Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2013. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane 2013. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Coś się kończy, coś się zaczyna... (Andrzej Sapkowski, "Sezon burz")

Na półce w moim dawnym pokoju czekają na mnie niemalże doszczętnie sczytane egzemplarze serii Andrzeja Sapkowskiego o wiedźminie. Ileż to wspomnień wiąże się z tymi powieściami, ile godzin spędzonych na czytaniu, ponownym czytaniu, doczytywaniu poszczególnych tomów i oczekiwaniu na nowe – czytałam Sapka zamiast uczyć się do egzaminu na studiach, moja mam usiłowała mnie zmusić do pisania pracy magisterskiej obietnicą przeczytania całej sagi (po przeczytaniu pierwszego tomu mama rzuciła się na kolejne z prędkością godną pozazdroszczenia, praca pisała się znacznie dłużej)... I wreszcie nadszedł ostatni tom, „Pani Jeziora” i bolesna pustka, której nie zdołała wypełnić ani powstała potem trylogia husycka, ani ponowne podczytywanie serii o wiedźminie. I chociaż niektóre tomy są miejscami mniej udane niż poprzednie, to do wiedźmina i jego kompanii pozostał mi sentyment na zawsze. I dlatego nie wiem jakim cudem niemalże udało mi się przegapić premierę „Sezonu burz” Andrzeja Sapkowskiego. Dopiero niedawno coś mignęło mi w sieci – nowa książka o wiedźminie! Fani sagi zapewne się podzielili na dwa obozy – tych, którzy mają autorowi za złe, że postać wiedźmina wskrzesił (przecież trzeba wiedzieć, kiedy rzecz skończyć!) i tych, którzy się po prostu cieszą, że mogą poczytać o przygodach Geralta z Rivii. Ja się chyba zaliczam do tego drugiego obozu – nowej książce Sapkowskiego oprzeć się nie mogłam. 
„Sezon burz” to opowieść o zmaganiach wiedźmina ze sztucznie wyhodowanymi potworami, z biurokracją, z pięknymi kobietami i z czarodziejską bracią. Geralt traci miecze, ląduje w więzieniu, podejmuje się kilku zleceń, romansuje na prawo i lewo - słowem, jak zwykle wplątuje się w kłopoty. Nie wiem dlaczego myślałam, że będzie to zbiór opowiadań – nic podobnego, przygody wiedźmina stanowią jedna całość, chociaż dzieje się w niej tyle różnych rzeczy, że ma się czasem wrażenie, że to jednak zbiór zebranych razem historii. „Sezon burz” to, jak pisze autor, ani prequel, ani sequel, a zupełnie coś innego. Dlatego chociaż w książce pojawiają się znane czytelnikowi postacie Jaskra, czy Yennefer, to nie ma w niej tych, którzy w sadze odgrywają pierwszoplanową rolę. I dobrze, bo przez to historia stanowi odrębną całość i nie psuje przyjemnych wspomnień związanych z oryginalnymi powieściami. Ku uciesze czytelników, pojawiają nawiązania do poprzednich tomów serii, które wywołują uśmiech na twarzy. Jednym słowem - czyta się nowego Sapka dobrze, z przyjemnością, z nutką nostalgii. A jednak... żeby moja opinia o tej książce była wyważona, dodam jednak, że wcale nie jest to najlepsza książka Andrzeja Sapkowskiego – poprzednie książki zdecydowanie zrobiły na mnie zdecydowanie większe wrażenie, wywoływały salwy głośniejszego śmiechu. A może ja już trochę z wiedźmina wyrosłam...?
Dosyć jednak wzdychania, Sapka skonsumowałam przecież błyskawicznie i nabrałam ochoty na przeczytanie całej sagi jeszcze raz. Bo nawet jeśli nie jest to już to samo, sentyment sprawia, że się przygodom Geralta z Rivii nie mogłam oprzeć. Bo czar wiedźmina wciąż działa, a Sapkowski potrafi pisać tak wciągająco, że oderwać się nie można. I jeśli napisze kolejną książkę o wiedźminie, to i tak ja przeczytam. Bo koło niektórych książek przejść obojętnie po prostu nie można.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Nadchodzą Dalziel i Pascoe! ("A Clubbable Woman" - Reginald Hill)

Kto, podobnie jak ja, lubi czytać kryminalne serie o detektywach, ręka w górę. (Liczę na las rąk!) jak dla mnie w takich książkach liczą się nie tylko kolejne zagadki kryminalne, ale i prywatne życie postaci. Kiedy czytam jakąś serię, zaprzyjaźniam się z nowymi bohaterami, przywiązuję się do nich w miarę czytania kolejnych tomów, czekam na kolejne książki z niecierpliwością i pozostaję im długo wierna. Najbardziej lubię zaczynać nowe, nieznane do tej pory serie, mając w perspektywie kolejne tytuły, czekające cierpliwie na przeczytanie.

Seria Reginalda Hilla o detektywach Dalzielu i Pascoe naczekała się dobrych kilka lat, nim wreszcie po nią sięgnęłam, mimo rekomendacji wielu osób. Kiedy zaczęłam pierwszy tom serii, „A Clubbable Woman”, miałam na uwadze to, że nie jest to (podobno) jedna z najlepszych książek Hilla, a jedynie pierwsza z serii, w dodatku wydana w latach siedemdziesiątych, więc niekiedy trąci myszką. Biorąc to wszystko pod uwagę, pierwsze spotkanie z parą detektywów z Yorkshire uznaję za udane, chociaż nie bez zastrzeżeń.

Andy Dalziel i jego podwładny Peter Pascoe rozwiązują zagadkę zabójstwa Mary Connon, żony byłej gwiazdy rugby, Sama „Connie” Connona. Śledztwo toczy się głównie w klubie rugby, do którego należy też Dalziel. Mąż jest oczywiście pierwszym podejrzanym, ale wkrótce okazuje się, że nie jedynym. Zarówno klub rugby jak i miasteczko, w którym mieszkają nasi bohaterowie, okazują się siedliskiem plotek, sekretów i utajonych żądz. Intryga kryminalna nie trzyma może w napięciu do ostatniej strony, ale jest moim zdaniem składna i dobrze poprowadzona. Za to ludzkie namiętności i zwykłe zazdrości pokazane są bardzo przekonująco, a Hill tak umiejętnie odmalowuje portret zamordowanej kobiety, która bynajmniej nie była miłą postacią, że czytelnik zaczyna wręcz współczuć jej mężowi. Do tego postacie dwóch detektywów są bardzo ciekawe – szczerze mówiąc, Dalziel („Gruby Andy”) jest tak obleśnym charakterem, że początkowo trudno mi było go polubić – pełen uprzedzeń i złych nawyków detektyw stanowi tak drastyczny kontrast dla swojego podwładnego, porządnego i wykształconego Pascoe'a, że młodszy detektyw wypada w tym porównaniu wręcz świętoszkowato. Jednym słowem, nie są to bohaterowie, których można szybko zapomnieć. 

Jeśli lubicie książki o parze bohaterów, którzy różnią się jak ogień i woda, są niekonwencjonalni, nie zawsze się ze sobą zgadzają, polecam wam serię o detektywach z Yorkshire, zwłaszcza, że (według wielu czytelników) jest to jedna z tych serii, która robi się lepsza z książki na książkę. Wydaje mi się teraz, że popełniłam błąd, czytając „A Clubbable Woman” Hilla zaraz po książkach Iana Rankina. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że style tych autorów są zdecydowanie odmienne, ale chyba bardziej do gustu przypadł mi subtelny humor Rankina, niż język powieści Hilla. Do tego miałam z czytaniem tej książki mały kłopot – jak dla mnie było w niej zdecydowanie zbyt wiele odniesień do rugby, więc miałam wrażenie, że nie zawsze wszystko udało mi się zrozumieć. Mam jednak nadzieję, że kolejne książki spodobają mi się bardziej – liczę na mniejsza ilość rugby, kolejną niezłą (albo i jeszcze lepszą) intrygę i ciekawe tło społeczne. A także na to, że uda mi się polubić Dalziela.

wtorek, 5 listopada 2013

Pożegnanie z Paryżem ("Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord" - Małgorzata Gutowska-Adamczyk)

Droga Autorko, tego się czytelnikom nie robi! Nie pisze się kolejnej wciągającej powieści, na którą się zresztą każe czekać cały rok, nie przywiązuje się tegoż czytelnika do bohaterów, do miasta, do historii wciągającej lepiej niż odkurzacz i nie kończy się tejże powieści bez obietnicy ponownego spotkania z bohaterami...! „Podróż do miasta świateł. Rose de Vallenord” to druga i – niestety – ostatnia część opowieści o losach Niny i malarki Róży autorstwa poczytnej pisarki, Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Pierwszą częścią zachwycałam się tutaj, na tom drugi czekałam niecierpliwie, przeczytałam pospiesznie i teraz będę się smucić, bo na kolejną podobną powieść trzeba będzie poczekać nam chyba jeszcze dłużej...

„Rose de Vallenord” to kontynuacja opowieści o życiu niekonwencjonalnej malarki polskiego pochodzenia, której powikłane losy prowadzą z Polski do ukochanego Paryża, na prowincję, a nawet do Ameryki. Jest tu i dramat i rozpacz, nadzieja, miłość, rozczarowanie i smutek. Jest i zaczynanie życia od początku, próby pogodzenia z przeszłością, jest i sztuka, która stanowi sens życia. Rose jest jedną z tych bohaterek, które (podobnie jak Gina z „Cukierni”) wydają się być postaciami prawdziwymi – tak przekonująca jest Małgorzata Gutowska-Adamczyk w tworzeniu portretów kobiet silnych, stojących twardo na ziemi i potrafiących czerpać z życia pełnymi garściami, że czytelnikowi ciężko jest uwierzyć w to, że Rose to postać zmyślona. Przy Róży/Rose współczesna Nina wypada dość blado, mimo jej podobieństw do tej pierwszej – myślę, że gdyby Nina znalazła w sobie odwagę, by przeciwstawić się apodyktycznej matce, zacząć wreszcie żyć własnym (a nie cudzym) życiem, mogłaby się stać właśnie drugą Różą. Zapewne zabieg to ze strony autorki przemyślany, by bohaterki nie były do siebie zbyt podobne, ale przez to moim zdaniem historia Niny jest nieco nudna i przewidywalna, nieco też nierealna w pewnych miejscach, zbyt nieprawdopodobna. Poza tym (znów rozumiem, że to zabieg celowy) – historia Niny właściwie nie jest zamknięta! Z jednej strony to zrozumiałe, bo „Podróż do miasta świateł” jest opowieścią o Róży, a nie o Ninie – historia Niny jest więc tu tylko fragmentem, skoncentrowanym wokół centralnej postaci, ale zabrakło mi zamknięcia w jakąś konkretną całość. Otwarte zakończenia są zdecydowanie nie dla mnie, ja potrzebuję wyraźnych kropek nad i, klamer i kurtyn. Cóż, tak już mam, że kiedy się do jakiś postaci przyzwyczajam, mam ochotę poznać ją do podszewki i nie lubię, gdy mi tego zadania się nie ułatwia. Na szczęście historia Róży jest dopięta na ostatni guzik, pomimo tego, że pod koniec jej historia zdawała mi się zaledwie naszkicowana – zupełnie jak starość, która się wydaje zawsze przelatywać „po łebkach”, nie koncentrując się na szczegółach, jak młodość, ale na całokształcie obrazu. Mam nadzieję, że autorka 'Podróży...” stworzy w swoich kolejnych książkach więcej podobnych postaci, bo kiedy już pozna się taką osobowość na kartach książki, po prostu chce się o niej czytać jak najdłużej.

A do tego ten Paryż. Paryż, miasto magiczne, pełne klimatu, swoistego uroku, który aż z tej książki paruje. Paryż zmieniający się jak pory roku, próżny, frywolny, wiecznie zapatrzony w siebie. Paryż, który w tej powieści jest też pełnoprawnym bohaterem, który uwodzi nie tylko bohaterki powieści, ale i czytelnika. Miasto o którym się chce czytać jak najdłużej. Tak opisać klimat miejsca to sztuka... 

W „Podróży do miasta świateł” zanurzyłam się z przyjemnym uczuciem powrotu w znajome kąty, tak, jak się po długiej podróży wraca do siebie – z westchnieniem przyjemności i ulgi, że oto już wróciło się do domu. Już się chyba uzależniłam od książek Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk - od kiedy przeczytałam jej „Cukiernię pod Amorem” i z zachwytem stwierdziłam, że polskie książki historyczne żyją i mają się dobrze, po każdą z jej powieści sięgam z przyjemnością i niecierpliwością. I nawet moje marudzenie, że to czy tamto mi się nie podoba, nie zmienia mojego zauroczenia. (Tak,nawet to, że w pewnym sensie oba cykle są do siebie bardzo podobne – oba przedstawiają na przemian historyczne i współczesne losy interesujących postaci, oba łączy jakaś zagadka, w obu też tłem są pasjonująco opisane ważne historyczne wydarzenia, które kierują losami ich bohaterów). Ale znalazłam w tej książce po raz kolejny ten specjalny klimat, który tylko dobrze opowiedziana historia może stworzyć – klimat gawędziarskiej opowieści, którą powinno się czytać wspólnie z kimś znajomym, przy filiżance dobrej herbaty, dzieląc się nią jak dobrym domowym ciastem. I dlatego będę „Podróż do miasta świateł zachwalać i niecierpliwie czekać na kolejna podobna książkę, która mnie tak samo zauroczy.

niedziela, 3 listopada 2013

Samantha Shannon - "The Bone Season" ("Czas żniw")

Miało być dziś o czymś innym, ale właśnie skończyłam czytać „The Bone Season” Samanthy Shannon i uznałam, że natychmiast muszę się z wami podzielić moimi przemyśleniami na jej temat, zwłaszcza, że ta powieść będzie miała w Polsce swoją premierę już za kilka dni. Jakoś ominął mnie medialny szum, który podobno rozpętał się wokół tej książki - zaliczka na poczet siedmiotomowej serii! prawa filmowe zakupione jeszcze przed ukazaniem się książki! obwołanie Shannon "nastepczynią J.K. Rowling! Ja usłyszałam o niej po raz pierwszy na blogu Cornflower Books, jeszcze przed jej wydaniem. Przypomniałam sobie o „The Bone Season” zupełnie niedawno, zaczęłam czytać i bardzo szybko po prostu w nią wsiąkłam...
Bohaterką powieści jest Paige Mahoney, dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w 2059 roku pracuje dla podziemnej organizacji w Scion London (Sajon Londyn). Jej praca jest nie tylko nielegalna i niebezpieczna, ale też stanowi zdradę stanu – Paige jest bowiem jasnowidzem, istotą nienaturalną, a więc według prawa zasługuje na śmierć. Pewnego dnia jej życie zmienia się na zawsze – podczas rutynowej „łapanki” w pociągu Paige zabija strażnika, zostaje schwytana i wywieziona do tajemniczego Oxfordu – miejsca, które oficjalnie nie istnieje, a które w rzeczywistości jest karną kolonią zwaną Sheol I. Sheol zamieszkuje tajemnicza rasa Rephaite'ów, istot, które od dwustu lat sprawują kontrolę nad Sheolem i jego mieszkańcami. Paige, jako numer XX- 59-40 zostaje przydzielona Naczelnikowi – jej dozorcy, strażnikowi, trenerowi – wrogowi. 

Zanim wzruszycie ramionami i postanowicie sobie, że alternatywna historia w dystopijnej wersji to powieść nie dla was, pozwólcie mi was przekonać, że „The Bone Season” zasługuje na waszą uwagę. Po pierwsze – wyobraźnia autorki jest wprost niesamowita. Udało jej się stworzyć oryginalną wizję świata, który ma w sobie wystarczająco dużo detali, by zaciekawić czytelnika, a który z drugiej strony nie przytłacza, jest spójny i konsekwentny. To prawda, że pierwsze kilka rozdziałów może oszołomić, ale na pomoc przychodzi słowniczek z tyłu książki, a także mapki i tabelka. Zresztą pomimo początkowego zawrotu głowy w wizję wykreowaną przez Shannon po prostu się wsiąka. Dodam jeszcze, że „The Bone Season” to pierwsza z siedmiu części zapowiedzianych przez autorkę, więc mam nadzieję, że w kolejnych tomach świat Paige będzie się jeszcze bardziej rozwijał i intrygował. Przyznam, że futurystyczna wizja Londynu i Oksfordu bardzo mi się spodobała – miejscami przypominała mi klimatem fantastyczne „Igrzyska głodowe” Collins, odnalazłam tu miejscami podobną atmosferę brudnej rzeczywistości ukrywającej się pod powłoką porządku i praworządności. Do tego Paige jest świetną bohaterką, bynajmniej nie kryształowo czystą, podejmującą trudne decyzje, a w dodatku jej talent i umiejętności są bardzo spektakularne! Po drugie – książka jest pełna szarości, wieloznaczności, trudnych wyborów i konfliktów. Czy życie w kolonii, która rozpoznaje w jasnowidzach ludzi niższej klasy jest lepsze niż życie w ukryciu, w strachu? Czy twój nieprzyjaciel może być też twoim sprzymierzeńcem? Czy twoi najbliżsi mogą być także twoimi wrogami?

Poza tym Samancie Shannon trzeba pogratulować talentu – podobno na pomysł powieści wpadła dwa lata temu, jako dziewiętnastolatka. Jeśli tak wygląda jej debiutancka powieść, to już się cieszę na kolejne części. Autorka już zresztą pracuje nad kolejnym tomem, który chce opublikować w przyszłym roku. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach historia będzie rozwijać się równie interesująco jak tutaj – pomimo tego, że w niektórych miejscach akcja nieco zwalnia, to w tej książce wciąż coś się dzieje, a pod koniec książki autorka wręcz rusza z kopyta! Do tego nie wszystkie zagadki zostają tu rozwiązane, ba! pojawiają się też nowe pytania, na które mam nadzieję znajdziemy odpowiedź w kolejnych tomach serii.

Pozostaje mi tylko westchnąć, że na kolejny tom przygód Paige przyjdzie nam czekać tak długo... Będę też trzymać kciuki za to, by talent pisarski Samanthy Shannon rozwijał się z każdym nowym tomem, by jej wyobraźnia nie pozostawała w tyle, żeby każdy kolejny tom był równie ciekawy i żeby „The Bone Season” był początkiem świetnej serii...

niedziela, 20 października 2013

Ian Rankin - "Knots and crosses" ("Supełki i krzyżyki")

Kiedy Ian Rankin przystąpił do pisania „Knots and Crosses” w 1985 roku, nie przypuszczał, że to jest początek świetnej, popularnej serii, która przyniesie mu sławę i rzesze wielbicieli na całym świecie. Rankin miał zresztą zamiar uśmiercić swojego głównego bohatera – na szczęście zmienił zdanie i „Knots and Crosses” to pierwszy tom przygód detektywa Johna Rebusa, edynburskiego śledczego. Jak możecie się domyśleć, lektura tej książki sprawiła mi podwójną przyjemność, bo zupełnie inaczej czyta się powieści, których akcja rozgrywa się w znanym nam miejscach. Co więcej, kiedy zabrałam ze sobą „Knots and Crosses” na wycieczkę do Edynburga, nie spodziewałam się, że wrócę z autografem autora! Skończyłam czytać kryminał Rankina już w domu i cóż mogę powiedzieć – poproszę o więcej!

Detektyw John Rebus zostaje przydzielony do zespołu, który prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstw dziewczynek w Edynburgu. Właśnie zaginęła trzecia ofiara, policja obawia się, że i ona zostanie niebawem odnaleziona martwa. Dla Rebusa ta sprawa nabiera niebezpiecznych osobistych kolorów – ktoś przysyła mu dziwne listy, sznurki powiązane w supełki, krzyżyki z zapałek – czy jest to robota szaleńca, czy też może ktoś przesyła mu jakieś wskazówki?

Jak już wspomniałam, „Knots and Crosses” („Supełki i krzyżyki”) to pierwszy kryminał w serii, ale jego główny bohater jest pełnowymiarowy, ze skomplikowaną historią i pełen wewnętrznych rozterek. John Rebus to bohater naznaczony – pije i pali zdecydowanie za dużo, jego małżeństwo zakończyło się rozstaniem, a jego relacje z jedynym bratem są równie pogmatwane. Do tego przeszłość Rebusa jest nieco tajemnicza – wiadomo, że zanim został detektywem był żołnierzem jednostek specjalnych, a do tego w pewnym momencie przeżył załamanie nerwowe. Tylko o czym detektyw tak usilnie stara się zapomnieć?
Rakninowi udało się zaserwować czytelnikowi odpowiednio wyważoną mieszankę intrygującej zagadki, nietuzinkowych postaci i świetnej prozy. Sam autor we wstępie do późniejszego wydania powieści przyznaje, że „Knots and Crosses” była zainspirowana bardziej słynną powieścią Stevensona „Doktor Jekyll i pan Hyde”, a nie klasycznymi powieściami detektywistycznymi. A jednak udało mu się napisać świetny kryminał, który pozostawia w czytelniku ochotę na więcej. Co jeszcze można powiedzieć o kryminale Iana Rankina? Dla mnie jedną z największych przyjemności było poruszanie się śladami Rebusa po Edynburgu. Co prawda akcja „Knots and Crosses” toczy się w latach osiemdziesiątych, a część miasta została przez pisarza wymyślona, ale już teraz cieszę się z przyjemności, jakiej zapewne dostarcza mi dalsze tomy serii, bardziej współczesne, w których Rebus porusza się prawdziwymi ulicami, odwiedzając znane bary i knajpy... 

Przyznam się, że spotkaniu z Rankinem w Edynburgu trochę się obawiałam, czy „Knots and Crosses” sprostają moim oczekiwaniom. Jego powieści polecano mi już niejednokrotnie, według wielu moich znajomych cała seria jest znakomita, a nowsze książki są zresztą podobno jeszcze lepsze. Jednym słowem, poprzeczkę zawieszono mi wysoko. Na szczęście były to obawy bezpodstawne. Jednym słowem – przechodzę na stronę wielbicieli Rankina! Tych, którzy jeszcze nie czytali jego książek, informuję, że z Rebusem warto się zapoznać. Ci, którzy go znają, zapewne powiedzą, że znajomość powinno się kontynuować. Co też właśnie zamierzam uczynić... Do poczytania!

PS. Na szczęście "Supełki i krzyżyki" ukazały się również po polsku, więc znajomość z Rankinem można zacząć od zaraz, bez czekania na przekład!

poniedziałek, 30 września 2013

Pitu i Kudłata, czyli "Dziecko dla odważnych" Leszka K. Talki

Moją życiową dewizą jest zdanie: "wszystkiego można dowiedzieć się z książek". Jedziesz na wakacje? Zaopatrz się w przewodnik turystyczny i mapki. Chcesz się odchudzać? Kup kilka książek o bieganiu, zdrowym odżywianiu i ćwiczeniach. Uczysz się chińskiego? Bez słownika się nie obędzie. Myślisz o kupieniu nowego zwierzątka? W bibliotekach pełno jest nowych poradników o hodowli rybek, piesków, czy innych tam kameleonów. Najlepsze są natomiast takie książki, które pokażą ci wszystkie informacje z perspektywy kogoś, kto to już wszystko przeżył - pamiętniki podróżników, hodowców zwierząt, czy biegaczy. Takie pozycje pokazują świat takim, jaki naprawdę jest, bez osłonek, bez różowych okularów, czy zakłamań. Dlatego więc ostatnio wypożyczyłam sobie z biblioteki „Dziecko dla odważnych” Leszka K. Talki, żeby dowiedzieć się z książki wszystkiego o hodowli dzieci. Okazuje się jednak, że na posiadanie potomstwa nic nas nie może przygotować, za to czytane o doświadczeniach innych może co najwyżej w jakiś sposób nam ten szok złagodzić…

„Dziecko dla odważnych” składa się z trzech wydanych wcześniej książek: „Dziecko dla początkujących”, „Dziecko dla średnio zaawansowanych” i „Dziecko dla profesjonalistów”, które z kolei powstały w oparciu o felietony autora w miesięczniku „Dziecko”. A ponieważ czytałam „Talki w wielkim mieście” porykując ze śmiechu co kilka stron (ach, ta pipsa z dropcikiem! – zainteresowanych odsyłam tutaj), nie mogłam przejść obok „Dziecka...” obojętnie. No i stało się – moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Już wiem, że do posiadania potomstwa trzeba przygotować się: a) psychicznie – nieprzespane noce to pestka, ale nikt nie powiedział rodzicom, że małe dzieci są świetnymi terrorystami, jeśli trzeba mają cierpliwość fakirów i potrafią prowadzić zaawansowane gry psychologiczne (czy zignorować zachowanie malucha i zyskać chwilę spokoju, czy też spróbować zachowywać się konsekwentnie i odbierać mu niebezpieczne przedmioty?); b) fizycznie – trzeba nie tylko dokonywać akrobatycznych wygibasów, by złapać spadające z wysokości maleństwo, ale i potrafić się szybko uchylić, by przelatująca butelka nie wyrżnęła nas w czółko; c) finansowo – dziesięcioletnia butelka porto może łatwo wylądować na podłodze, a zmywanie twórczości dzieci ze ścian też kosztuje – nie mówiąc już o odtwarzaczu dvd, do którego ktoś wepchnął banana.

W zasadzie żadnych poradników czytać już nie muszę, bo Leszek Talko w „Dziecku do odważnych” porusza najważniejsze sprawy, które mogą zainteresować świeżo upieczonych rodziców. Po przeczytaniu tej pozycji jestem być może mniej optymistycznie nastawiona do rodzicielstwa,  pozbawiona złudzeń, ale za to jaka jestem przygotowana! W dodatku książka składa się z krótkich felietoników, które pod znaczącymi tytułami takimi jak „Co zrobić, kiedy dziecko płacze, czyli niech ta cholera wyłączy syrenę” czy „Jak karmić małego niejadka, czyli jeszcze jedna muta i zwariuję”, skrywają całe morze narzekań na ciężki los rodzica dobrych rad i złotych myśli. Rozdzialiki są króciutkie, w sam raz do poczytania podczas karmienia lub drzemki dziecka, a do tego zabawne – trzeba więc uważać, żeby radosny rechot czytającego broń boże nie obudził bachora dzidziusia. Po przeczytaniu „Dziecka dla odważnych” zostaje tylko wierzyć w to, że to wszystko to tylko literacka fikcja...  Czego i wam, rodzice pociech, szczerze życzę.

sobota, 28 września 2013

Wołanie kukułki, czyli Rowling w nowym wcieleniu ("The Cuckoo's Calling", Robert Galbraith)

W lipcu internet obiegła elektryzująca wieść, że Robert Galbraith, autor kryminału „The Cuckoo’s Calling” („Wołanie kukułki”) to pseudonim, pod którym ukrył się nie kto inny, a J. K. Rowling. Z dnia na dzień sprzedaż ruszyła z kopyta, a kiedy następnego dnia sprawdziłam tę książkę na naszej bibliotecznej stronie internetowej, okazało się, że tytuł zarezerwowało już ponad dwieście osób. Ponieważ ja właśnie wtedy przeżywałam kryzys czytelniczy, wzruszyłam tylko ramionami i stwierdziłam, że Rowling nie Rowling, a książka i tak poczeka. I dopiero całkiem niedawno, kiedy wreszcie mnie odetkało, przypomniało mi się, że „The Cuckoo’s Calling” to przecież kryminał, a ja mam fazę na kryminały, więc właściwie dlaczego nie, można by tę Rowling wreszcie przeczytać. Od razu przyznaję, że tematyka była dla mnie znacznie bardziej interesująca niż „Trafny wybór”, który zresztą wciąż czeka cierpliwie na półce...

„The Cuckoo’s Calling” to kryminał, w którym prywatny detektyw, Cormoran Strike, rozwiązuje zagadkę samobójstwa pięknej modelki. Lula Landry trzy miesiące wcześniej wyskoczyła ze swojego balkonu w ekskluzywnym apartamencie w dzielnicy Mayfair, ale jej brat, John Bristow, który zleca Strike’owi to zadanie, podejrzewa, że było to morderstwo. Zlecenie przychodzi w samą porę – Strike właśnie rozstał się ze swoją narzeczoną, sypia w biurze, jego agencja detektywistyczna znajduje się na skraju bankructwa, a w dodatku pojawia się przysłana przez agencję sekretarka, której detektyw i tak nie ma jak zapłacić. Jednym słowem - sprawa Luli spada mu jak z nieba, zwłaszcza, że Bristow zobowiązuje się zapłacić podwójną stawkę. Detektyw spotyka się ze przyjaciółmi modelki i świadkami jej samobójstwa, a z rozmów wyłania się portret skomplikowanej, pełnej problemów młodej dziewczyny. Lula to adoptowana przez zamożną parę dziewczyna mieszanej rasy, cierpiąca na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, próbująca poradzić sobie z wymaganiami, sławą, samotnością i niezbyt udanym związkiem. A jednak – Strike powoli nabiera wątpliwości, czy Lula faktycznie odebrała sobie życie…

„The Cuckoo’s Caling” nie wyróżnia się może fantastyczną i nowatorsko skonstruowaną intrygą, są i tacy, którzy będą marudzić, że Rowling bawi się ogranymi schematami, że nic nowego i oryginalnego nie wymyśla, do tego gdzieś się doczytałam, że relacje między Strike’m a jego sekretarką przypominają te pomiędzy Bondem a Moneypenny (nie wiem, skąd to porównanie, mnie się bynajmniej tak nie skojarzyło)... Natomiast mnie książka zdecydowanie przypadła do gustu. Nie mam nic przeciwko schematom, jeśli są tylko dobrze napisane, a co jak co, tego Rowling odmówić nie można. Wydaje mi się, że pisarka stworzyła bardzo udany pierwszy kryminał, pełen dobrych, miejscami dowcipnych, spostrzeżeń i dialogów, z ciekawą intrygą i zgrabnie zakończony. Do tego akcja powieści rozgrywa się w Londynie, w interesująco sportretowanym środowisku „pięknych i bogatych”, albo przynajmniej tylko bogatych. Paparazzi, prywatne limuzyny, blichtr i przepych, a przede wszystkim koneksje – jak się w tym wszystkim odnajdzie nasz prywatny detektyw?

Strike to postać poturbowana nie tylko psychicznie ale i fizycznie, bohater z intrygującą przeszłością, pełen problemów, nie tylko materialnych, ale i emocjonalnych. Wiadomo, że detektyw ma ciekawą przeszłość, nie mniej ciekawych znajomych, a więc jest to ktoś jak dla mnie interesujący, o kim chciałabym się jak najwięcej dowiedzieć. Co więcej, strasznie spodobało mi się imię głównego bohatera – Cormoran Strike to nie tylko brzmi intrygująco, ale i zapada w pamięć, co też jest ważne bo autorka planuje wydać cały cykl z Strike’m w roli głównej. Sekretarka Strike’a, Robin Ellacott, to także sympatyczna postać, młoda dziewczyna marząca skrycie o pracy w agencji detektywistycznej, do tego nad wyraz kompetentna i zorganizowana, czyi ideał sekretarki. (Na szczęście Rowling nie wpadło do głowy, by dwójkę bohaterów wiązać w od razu w jakiś romans – Robin ma narzeczonego, a Cormoran właśnie zakończył wieloletni, burzliwy związek, więc nie w głowie mu romanse i miłostki.) Reszta postaci też wypada całkiem nieźle, szczególnie Lula i jej przyjaciel, projektant mody, Guy Somé, który nazywa dziewczynę Kukułką, a także Rochelle, bezdomna dziewczyna, z którą Lula zaprzyjaźniła się w trakcie terapii.

Bardzo się cieszę, że Rowling zaplanowała cały cykl z Cormoranem Strike’m w roli głównej, cieszę się też, że przybyła nam kolejna, ciekawa postać literacka. Zdecydowanie jest to lektura dostarczająca przyjemnych wrażeń, więc będę czekać na kolejne części z zainteresowaniem. Tych z was, którzy mają możliwość przeczytania „The Cuckoo’s Calling” w oryginale, zachęcam do lektury, chociażby po to, byście sami przekonali się, jak Rowling poradziła sobie z kryminałem. Tym, którzy czekają na polskie tłumaczenie, życzę, żeby książkę jak najszybciej przetłumaczono. A tych, którzy Rowling w ogóle nie znają, zachęcam do rozpoczęcia znajomości – na przykład od tej książki.  

sobota, 21 września 2013

Jussi Adler-Olsen, "Redemption"

Wieczór. Jesienna szaruga za oknem powoduje, że otrząsamy się z obrzydzeniem, zaciągamy zasłony, mościmy się wygodnie w fotelu z książką, by w bezpiecznym zaciszu domowym przeczekać do rana. A jaka to lektura jest najodpowiedniejsza na takie zimne, ponure wieczory? Krwawe, soczyste morderstwo. Ze stolika obok łypie na mnie okładka nowej książki Lucy Worsley, „A Very British Murder. The Story of a National Obsession”, obok kilka kryminałów (między innymi „The Hanging” Lotte i Sorana Hamerów, a do tego „The Cuckoo's Calling” Rowling, „Season of Darkness” Jennings – tej od Murdocha, „The Invention of Murder” Flanders na kindlu...) , a przede mną próba opisania fenomenalnej książki... Jussi Adler-Olsen, moje odkrycie przed sprzed dwóch lat, długo kazał nam, obcokrajowcom, czekać na kolejną swoją znakomitą powieść. Po fenomenalnej „Mercy” (czyli „Kobiecie w klatce” w polskim wydaniu), przyszła kolej na wydanych po polsku „Zabójców bażantów”, a potem długo, długo nic. Aż wreszcie pojawiła się na rynku angielskim kolejna część przygód Carla Morcka i jego ekipy! Hura! „Redemption” to była pierwsza od dwóch miesięcy nowa książka, którą przeczytałam... Dzięki Adler-Olsenowi i jego kryminałowi udało mi się skutecznie (mam nadzieję) pozbyć książkowej zapaści. 

„Redemption” podąża szlakiem poprzednich powieści autora. Tym razem sprawą, która trafia na biurko (a potem na ścianę) Morcka i jego Departamentu Q, jest pewien tajemniczy list w butelce, rozpaczliwe wołanie o pomoc, wyrzucone przez okno w desperackim geście przez związanego i zakneblowanego chłopca. W tym samym czasie czytelnik śledzi poczynania bezwzględnego mordercy, który poszukuje nowej ofiary. W „Redemption” Adler-Olsen przedstawia motyw małych, zamkniętych przed światem środowisk religijnych, portrety ludzi żyjących w hermetycznych wspólnotach, które padają ofiarą bezlitosnego człowieka, żerującego na ludzkim zaufaniu i wierze.

Najnowszy kryminał Adler-Olsena to kolejna świetna pozycja w dorobku tego autora – napięcie rośnie z minuty na minutę, gdy bohaterowie nieświadomie podążają poplątanymi ścieżkami, by w końcu połączyć je w jeden, wspólny trop. Innymi słowy - „Redemption” wciąga, a nawet wsysa czytelnika, powoduje niezdrowe kołatanie serca i nie da się odłożyć na dłużej. Do tego jest coś takiego w książkach tego autora, że czyta się je po prostu z przyjemnością. A to już zasługa zabawnego momentami języka i bohaterów, których nie sposób nie polubić, a którzy z drugiej strony potrafią zaskoczyć i zaciekawić w kolejnych tomach. Nie chodzi mi tylko o Morcka, ale przede wszystkim o Assada, Rose, a także jej siostrę bliźniaczkę, Yrsę – świetnie przedstawione charaktery, o których czytelnik straszliwie chce się dowiedzieć jak najwięcej, a którzy swoje sekrety odkrywają niechętnie i powolutku. Do tego świetne postacie poboczne, historia dzieciństwa mordercy, jego ofiar... Wszystkie te opowieści, jak kawałki układanki zaczynają do siebie pasować, zazębiać się i nakładać na siebie. 

Cóż więcej można powiedzieć o „Redemption”? Okazuje się, że przerwa w pisaniu ma zdecydowanie negatywny wpływ na płynność mojej wypowiedzi, a do tego są pewne książki, które wywołują tak entuzjastyczne reakcje, że właściwie jedyne co można o nich powiedzieć, to „świetna książka, czytajcie, czytajcie”! A ponieważ ten kryminał zdecydowanie do takich pozycji należy, na tym kończę moją nieskładną notkę i z niecierpliwością zabieram się za oczekiwanie kolejnej książki Jussi Adler-Olsena (wychodzi ona na wyspach w lutym przyszłego roku). A czytelnikom czekającym na polskie wydanie tej książki życzę jak najszybszego jej wydania.

niedziela, 16 czerwca 2013

Powroty do dawnych lektur (David Eddings - Belgariada)

Dawno, dawno, temu... W czasach chmurnej i durnej młodości (także tej powtórnej), uwielbiałam czytać przeróżne powieści fantasy, czym zaraziłam się od Pewnego Znajomego, który mi te książki pożyczał początkowo i doradzał. Czytałam więc Xanth Anthony'ego, czytałam i Andre Norton, czytałam i Anne McCaffrey, Mercedes Lackey i Davida Eddingsa. Po wielu latach okazało się, że niektóre książki były tylko na jeden raz, a niektóre zostały ze mną na dobre. Lubię sięgać po nie od czasu do czasu, czytać je wybiórczo, czasami ciągiem, mimo że wiem dokładnie, co się w każdej z nich stanie, jak się potoczą losy bohaterów, jak zakończą się ich przygody. Konia z rzędem temu, kto zna lepsze lekarstwo na smutki i stresy niż czytanie po raz kolejny ukochanych, dobrze znanych książek. Kiedy więc ostatnimi czasy potrzebowałam podleczyć skołatane nerwy i wiedziałam, że na byle czym się skupić nie będę mogła, na nowe nie miałam ochoty, zwłaszcza, że przy nowym trzeba się czasem skoncentrować, przyszedł mi z pomocą David Eddings i jego słynny pięcioksiąg - Belgariada. 

Początek historii, opowiedziany w tomie zatytułowanym „Pionek proroctwa”, zabiera nas na farmę pewnego gospodarza, gdzie w kuchni, pod czujną opieką cioci Pol, dorasta Garion, zwykły sendarski chłopak, któremu nigdy się nie śniło, że stanie się pionkiem w grze pomiędzy potężnymi siłami, które walczą o panowanie nad światem. Tajemnicze proroctwo, śpiący bóg Torak, Klejnot Aldura – to przecież tylko fragmenty opowieści, jakie snuje wędrowny bajarz, a w dodatku nie mają one nic wspólnego z losem zwykłego wiejskiego chłopca, prawda? Aż pewnego dnia okazuje się, że macki przeznaczenia sięgają po Gariona i nasz bohater, w towarzystwie pozornie tylko przypadkowej grupy przyjaciół, wyrusza w Podróż Życia. Kolejne książki z tego cyklu, „Królowa magii”, „Gambit magów”, „Wieża czarów” i „Ostatnia walka czarodziejów”, opowiadają o przygodach i podróżach naszego bohatera, który podąża ku swojemu przeznaczeniu.

Cóż mogę więcej napisać o Belgariadzie Eddingsa, żeby nie zepsuć wam przyjemności czytania? Jest w tych książkach wszystko, czego potrzeba dobrej serii. Przede wszystkim wachlarz wspaniałych postaci, a wśród nich czarodzieje, rycerze, szpiedzy i pewna nieznośna księżniczka, a także z pozoru zwykli ludzie, którzy (jak się okazuje) wcale tacy zwykli nie są. A do tego Niechętny Bohater, nieświadomy swojego przeznaczenia zwykły młody człowiek, który w czasie Wyprawy dojrzewa, dorasta i odnajduje swoje przeznaczenie. I choć właściwie prawie od razu wiadomo, jaki los go czeka, to nie przeszkadza to czytelnikowi z wypiekami na twarzy śledzić jego przygód. Bo też akcja cyklu, po niespiesznie rozwiniętym początku, przyspiesza zdecydowanie w dalszych częściach, a dzieje się w tej powieści sporo – towarzyszymy Garionowi i jego przyjaciołom w wędrówkach, potyczkach i niezwykłych zdarzeniach, odwiedzamy przydrożne gospody i pałace władców. A wszystko to opisane w sposób bardzo plastyczny, ukraszone dowcipnymi dialogami i słownymi potyczkami bohaterów. Jednym słowem – pięć tomów cyklu Davida Eddingsa czyta się błyskawicznie i z prawdziwą przyjemnością.
Ach, ta Belgariada! Pięć tomów fantastycznej przygody, wydanych przez Wydawnictwo Amber w latach dziewięćdziesiątych, koszmarne okładki i wspaniała treść. Saga kupowana i czytana tom po tomie. Pamiętam do dziś ekscytujące drżenie rąk, kiedy niosłam z księgarni kolejną książkę z serii i smutek, kiedy uświadamiałam sobie, że na kolejny tom trzeba będzie teraz poczekać... Do dziś te sfatygowane nieco książki wywołują we mnie nostalgiczne wspomnienia. Kiedyś już wspomniałam, że to właśnie od tej serii zaczęła się moja przygoda z czytaniem książek w języku angielskim – w londyńskiej księgarni zauważyłam prequel do tej serii i wiedziałam, że nie chcę czekać na polskie tłumaczenie! Dziś zachęcam was wszystkich do sięgnięcia po Belgariadę i jej kontynuację, Malloreon, a tymczasem idę sprawdzić, co tam słychać u moich dobrych znajomych...

PS. Jeśli was zaciekawiłam i chcielibyście sprawdzić, co jeszcze napisał Eddings, na tej stronie możecie znaleźć całą listę jego książek (i o wiele więcej)... Nie polecam jedynie ostatniej serii, Marzycieli. Po resztę moim zdaniem zdecydowanie warto sięgnąć!

piątek, 14 czerwca 2013

Niebanalna historia miłosna (Kasia Bulicz-Kasprzak - "Nie licząc kota, czyli kolejna historia miłosna")

Zaczęłam czytać „Nie licząc kota” Kasi Bulicz-Kasprzak pomimo iż podtytuł tej powieści („czyli kolejna historia miłosna”) pobrzmiewał nieco słodko i stereotypowo. Zwabił mnie interesujący opis na okładce – prowincjonalne miasteczko, spadek po zmarłej ciotce, garść rodzinnych tajemnic... Do tego monologujący Kot – czego więcej może brakować do szczęścia książkochłonowi? (A przynajmniej temu książkochłonowi?) Główna bohaterka, Asia, zostaje obudzona przez matkę telefonem w środku nocy i powiadomiona o śmierci nielubianej krewnej. Wyjeżdża więc niechętnie do małego miasteczka, z którego kiedyś wyjechała na zawsze, zostawiając w Warszawie mieszkanie i chłopaka, by zająć się sprawami spadkowymi. Na miejscu poznaje przystojnego notariusza i... I w tym miejscu się zatrzymałam, ziewnęłam i odłożyłam „Nie licząc kota” nieco znudzona.

O mało co, a przegapiłabym zupełnie niezłą książkę. Sięgnęłam po nią ponownie po rekomendacji Agnieszki z blogu Krimifantamania, mając nadzieję, że wielka miłość Szymona i Asi mnie zrelaksuje. Ha! Okazało się, że autorka oparła się schematom, wątek romansowy poprowadziła zupełnie inaczej niż mi się wydawało, odetchnęłam więc z ulgą i zaczęłam czytać dalej, nastawiona do lektury zdecydowanie bardziej pozytywnie. „Nie licząc kota” to dobra lektura na lato – może nie specjalnie odkrywcza i porywająca, ale za to lekka, zwiewna i miejscami zabawna. Zawiera też moje ulubione elementy – tajemnice, wspomnienia i historie z przeszłości, których i tym razem było mi zdecydowanie za mało. Liściki adresowane do Wandy bardzo mnie zaintrygowały, choć były takie krótkie – żałuję, że historia cioci opowiedziana była tak enigmatycznie, bo bardzo chętnie bym się o niej dowiedziała więcej. Chociaż niektóre postacie były zdecydowanie sztampowe (dawna znajoma, która staje się natychmiast najlepszą przyjaciółką głównej bohaterki), to pojawiło się też kilku interesujących drugoplanowych bohaterów, a wśród nich (najciekawsza moim zdaniem) wścibska sąsiadka, czyli fantastyczna pani Lucynka. Natomiast dla tych, którzy kochają koty, dodatkowym plusem powieści mogą być króciutkie wstawki, w których zabiera głos kot ciotki Wandy – osobnik z charakterem, który zna się na ludziach lepiej niż niejeden psycholog...

„Nie licząc kota” to pierwsza powieść Kasi Bulicz-Kasprzak, udany debiut moim zdaniem – cieszę się, że kolejna opowieść o powrocie do małego miasteczka, o miłości i o rozliczaniu się z przeszłością została przedstawiona ciekawie i nieco inaczej. Okazuje się, że okładki czasem nie kłamią - „Nie licząc kota” to rzeczywiście „niebanalna historia miłosna”. Zapamiętam na pewno nazwisko autorki, tym bardziej, że już niedługo ma się ukazać jej nowa książka, „Nalewka zapomnienia”. Mnie najbardziej jednak zaintrygowała wiadomość, że Kasia Bulicz-Kasprzak pracuje właśnie nad kolejnymi powieściami, w tym książką, której akcja ma dziać się pod koniec dziewiętnastego wieku. Życzę autorce powodzenia i czekam niecierpliwie na nowe powieści.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

O książce Magdy Fres "Mama, smoczek" z fochem

Moja przygoda z polską literaturą trwa. W tym roku czytam zdecydowanie więcej książek polskich niż w ubiegłych latach, sięgam po nieznane mi wcześniej nazwiska, nie tylko debiuty, przez co natykam się na różne interesujące pozycje – i chociaż najczęściej jestem zadowolona z moich wyborów, czasem odnajduję wśród nich prawdziwe perełki, to od czasu do czasu trafiają się też zdecydowanie mniej udane spotkania. Do takich należy na książka Magdy Fres „Mama, smoczek!”, dlatego notka będzie krótka i w dodatku z fochem. Bo zaczynając lekturę miałam nadzieję na lekką opowieść o doświadczeniach macierzyństwa, o pierwszych krokach stawianych w nowej roli, o dojrzewaniu więzi pomiędzy matką a dzieckiem – jednym słowem, na coś zupełnie innego. Bo w zamian za to dostałam irytujący monolog o ekologicznych warzywach, makrobiotycznym gotowaniu i o szczepionkach zawierających rtęć. Bo książki nie odłożyłam tylko dlatego, że krótka była, a ja się bardzo starałam zrozumieć, po co to wszystko, wciąż czekałam na jakieś interesujące fragmenty i nic. Bo się po prostu rozczarowałam.

Bohaterka i narratorka powieści to Małgosia, która właśnie została mamą Rumpelka. Okazuje się, że w macierzyństwie nic nie jest proste, dziecko nie przychodzi na świat z instrukcją obsługi, a wielu rzeczy trzeba się nauczyć samemu. Nie wiem, czy to dlatego, że sama nie mam dzieci, czy też dlatego, że mam zupełnie inny światopogląd niż bohaterka powieści, ale książka Magdy Fres zaczęła mnie miejscami bardzo denerwować. Przyznaję, że początek zapowiadał się interesująco, niebanalnie, bo mowa była i o poronieniu, i o depresji, o zwykłym-niezwykłym życiu z dzieckiem, nieco zabawnie, ale i też nieco poważnie miejscami. Niestety, im dalej, tym było jednak gorzej – przede wszystkim „Mama, smoczek!” to nie powieść, a raczej zapis refleksji, luźnych przemyśleń, których punktem zbiorczym jest małe dziecko. Miejscami miałam wrażenie, że bohaterka spędza coraz więcej czasu na obsesyjnym doinformowywaniu się o potencjalnych problemach, niż na byciu matką. Najbardziej utkwił mi w pamięci fragment o poszukiwaniu perfekcyjnego smoczka do butelki, bo cały czas zastanawiałam się, ileż to pieniędzy można na te smoczki i butelki wydać, i czy nie lepiej jest po prostu zrobić samemu większą dziurkę, jeśli pokarm nie leci... Przyznam, że zaczęło mi się wydawać, że autorka napisała raczej poradnik, a nie powieść, bo coraz więcej pojawiało się rozważań o szczepionkach, o dietach, alergiach, o poszukiwaniu szkodliwych składników w butelkach, a „akcji” było coraz mniej... Zaczęłam więc książkę czytać dość pobieżnie, czasem tylko chwytając się za głowę. W tym miejscu chciałam przeprosić Ulubionego Anglika za to, że go zadręczałam tą książką, czytając mu niektóre fragmenty i dopytując się, czy to normalne, albo co on by zrobił w takiej sytuacji... 

„Mama, smoczek!” Magdy Fres to książka zdecydowanie nie dla mnie. Nie jest to poradnik, a zdecydowanie za dużo jest w niej wzmianek o nowinkach (pseudo) naukowych i porad dotyczących „hodowli” niemowląt. W książce zabrakło mi natomiast prawdziwej opowieści o pierwszym roku życia z dzieckiem, o zmianach jakie ten czas za sobą niesie, o tym wszystkim, co powinno temu towarzyszyć – za mało było w tej książce uczenia się siebie nawzajem, wspólnego odkrywania świata, czyli tego, co mogłoby zachwycić, rozbawić, zaintrygować. Nie rzuciłam w kąt tylko dlatego, że czytałam ją w wersji elektronicznej, a swój kindelek kocham i nie będę go narażać na wstrząsy. Jednym słowem – foch.

sobota, 1 czerwca 2013

Eleonory żywot wcale nie atłasowy ("Wytwórnia wód gazowanych" - Dorota Combrzyńska-Nogala")

Pierwszy raz usłyszałam o „Wytwórni wód gazowanych” Doroty Combrzyńskiej-Nogali na blogu Młodej Pisarki. Zapamiętałam tytuł, bo taki nietypowy, okładka też wyglądała bardzo ciekawie, historia brzmiała wciągająco, w dodatku polecana przez kogoś, kogo czytelnicze zdanie cenię. Niedawno książką zachwycała się też Bookfa i kilka innych znajomych osób, więc stwierdziłam, że czas samej sprawdzić, czy i mnie się spodoba! Uwielbiam książki o rodzinnych tajemnicach, o opowieściach z czasów naszych babek i prababek, o życiu zwykłych ludzi, o historiach opowiadanych przez seniorki rodu, odczytywanych w starych pamiętnikach. A jednak ta książka pokazała mi, że czasem w takich opowieściach ważnie jest nie tylko to, co się opowiada, ale i to, co zostaje przemilczane.

Zresztą nie tylko historia jest tu ważna, ale to, kto ją opowiada. Czasem jest tak, że obok postaci stworzonych przez autorów książek przechodzimy obojętnie, nie jesteśmy właściwie nimi zainteresowani. Za to raz na jakiś czas pojawia się postać tak wyrazista, pełna życia, pełnokrwista i prawdziwa, że z kartek powieści wychodzi na świat i za nic nie da się jej zapomnieć. Otóż główna bohaterka powieści, Eleonora Jarecka, z domu Pstrońska, to właśnie taka postać, heroina jak się patrzy. Po prostu mistrzostwo. I to właśnie dzięki niej czytało mi się „Wytwórnię wód gazowanych” jak fantastyczną historię o zwykłym życiu niezwykłej osoby. Poznajemy ją na samym początku w okolicznościach bardzo ciekawych – mianowicie babka Eleonora w wieku dziewięćdziesięciu dziewięciu lat wreszcie umiera. I to też nie byle jak, ale niespodziewanie, po upadku z drabiny, po której to drabinie wdrapała się na stryszek w sobie tylko wiadomym celu. Dopiero w kolejnych częściach poznajemy życie małej Lenorki, urodzonej w 1909 roku, wraz z młodą Eleonorą pierwszy raz zakochujemy się, odkrywamy smak dorosłego życia. Nawet wojna i szara, bura rzeczywistość, która nastaje po niej, nie mogą złamać jej ducha. Lena żyje pełna parą, trzyma się życia zębami i pazurami, zdeterminowana, by przeżyć je jak najwygodniej, jak najpełniej, jak najmocniej, przy użyciu wszelkich dostępnych jej środków, nie zawsze zresztą legalnych. Jest w niej tyle witalności, tyle siły i psychicznej odporności, że Eleonorze nie są straszne wyzwania, jakie stawia przed nią nie tylko ówczesna sytuacja polityczna, ale i jej własne wybory. Lenorka, Lena, Eleonora, Babka - kobieta silna i sprytna, kochająca żona i matka, a jednocześnie manipulantka, trzymająca w garści wszystkie karty i niechętnie dzieląca się władzą czy sekretami. I chociaż czasem nie bardzo można ją lubić, to na pewno trzeba ją podziwiać.

„Wytwórnia wód gazowanych” to książka złożona ze wspomnień, rodzinnych historii, opowieści, którymi karmi się domowników przy suto zastawionym stole. To retrospekcje i wspominki starej kobiety, która nadal chce czerpać z życia jak najwięcej, która niechętnie dzieli się swoimi sekretami, chociaż uwielbia te cudze. Przyznaję, że pierwsza połowa książki najbardziej mi się spodobała, a mianowicie dzieciństwo, życie Leny w przedwojennej Polsce, a już szczególnie zapadły mi w pamięć takie małe historyjki, jak ta ze spadającymi majtkami, czy z pozwem o zniesławienie. Tyle fantastycznych scenek zgrabnie spiętych wokół postaci głównej bohaterki. Do tego lata powojenne, historia Bluma, poruszające obrazy wyłaniające się gdzieś w tle głównej opowieści, gospoda, wytwórnia wód gazowanych, tajemnicza historia Amelii... A potem zupełnie inna opowieść, rozdział poświęcony Józefowi i Sarze, historia pożegnania z ukochanym dziadkiem, wędrówki do gospody, tupiące buty... Późniejsze części, choć równie ciekawe i pełne fascynujących opowieści, już mnie tak nie porwały – zabrakło mi jakiegoś porządku w opowiadanej historii, bo wspomnienia Babki są jak meandrująca rzeka, płyną raz to leniwie, zakolami, raz wartko i szybko przeskakują niewygodne prawdy, by zatrzymać się nad jakimś mało istotnym dla innych szczegółem. W dodatku dostępu do niektórych wspomnień bronią tamy i chociaż ciekawość zżera nie tylko wnuki, przysłuchujące się tym wspominkom, ale i czytelnika, to tylko Babka decyduje, jak wiele ma ochotę przed kim ujawnić. Wygląda to ciekawie, więc dlaczego zrzędzę? Bo świadomość, że są też sekrety, których tajemnicę zabierze bohaterka ze sobą do grobu, uwierała mnie jak niewygodny but. Bo przyzwyczajona jestem do wygodnego podawania na tacy wszystkich odpowiedzi, wręczaniu czytelnikom kluczy do wszystkich schowków, a „Wytwórnia” sporo jednak pozostawia wyobraźni odbiorcy. Wiele osób wspominało w swoich recenzjach niechlujną redakcję, błędy i literówki, nie wiem, może i to wpłynęło w jakimś stopniu na mój odbiór? Być może rozpuszczenie czytelnicze nie pozwala mi docenić umiaru i taktu pisarskiego autorki, która pozwoliła, by niektóre sprawy pozostawić w ukryciu i pozwolić nam na własne domysły.

Pomimo marudzenia chylę czoła przed autorką, bo postać głównej bohaterki szczególnie zapadła mi w pamięć. Eleonorę trzeba poznać, a „Wytwórnię wód gazowanych” trzeba przeczytać, bo to nie byle jaka powieść. Czytałam ją cały tydzień, przy każdej nadarzającej się okazji, po prostu nie mogłam się oderwać. A to według mnie najlepsza dla książki rekomendacja.

niedziela, 19 maja 2013

Bernhard Schlink - "The Reader" ("Lektor")

Wiadomo nie od dziś, że książki podobają nam się z różnych powodów. Dla niektórych najwyższym kryterium będzie to, że dana pozycja dostarczyła im wiele wrażeń, że wciągnęła nas niebotycznie, do białego rana, że od tej książki po prostu nie sposób się oderwać. Dla innych będzie ważniejsze to, czy książka skłoniła ich do myślenia, do głębokiego analizowania treści, że jest napisana pięknym językiem, że czasem trzeba się nad nią zastanowić, żeby zrozumieć jej wartość. Ciężko jest mi ocenić książkę, która mnie nie rzuciła na kolana, którą czasem czytałam bez większego zaangażowania, a która jednak, w jakiś sposób, skłoniła mnie do myślenia i próby przeanalizowania przekazywanych przez nią treści.
Pierwszy raz o książce „The Reader” („Lektor”) Bernharda Schlinka usłyszałam, kiedy na ekranach miał się pojawić film na jej podstawie. Schlink, niemiecki pisarz, profesor i wykładowca prawa, otrzymał za „Lektora” kilka różnych nagród literackich. Była to też pierwsza książka niemieckiego autora, która znalazła się na pierwszym miejscu listy bestsellerów NY Timesa. Panie wypożyczające tę książkę w mojej bibliotece bardzo polecały, ja tytuł zanotowałam gdzieś w zakamarkach pamięci, książkę zdobyłam i tyle. Musiało minąć dobrych kilka lat, żebym sobie o niej przypomniała. A ponieważ chciałabym obejrzeć film, wiadomo, że najpierw musiałabym książkę przeczytać. Dlatego pojawiła się na mojej Subiektywnej Liście Książek Do Przeczytania. 

„Lektor” to powieść o pierwszej, młodzieńczej miłości, a także o Holokauście, o rozliczaniu się z przeszłością, i o próbie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ta przeszłość nas określa. Jej bohaterem jest Michael Berg, który jako nastolatek wdaje się w romans ze starszą o dwadzieścia lat kobietą, Hanną Schmitz. Ich romans to wspólne spotkania w jej mieszkaniu, kąpiel, seks i czytanie na głos. Niespodziewanie Hanna znika z jego życia, a kiedy ich drogi ponownie się schodzą, Hanna jest jedną ze strażniczek obozów koncentracyjnych zasiadających na ławie oskarżonych, a Michael – obserwującym proces studentem prawa. Ale nie jest to jedyny sekret, który Kobieta przed wszystkimi ukrywa...

Przyznaję uczciwie, że po „Lektora” Schlinka sięgnęłam teraz przede wszystkim dlatego, że była niewielka rozmiarowo, a po niefortunnej przygodzie z niewłaściwą książką, potrzebowałam czegoś cienkiego, żeby nadrobić szybko stracony czas. Ach, niechlubne to wyznanie, nie tak powinno się wybierać powieści do czytania, ale co zrobić, własnoręcznie sobie książki wybrałam, teraz mnie gryzie sumienie. No i mam problem. Bo "The Reader" (pomimo znaczącego tytułu i intrygującej treści) wcale mnie nie rzucił na kolana. Zaczęłam czytać z zaciekawieniem, ale suchy styl Schlinka, jego rzeczowa i pozbawiona połysku proza, sprawiły, że za nic nie mogłam się przekonać do tej powieści. Motyw młodzieńczej miłości, której doświadczenie pozostaje z bohaterem na zawsze wcale mnie nie zaciekawił. Motyw starszej kobiety uwodzącej nastolatka – też nie. Dopiero w dalszej części powieści, w której Hanna ukazana jest w zupełnie innym świetle, gdzie czytelnik musi przewartościować własne spojrzenie na jej postać, pojawiła się we mnie nadzieja, że książka jednak mi się spodoba bardziej. Że coś z niej wyniosę. A jednak – rozważania etyczne autora nad problemem odpowiedzialności zbiorowej, nad problemem winy i kary, prawa jednostki do prywatności – choć ciekawe, też jakoś nie przekonały mnie do tej powieści. Podobnie jak moralne dylematy bohaterów. Michael czuje się winny swoich uczuć do Hanny, jako zbrodniarki wojennej, z drugiej strony czuje się winny, bo jej w żaden sposób nie pomógł, choć jego czyn mógł złagodzić wymiar jej kary. Sekret Hanny, kiedy wreszcie wychodzi na jaw, po raz kolejny każe nam przewartościować jej wizerunek, ale mnie wciąż czegoś w tej powieści zabrakło. Dopiero przy samym końcu, w ostatnich rozdziałach, kiedy wraz z Michaelem znalazłam się w więziennej celi, coś we mnie zapikało. Bohaterowie pokazali na krótko ludzkie oblicze, by zresztą zaraz potem schować się pod sztywnymi maskami.

Jestem zawiedziona, bo w „Lektorze” nie znalazłam żadnej pasji, a jedynie chłodne, racjonalizatorskie spojrzenie autora. Ciężko jest ocenić książkę, jeśli widzi się jej literacką wartość, ale niewiele poza tym. To bardzo dobra książka do rozmowy, bo można nad nią dyskutować, spierać się i różnie ją interpretować. Cóż jednak, skoro wina, kara, miłość, przebaczenie - potężne motywy, silne emocje - nie zdołały mnie porwać i zachwycić. Być może o doświadczeniach Holokaustu nie można pisać z patosem, jeśli chce się uniknąć trywializacji, banału i sztampy. Ale skoro nie mogłam z siebie wykrzesać żadnych uczuć do głównych bohaterów, skoro ich los właściwie pozostał mi obojętny – to według mnie czegoś mi w tej książce zabrakło. I szkoda, bo „Lektor” to bardzo interesująca powieść, pełna moralnych dylematów i etycznych dywagacji. Ale chyba raczej nie dla mnie.

sobota, 18 maja 2013

Morderstwo polane włoskim sosem (Manula Kalicka, Zbigniew Zawadzki, "Tutto Bene")

No i okazuje się, że nie tylko historyczne kryminały lubię. Lubię też te współczesne, zabawne i polskie. „Tutto Bene” to właśnie moje najnowsze odkrycie – kryminał autorstwa Manuli Kalickiej i Zbigniewa Zawadzkiego to lektura lekka, zaprawiona humorem i włoskim sosem. Niestety bez przepisów – a szkoda, bo kuchnię włoska lubię, a niektóre kulinarne wzmianki (caponata!) brzmią bardzo smakowicie. Ale i sama książka to niczego sobie potrawa, w sam raz do spałaszowania niemalże jednym kęsem. I proszę się nie dziwić tym kulinarnym wstawkom, zaraz wszystko stanie się jasne.

Tutto Bene to modna włoska knajpka, w której pracuje Grzegorz Dolan, znakomity kucharz i przedmiot westchnień niejakiej Zosi Staszewskiej, również pracownicy tejże restauracji. Zwykle klienci wychodzą stamtąd zadowoleni, objedzeni po uszy pysznym żarciem, tu króluje włoska kuchnia, a nie włoska mafia! A jednak jeden z klientów pewnego wieczoru strzela do kelnerki. Nagle okazuje się, że w knajpce tutto wcale nie  bene – zaraz potem ginie też kucharz i od tego czasu w restauracji już nie będzie spokoju. Pojawia się policja w osobie komisarza Górzyańskiego i jego ekipy, zaczyna się śledztwo. 

Kiedyś, dawno temu, czytałam debiutancką powieść Manuli Kalickiej „Tata, one i ja” i pamiętam do dziś fragmenty z myciem garnków w Ludwiku... Było lekko i zabawnie, nic więc dziwnego, że na najnowszą autorki zdecydowałam się szybko i bez namysłu. „Tutto Bene” to jednak książka napisana wspólnie ze Zbigniewem Zawadzkim (jak głosi okładka tłumaczem, biochemikiem, wydawcą i agentem literackim), napisana ponoć na przemian, w kawałkach (raz ona, raz on) i w tym właśnie widzę jej słabość. „Tutto Bene” to zbiór króciutkich rozdziałów i rozdzialików, historia opowiedziana w małych dawkach – czyta się to świetnie, ale niestety nieco nierówno. Obok świetnych fragmentów, gdzie dużo i ciekawie się dzieje, pojawiają się mało interesujące (i czasem wręcz zbyteczne) wtręty, poboczne postacie, niepotrzebne scenki, dodane niepotrzebne wątki, które zaczęły mi zgrzytać przy czytaniu. Nie pasowały mi niektóre sformułowania, język postaci zbyt pospolicie wulgarny – tak wiem, taka stylizacja, ale mnie jakoś to przeszkadzało. Na szczęście tylko czasem, bo jeśli chodzi o całość to „Tutto Bene” fajnie się czyta. 

„Tutto Bene” to nie jest żaden proceduralny i wstrząsający majstersztyk, nie o to w tej książce chodzi. Ale jest to interesująca powieść społeczna, bo porusza tematy imigracji, integracji, rasizmu, a także przekrętów finansowych, półświatkowych kombinacji i międzynarodowego hochsztaplerstwa. No i w tle ta wspomniana wcześniej kuchnia, palce lizać po prostu, szkoda, że bez przepisów. Tego jeszcze u nas nie było, więc brawa dla autorów za interesujący i niebanalny gastronomiczny motyw. Jednym słowem, to lekki kryminał dla tych, którzy chcą się przy jego czytaniu zabawić. Do podgryzania przy czytaniu polecam oliwki lub chrupiące grissini.

