sobota, 1 września 2012

Marta Stefaniak - „Czary w małym miasteczku”

Czary w małym miasteczku” Marty Stefaniak to opowieść o pewnym miasteczku, które jest podobne do wielu innych miejsc, ma swoje problemy, jest brudne, smutne i pełne strachu, a jego mieszkańcy nie są szczęśliwi. Do tego skupiska nieszczęścia i niezadowolenia przybywa jednak starsza pani, (prawie jak Mary Poppins) z torbą niemalże dywanikową i odmienia los miasteczka i jego mieszkańców. Przeczytałam ją na sam koniec mojego pobytu w Polsce, bo szukałam czegoś szybkiego i krótkiego. Przeczytałam i biję się z myślami. 

Z jednej strony bardzo spodobał mi się styl Marty Stefaniak, bo książkę czyta się tak płynnie i lekko, że oko ślizga się po kartkach z przyjemnością, a kartki przewracają się jak dobrze naoliwione drzwi. Część pierwsza powieści, ta realistyczna, (zatytułowana „Troski”) to dobrze przeprowadzona ekspozycja – autorka pisze o ludziach nieszczęśliwych i niezadowolonych, dźwigających na swych barkach ciężar codziennych trosk i zmartwień, nie oszczędza, nie lukruje, a jednak jej proza jest subtelna i pełna wdzięku. Dalsze części - „Zmiany” i „Wyzwanie”, to magiczna przemiana książki. Nadciąga nowa mieszkanka, a jej przyjście zwiastuje zmiany i przeobrażenia. Zmieniają się mieszkańcy, a dzięki nim zmienia się i miasto, w którym żyją. Szara, brudna rzeczywistość nabiera barw, nadchodzi wiosna, wszystko pięknieje, życie nagle przestaje być nieznośnym ciężarem, pojawiają się nowe szanse na lepsze jutro. Okazuje się jednak, że nic nie może trwać wiecznie i nawet z takim trudem zbudowane szczęście może jak domek z kart rozsypać się przy silniejszym podmuchu wiatru. Świetny to pomysł, pokazać, że nawet magiczna ingerencja czasem może wyrządzić więcej krzywdy niż pożytku, że właściwie ludzkie szczęście zależy tylko od nas samych i tego w jaki sposób kierujemy naszym życiem. 

A jednak, mimo wszystkich tych magicznych składników, „Czary w małym miasteczku” to chyba nie jest książka dla mnie. 

Debiutancka książka Marty Stefaniak to według okładki „powieść zbyt realistyczna, by była magiczna, i zbyt magiczna, by była realistyczna”. I chyba na tym, moim zdaniem, polega problem. Po początkowym zaciekawieniu i zainteresowaniu nadeszło zobojętnienie, a potem, na koniec, ulga, że zakończenie nie było zbyt cukierkowe. Nie wiem, czy zawinił czas, miejsce, czy sama książka, ale mnie akurat „Czary...” nie zaczarowały. Nie było żadnych królików wyciąganych z kapelusza, nie było fajerwerków, nie było nawet żadnego magicznego happy endu. Spodobał mi się realizm, ale magia mnie jakoś nie ruszyła. Nie zrozumiałam źródła konfliktu między Rosmondą a Mogierą, nie spodobały mi się nawet ich imiona(!!) i jakoś po drodze przestało mnie obchodzić, co stanie się dalej. Jednym słowem, straciłam do niej serce. Przeczytałam książkę szybko i pewnie szybko zapomnę. 

Mimo wszystko polecam ją tym, którzy szukają w swoich lekturach odrobiny magii. Mam też nadzieję, że Marta Stefaniak napisze coś jeszcze, bo mimo wszystko ciekawa jestem kolejnych książki tej autorki.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza