czerwca. Wtedy się okaże, czy moja teoria o tym, że najmniej podobają mi się książki, które nagrodę tę zdobywają, jest słuszna. A może tym razem wygra moja faworytka? Obiecuję jedno, na blogu pojawią się w tych okolicach wpisy…