Czy mnie się wydaje, czy ostatnio nastąpił jakiś wysyp polskich kryminałów? Rudnicka, Kalicka, Sasza Hady, w planach Kursa i kilka innych nazwisk – okazuje się, że skandynawskie klimaty już nas chyba wystarczająco wyziębiły, czas więc rozejrzeć się za książkami na własnym podwórku. Do tego Prószyński rozpoczął wydawanie całkiem interesująco zapowiadającej się serii lekkich kryminałów obyczajowych - seria jak na razie chyba bez nazwy, ale ja już mam obie wydane w niej książki - czeka na przeczytanie wspomniana na na ostatnim stosie Zaczyńska, a wydawca już zapowiada trzeci kryminał, też nieznanej mi dotychczas autorki – Iwony Czarkowskiej. Mam tylko nadzieję, że seria będzie dostępna w formie elektronicznej, bo czekanie na paczki z kraju wcale mi się nie uśmiecha... A teraz pozdrawiam was serdecznie i zapowiadam całkowitą zmianę klimatów w kolejnym wpisie. Do poczytania!

poniedziałek, 13 maja 2013

Miłość i duende ("The Perfume Garden" Kate Lord Brown)

Niektóre książki przyciągają mnie okładkami, jakby miały wmontowany magnes. Jakiś czas temu podczas spaceru z Ulubionym Anglikiem zajrzeliśmy do The Riverside Bookshop w Hays Galleria, małej galerii handlowej na lewym brzegu Tamizy i tam właśnie wpadła mi w oko ta książka - „The Perfume Garden” Kate Lord Brown. Zachęcająca (i jakby znajoma) okładka to jedno, ale liczy się też treść i zainteresowanie. A ja, jak zapewne wiecie, jestem zmienna jak chorągiewka na wietrze i zanim do domu książkę doniosę, choćby była jak najciekawsza, mogę zmienić zdanie i znaleźć sobie coś innego do czytania... Tak się jednak zdarzyło, że ostatnio przeczytałam na blogu tommyknockera, że wkrótce ta książka ma zostać wydana w języku polskim jako „Zapach gorzkich pomarańczy”. A ponieważ do tej pory ja zwykle kupowałam książki pierwsza, a on je potem czytał po polsku przede mną, tym razem postanowiłam go wyprzedzić! Ha! I udało mi się! Dzięki temu spędziłam tydzień w hiszpańskiej Walencji i stwierdzam, że miło było dla odmiany przeczytać historię wojennej miłości i tajemnic skrywanych wśród zniszczonych ścian starej rezydencji, której akcja toczy się poza granicami Wielkiej Brytanii.

W pachnącej pomarańczami Walencji Emma Temple stara się odbudować swoje życie na nowo – właśnie straciła matkę, ukochanego mężczyznę i firmę, którą budowała przez wiele lat. W spadku po matce otrzymuje pudełko listów i klucz do Villa del Valle, podupadłej posiadłości, którą ma nadzieję uczynić swoim nowym domem. Nie zatrzymuje jej nawet brak bieżącej wody, czy elektryczności, ani to, że miejscowi uważają willę za przeklętą. Okazuje się też, że jej babka, Freya, która jako pielęgniarka brała udział w hiszpańskiej wojnie domowej, jest znana niektórym miejscowym. Emma nie zraża się trudnościami i powoli odkrywa sekrety swojego nowego domu, poznaje starając się zrozumieć, co skłoniło jej matkę do kupienia Villa del Valle.

Jak zwykle w podobnych powieściach, czytelnik śledzi dwutorową narrację – współczesna historia Emmy przeplata się z wojennymi losami jej rodziny – rodzeństwo Charles i Freya przybyli do Hiszpanii wraz z Brygadami Międzynarodowymi jako młodzi idealiści, by wesprzeć republikanów w walce przeciw nacjonalistom. Freya, babka Emmy, pracowała jako pielęgniarka, a jej brat był fotografem wojennym. Żadne z nich nie powróciło nigdy do Hiszpanii, ten kraj na zawsze pozostał dla nich pełen bolesnych wspomnień, utraconych miłości i tragicznych przeżyć. 
Jak już wspomniałam, tajemnice starych domów to moja ulubiona tematyka, tym bardziej miło było przeczytać książkę, której akcja toczy się w odmiennej niż zwykle scenerii. Dla mnie Hiszpania wciąż pozostaje egzotyczna i pełna nieznanych mi miejsc, więc było to bardzo udane spotkanie. Do tego intrygująca historia hiszpańskiej wojny domowej, dramatyczne wydarzenia rozgrywające się w przeszłości – przyznaję, że jak zwykle współczesna fabuła była o wiele mniej interesująca. Losy Emmy, chociaż pełne dramatycznych wydarzeń (śmierć ukochanego w nowojorskim zamachu z 11 września, ciąża, przeprowadzka) nie były aż tak pełne niespodzianek. Dobrze, że rodzące się uczucie między bohaterami (nie zdradzę tu żadnych szczegółów, bo oczywiście wszystkiego można i tak się domyśleć już na początku) jest subtelnie ukazane, bez żadnych rozpasanych detali. Za to losy hiszpańskich kochanków były zdecydowanie ciekawsze – cóż, wojna zawsze jest interesującym tłem dla wszelakich powieści obyczajowych. 

Natomiast to, czego zabrakło mi w tej książce, to nieco „szczegółów technicznych”. Emma jest słynną kobietą-perfumiarzem (nie znalazłam żeńskiego odpowiednika tego słowa, a słowo „perfumier” użyte w polskim przekładzie, zupełnie mi nie pasuje), więc oczekiwałam sugestywnych opisów mieszania składników, poszukiwania nowych zapachów i tworzenia nowych pięknych perfum. Niestety, Emma właściwie nie zajmuje się w tej książce pracą, a wątek perfumeryjny jest zepchnięty na daleki plan. 
 
„The Perfume Garden” to dobra książka na lato, na czytanie relaksujące i odprężające – czyta się ją dobrze, a do tego wzbudza emocje i chociaż nie należy się po niej spodziewać wielkich wstrząsów, to jednak pozostawia po sobie miłe wspomnienia. Cieszę się też, że już wkrótce powieść ukaże się w Polsce, w dodatku pod dobrze dobranym (chociaż nie dosłownym) tytułem. Nieczęsto się też zdarza, żeby polska okładka książki podobała mi się bardziej niż angielska, ale w przypadku „Zapachu gorzkich pomarańczy” oryginalna okładka, chociaż odpowiednio „klimatyczna”, wydaje mi się zdecydowanie zbyt „zużyta”. Z kolei polska wygląda bardzo ładnie. Polecam więc "The Perfume Garden" jako wakacyjna lekturę, natomiast ja chętnie poczytam inne powieści „hiszpańskie” - mało czytałam do tej pory książek z tamtych stron, więc chętnie poznam nowe tytuły. Czekam na wasze rekomendacje!

poniedziałek, 6 maja 2013

Wiktoriański detektyw w akcji! (Kate Summerscale - "The Suspicions of Mr Whicher")

Zacznę od tego, że miałam przeczytać zupełnie inną książkę. Podeszłam jednak do półki z moimi dwudziestoma wybranymi książkami do przeczytania w tym roku i pan Whicher zamrugał do mnie. Potem spojrzałam na kalendarz i zorientowałam się, że czas by było coś z tej półki znów przeczytać, bo to już przecież maj, a ja w lesie. Zabrałam się więc radośnie za czytanie „The Suspicions of Mr Whicher or The Murder at Road Hill House” Kate Summerscale i kiedy już wczoraj książkę skończyłam, zorientowałam się, że wcale jej na Liście Dwudziestu nie ma. Po prostu stała sobie niewinnie z boku i została capnięta. Każdy normalny czytelnik by wzruszył ramionami, ja się tak jakoś wkurzyłam. No, bo jak człowiek ma plany i mu jakaś książka wepchnie się pod fałszywymi pretensjami, to ma chyba prawo się wściec, prawda...? Ulubiony Anglik po prostu popukał się palcem w czoło, ale ja tam wiem swoje...

Na szczęście książka obroniła się sama – była to bowiem bardzo interesująca lektura, a w dodatku i tak chciałam ją przeczytać już dawno temu, tylko brakowało mi okazji... Na początek – dobra nowina: „Podejrzenia pana Whichera. Morderstwo w domu na Road Hill” Summerscale wydało trzy lata temu wydawnictwo W.A.B. Zachęcam was więc do sięgnięcia po te lekturę, bo to fantastyczny wiktoriański kryminał, w dodatku taki, który wydarzył się naprawdę.

Rankiem 30 czerwca 1860 roku, państwo Kent, mieszkający w Road Hill House, w hrabstwie Whiltshire, z przerażeniem stwierdzili, że ich najmłodszy syn, trzyletni Saville, został w okrutny sposób zamordowany. Szybko okazało się, że mordercy należy szukać wśród domowników. Kiedy działania lokalnej policji nie przyniosły żadnych wyników, z Londynu przybył na miejsce jeden z pierwszych najsłynniejszych detektywów – Jonathan (Jack) Whitcher.

Ta zbrodnia, godząca w najświętsze prawo angielskiej rodziny – prawo do prywatności, szybko znalazła się na ustach całej wiktoriańskiej Anglii. O sprawie Road Hill House dyskutowano jak o wyjątkowo soczystym skandalu – nie tylko w prasie, ale i w prywatnych salonach, w dodatku wszystkich opanowała „gorączka detektywistyczna”. Każdy chciał się wypowiedzieć na temat morderstwa, niemal każdy miał na ten temat własna teorię – policja otrzymywała setki listów oferujących rozwiązanie i pomoc. Również najwięksi pisarze epoki byli zafascynowani nie tylko samym morderstwem, ale i postaciami z nim związanymi. Summerscale wspomina między innymi listy Dickensa i Wilkie Collinsa, w których roztrząsali oni słynne morderstwo, opisuje też, w jaki sposób sprawa ta mogła stanowić podłoże ich książek, w jaki sposób postać Whichera również stała się inspiracją do stworzenia postaci detektywów w ich książkach.
 
„The Suspicions of Mr Whicher” to szczegółowy, pełen obyczajowych i społecznych detali zapis zbrodni, przebiegu śledztwa i późniejszych wydarzeń, prowadzących do wykrycia sprawcy. Summerscale pisze więc o policyjnych podejrzeniach, przypuszczalnych motywach, nie omija mniej lub bardziej prawdopodobnych scenariuszy i spekulacji, plotek, jakich pełna była ówczesna prasa, ani najbardziej nawet niewiarygodnych poszlak. Początkowo, jak w każdym dobrym kryminale podejrzani są wszyscy, począwszy od niańki dziecka, poprzez jej rodziców, rodzeństwo, na zawistnych sąsiadach skończywszy. Powoli Summerscale przedstawia poszlaki i domysły, jakimi kieruje się Whicher, pokazuje w jaki sposób jego podejrzenia zostają przez sąd obalone, po czym wiedzie czytelników aż do rozwiązania. Co więcej, odważa się też przedstawić własne przemyślenia, które mają  to rozwiązanie czynią bardziej wiarygodnym.

