Ja i George R.R.
Martin znamy się nie od dziś... Kiedyś, jeszcze w czasach młodości,
kiedy zaczytywałam się fantasy, wpadła mi w ręce książka zatytułowana
„Gra o tron” - koszmarna okładka nie zniechęciła mnie, ale ta sporych
rozmiarów powieść jakoś nie specjalnie przypadła mi do gustu, głównie
dlatego, że urwała się dość raptownie i bez oczekiwanego rozwiązania...
Przeczytałam, odłożyłam i zapomniałam – można by było powiedzieć. W
zeszłym roku jednak, kiedy wszyscy zaczęli się zachwycać serialem na
podstawie książki, w mojej pamięci otworzyła się mała szufladka. Hey
presto! Przypomniałam sobie szczegóły, co jak najlepiej świadczy o
książce czytanej przed laty. Obejrzałam wspólnie z zachwyconym Ulubionym
Anglikiem serial, a potem stwierdziłam, że tak właściwie, to trzeba
byłoby kontynuować znajomość z panem Martinem... Zgodnie ze swoim
zwyczajem zdecydowałam się zacząć od początku, od pierwszego tomu, czyli
„A Game of Thrones”. Zaopatrzyłam się także przezornie w tom drugi, „A
Clash of Kings”. Na potem. I tu zaczęły się schody, bo tom pierwszy
zaczęłam i jakoś tak przerwałam w połowie, bo przecież pamiętałam dość
dokładnie, co i jak, zwłaszcza, że i serial był wciąż świeży w mojej
pamięci. Książka stała więc przez jakiś czas spokojnie kurząc się na
półce, aż do tej pory. Bo oto nadszedł czas na drugi sezon, a więc i na
drugi tom, zupełnie mi nie znany. Po zastanowieniu doszłam do wniosku,
że powinnam porzucić tom pierwszy i skoncentrować się na tomie drugim. I
takoż się stało – zaczęłam „A Clash of Kings”, z zainteresowaniem
pochłaniając kolejne strony, aż pojawiły się w mojej pamięci luki. Oho,
pomyślałam sobie, trzeba jednak dokończyć ten nieszczęsny pierwszy tom,
bo nie godzi się pozostawiać tak zacnej opowieści niedoczytanej...!
Decyzję ułatwił fakt, że tom drugi udało mi się zostawić w czwartek w
pracy... Co prawda opanowała mnie chciwość i natychmiast ściągnęłam „A
Clash of Kings” na kindla, krok, którego wydawało mi się nigdy nie
uczynię, bo po co mi dwa egzemplarze tej samej powieści... Ale
zdecydowałam się jednak na dokończenie „Gry o tron”. Tym samym mogę z
czystym sumieniem stwierdzić, że moja przygoda z „Grą o tron” rozpoczęła
się na dobre. I zapewne szybko się nie skończy...
Co
można nowego napisać o fenomenalnej serii Martina? Jedno słowo
przychodzi mi do głowy, kiedy myślę o Pieśni Lodu i Ognia – epopeja. Oto
kilka szczegółów, które mogą przekonać wahających się do sięgnięcia po
„Grę o tron” i kolejne tomy serii.
Po
pierwsze, rozliczni bohaterowie, nie tylko pierwszoplanowi, którym
autor udziela głosu, ale też drugorzędni, postacie z dalszego planu, a
wszyscy tak pełnokrwiści i pełni życia, że czytelnikowi wydaje się, że
istnieli oni naprawdę. Prawdziwi bohaterowie, którzy zdradzają, knują,
kochają, nienawidzą, rodzą dzieci, umierają i popełniają błędy. W
dodatku, to co specjalnie mi się spodobało, żadnego z tych bohaterów nie
można nazwać dobrym, lub złym, są najczęściej bardzo ludzcy i pełni
wad. Czytelnik nie śledzi dziejów jednego kryształowo czystego bohatera,
którego losów i przyszłości od razu można się domyśleć. Nie,
kryształowo czyste postaci nie istnieją, a ci, którzy kierują się w swym
życiu prawością i honorem wielokrotnie przekonują się, że honor nie
chroni ich przed zdradzieckim ostrzem wbitym w plecy. A do tego (jak
słyszałam), im dalej, tym postacie stają się ciekawsze!
Po drugie, „Grę o tron” czyta się jak wciągającą i bardzo prawdziwą powieść historyczną. Myślę, że jest to fantasy
dla tych, którzy nie przepadają za tym gatunkiem, a za to uwielbiają
opowieści o przeszłości, bo bardzo mało w tej książce magii czy
nadprzyrodzonych zjawisk, za to jest wszystko, co można znaleźć w dobrej
powieści historycznej. Martin stworzył skomplikowaną, wielowątkową
fabułę. To nie jest kolejna opowieść o wybrańcu losu, który podąża
szlakiem swojego przeznaczenia ku nagrodzie i szczęściu. To prawdziwy
świat, w którym króluje polityka, wojna, liczą się rodzinne koneksje,
złoto i szybki refleks. Tu wszyscy mają szansę na zwycięstwo, ale
większość przegra już na starcie. Do tego świat „Gry o tron”, jest tak
dokładnie przedstawiony, pełen szczegółów i drobiazgowych detali,
kompletny i całkowity, że zapiera dech w piersiach swoim ogromem. Martin
pomyślał nie tylko o geografii, historii, religii, ale i o heraldyce i
genealogii.
Po
trzecie - „Gra o tron” to skomplikowana, zawikłana, wielowątkowa
fabuła, zwroty akcji nie do przewidzenia, niespodziewane posunięcia i
rozwiązania, które czytelnika przyprawiają o zawrót głowy. Radzę wam,
nie przywiązujcie się zbytnio do żadnych postaci, bo nigdy nie wiadomo,
co się z nimi stanie... Zastanawiam się, czy Martin cały zamysł tej
epickiej serii miał z góry ustalony, czy też niektóre wątki pojawiały
się już w trakcie pisania. Saga rośnie bowiem z tomu na tom – gdzieś
czytałam, że autor planował trylogię, a do tej pory ukazało się pięć
tomów, w tym dwa z nich w dwóch częściach. Razem siedem książek.
Czytałam też, że George R. R. Martin planuje kolejne dwa tomy tej
monumentalnej serii. Mam tylko nadzieję, że uda mu się zachować tempo i
podtrzymać zainteresowanie czytelników aż do samego końca...
Więcej
was przekonywać nie będę. Dajcie Martinowi i jego serii Pieśń Lodu i
Ognia szansę, przeczytajcie „Grę o tron”, nawet jeśli oglądaliście też
serial, który swoją drogą jest bardzo dobrze zrobiony. Zachłysnijcie się
książką i sięgnijcie po kolejne tomy.
A
jeśli przez jakiś czas nie będzie się u mnie nic działo, to dlatego, że
Westeros wzywa. Wszak jestem dopiero w połowie drugiego tomu i do końca
daleko...