Dzięki temu, iż autorce udało się nie tylko sprawnie opowiedzieć całą historię, a do tego nasycić ją odpowiednią atmosferą, książkę Summerscale czyta się jak najlepszy kryminał. Autorka, powołując się na liczne materiały archiwalne, takie jak akta sądowe i policyjne, wycinki z gazet, wydane w tym czasie książki i pamflety, nie tylko skrupulatnie przedstawia zaistniałe wydarzenia, ale też ukazuje histerię jaka opanowała wiktoriańskie społeczeństwo. Ludzie byli z jednej strony przerażeni brutalnością zabójstwa, z drugiej zafascynowani jego przyczynami, a co za tym idzie zafascynowani postaciami rodziny Kentów i detektywa Whichera.

Sprawa morderstwa w Road Hill House to fascynująca zagadka kryminalna, opisana przez Kate Summerscale w bardzo zajmujący sposób. Jak już wspomniałam, „The Suspiecions of Mr Whicher” to książka pełna faktów, a także detali dotyczących pracy policji oraz życia prywatnego i zawodowego jej członków. Chociaż takie nagromadzenie szczegółów dotyczących sprawy, jak i innych dochodzeń prowadzonych przez Whichera pod koniec zaczęło mnie nużyć, to autorce należą się wielkie brawa, za tak fantastyczne przedstawienie wydarzeń i stworzenie z niej prawdziwej, wciągającej opowieści. „The Suspiecions of Mr Whicher” ma wszystko, co prawdziwy kryminał powinien posiadać – intrygującą zagadkę, szereg fascynujących postaci, w tym postać detektywa, a także satysfakcjonujące zakończenie. Jednym słowem – książka Kate Summerscale to opowiedziana z pasją prawdziwa, wiktoriańska powieść detektywistyczna. Polecam ją miłośnikom kryminałów historycznych, a także wszystkim zafascynowanym epoką wiktoriańską.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Aneta Borowiec - "Wilczyce"

Kiedy się mogło człowiekowi zdawać, że w temacie „młoda kobieta wraca do rodzinnego gniazda by poukładać sobie życie na nowo” nic nowego się nie da powiedzieć, okazuje się, że co jakiś czas pojawia się nowy, interesujący głos. Aneta Borowiec, autorka debiutanckiej powieści „Wilczyce” udowadnia, że nie zawsze nasze życie kręci się wokół potrzeby znalezienia życiowego partnera, że czasem inne relacje są zdecydowanie ważniejsze. 

Bohaterką powieści jest Natalia, która wiedzie w miarę ustabilizowane życie u boku mężczyzny, który co prawda księciem nie jest, za to jest mężczyzną przyszłościowym – bez niespodzianek, bo tych Natalia i tak nie lubi, ale też i bez wstrząsów. Natalia ma też kilka przyjaciółek, a wśród nich tę najbliższą, Alicję - łączy je wspólne dzieciństwo spędzane na podwórku i skomplikowane relacje z matkami. Na razie wszystko się zgadza, prawda? Do tego nagle świat Natalii się wali, mężczyzna (jak zwykle w takich sytuacjach bywa) okazuje się niewarty uczuć, więc co robi nasza bohaterka? Tak jest, ucieka do zacisznego domku babci w Wilczycach i liże rany. Ale zdziwi się ten, kto myślał, że Natalia odnajdzie tam sens życia, nowa pracę i wymarzonego mężczyznę. Zdziwi się, ale nie rozczaruje, bo „Wilczyce” to nie jest tylko opowieść o stosunkach damsko-męskich, ale i o pogmatwanych stosunkach rodzinnych. Pojawiają się co prawda moje ulubione elementy (dom i tajemnica), ale Aneta Borowiec układa je w innej konfiguracji.

Co mi się w powieści spodobało najbardziej? To, że „Wilczyce” to powieść o kobietach – matkach, córkach, babkach, siostrach, przyjaciółkach. Relacje między nimi są skomplikowane, czasem bolesne, czasem pełne ciepła, czasem – jak w przypadku Natalii – bardzo gwałtowne. Już pierwsza scena książki z udziałem Marii i jej córki wieje chłodem, przemawia dobitnie do czytelnika. Padają silne słowa – obojętność, rozczarowanie, nienawiść. Co się za nimi naprawdę kryje odkrywa czytelnik stopniowo i powoli, wraz z Natalią odkrywając rodzinne sekrety i odnajdując odpowiedzi na nigdy nie zadawane pytania. Jak już wspomniałam, „Wilczyce” to bardzo kobieca książka. Mężczyźni są w niej właściwie tylko akompaniamentem i przedstawicielki „słabej” płci niejednokrotnie okazują się od nich silniejsze. Miłosz i Antoni, niewierny Tomasz, nieobecni mężowie prababek i praciotek służą właściwie jako tło dla to silnych kobiet, mieszkanek Wilczyc. Przyznam się, że miałabym straszną ochotę, żeby przeczytać więcej o ciotkach, babce i prababce Natalii, o jej dziadkach - Wandzie i Antonim, o rodzinnych historiach Natalii. Rodzinne opowieści zawsze mnie pociągają, a w tej książce było mi ich zdecydowanie za mało. 

Spodobało mi się też to, że „Wilczyce” to powieść napisana bardzo ładnym językiem, wyważonym i spokojnym. Jedyne co mnie nieco znużyło, to długie według mnie rozpoczęcie, bo miałam wrażenie, że byłam już w połowie książki, kiedy w ustabilizowanym świecie Natalii wreszcie coś drgnęło. Z drugiej strony – może się mylę, pisząc, że nic się nie działo, bo „Wilczyce” to nie jest powieść, w której szalona akcja gna przez strony i z głośnym piskiem opon hamuje na finiszu. To raczej książka powolna, skłaniająca do przemyśleń. Być może początek dłużył mi się, bo książkę czytałam powoli, zmęczona nawałem pracy?

W każdym razie polecam „Wilczyce” Anety Borowiec przede wszystkim czytelniczkom zmęczonym ucieczkami bohaterek w ramiona przypadkiem poznanych mężczyzn, ale też tym, które jak ja uwielbiają powieści o rodzinach i tajemnicach. Zapraszam do Wilczyc, do domu babci Wandy na lemoniadę i rozmowy o ważnych sprawach.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Two Brothers" - Ben Elton

Ben Elton to autor, który do tej pory kojarzył mi się z lekkimi, dowcipnymi powieściami, które leżały zupełnie poza sferą moich zainteresowań. „Two Brothers” („Dwaj bracia”) to jego najnowsza powieść, zupełnie inna od jego poprzednich książek, zainspirowana pogmatwanymi losami rodziny autora. Nie pamiętam, gdzie po raz pierwszy o książce przeczytałam, ale zapamiętałam charakterystyczną okładkę – czerwone swastyki na tle szarej Bramy Branderburskiej, jednej z najbardziej rozpoznawalnych wizytówek Berlina, nie tylko przykuwają uwagę, ale i od razu wyraźnie określają czas i miejsce akcji. 

Berlin, 1920 rok. Frieda i Wolfgang Stengel zostają rodzicami bliźniaków. Jeden z chłopców jest ich naturalnym synem, drugi zostaje adoptowany w kilka godzin po narodzinach. Jeden z nich jest Żydem. Obaj żyją w kraju, który już za kilkanaście lat ogarnie nazistowska gorączka. Książka Bena Elton „Two Brothers” to opowieść o rodzinie, której więzy zostaną przetestowane do granic możliwości i o wyborach, które dokonują ludzie w sytuacjach bez wyjścia.

Tematyka wojenna, a szczególnie poruszająca losy ludności żydowskiej, do łatwych nie należy – trudno jest zachować równowagę, by z jednej strony nie popaść w zbytni patos, z drugiej – nie spłycić treści. „Two Brothers” to właściwie powieść obyczajowa o miłości z wojną w tle, poruszająca i momentami chwytająca za serce, ale według mnie do wielkich powieści wojennych nie należy. Choć Ben Elton przedstawia przejmująco los zamieszkujących Berlin Żydów, którzy krok po kroku poddawani są coraz to dotkliwszym szykanom, chociaż w jego powieści jest i przemoc i okrucieństwo i ludzkie nieszczęście, to jednak te sprawy zajmują plan dalszy, czasem znikając w tle toczących się zdarzeń. Autor koncentruje się na ukazaniu historii przyjaciół - dwóch młodych chłopców i dwóch młodych dziewcząt, którzy pochodzą z różnych środowisk i klas społecznych, pokazując w jaki sposób społeczna i polityczna historia Berlina i Niemiec wpłynęły na ich los. Chociaż tytułowi bracia są centralnymi postaciami książki, Elton czyni ich rodziców równoprawnymi bohaterami powieści, by w ten sposób lepiej ukazać historyczne i społeczne tło. Wraz z bohaterami powieści uczestniczymy więc w szalonych i dekadenckich zabawach rozrywkowego Berlina lat dwudziestych, którym kres przynosi krach na Wall Street i pogarszająca się sytuacja gospodarcza kraju. Z niedowierzaniem i niepokojem śledzimy sytuację polityczną Niemiec, wzrastający antysemityzm i wreszcie dojście nazistów do władzy. Jednak na pierwszym planie rozgrywa się miłosny dramat – młodzi chłopcy i dziewczęta dojrzewają, zakochują się po raz pierwszy, próbują wieść normalne życie w czasach, które normalności przeczą. 

Muszę przyznać, że Ben Elton stworzył w powieści ciekawych, chociaż nieco stereotypowych bohaterów. Myślę, że starając się skontrastować ich ze sobą, autor czasem poszedł nieco za daleko – mamy więc do czynienia z ostrym zestawieniem cech fizycznych i psychicznych, różnic społecznych, religijnych i politycznych. Głównym motywem książki jest niestające uwielbienie, jakim darzą piękną Dagmar obaj bracia – i to właśnie Dagmar jest dla mnie w tej powieści najciekawszą, chociaż i najbardziej denerwującą postacią. Jej losy również są w tej powieści najciekawsze - Dagmar to nieco zepsuta, piękna księżniczka, córka uwielbiających ją, majętnych rodziców, która nagle traci wszelkie przywileje i zmuszona jest wieść życie zupełnie różne od tego, do jakiego przywykła.

Również tempo książki nie jest równe – zdarzają się fragmenty zbyt wolne, które po prostu brzmią jak powtórzenia, w innych miejscach akcja przyspiesza, szaleńczo przeskakuje do przodu. Wydaje mi się, że książka mogłaby być nieco krótsza, byłoby też ciekawiej, gdyby autor skoncentrował się przede wszystkim na wojennych latach, a równocześnie rozwinąć kilka schematycznie naszkicowanych fragmentów, szczególnie bliżej zakończenia powieści.

Zanim pomyślicie, że książki Bena Eltona czytać nie warto, uspokoję was, że pomimo tych mankamentów „Two Brothers” to wciągająca, przejmująca i skłaniająca do refleksji lektura. Historia Otto i Paulusa, dwóch mężczyzn uwikłanych w wojenną zawieruchę po przeciwnych stronach konfliktu, to opowieść o miłości i zdradzie, o woli przetrwania i o tym, jak wiele możemy poświęcić, by przeżyć. Nie nazwałabym tej lektury czytadłem, ale jest to lektura skutecznie pochłaniająca uwagę czytelnika.