Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 lutego 2013

Gervase Phinn - "The Other Side of the Dales"

Po zaganianym tygodniu w pracy miło jest odpocząć i dla odmiany poczytać książkę spokojną i niespieszną, a jednocześnie lekką i zabawną. Mój wybór padł na „The Other Side of the Dale” Gervase Phinna i już teraz cieszę się, że czekają mnie także inne książki tego sympatycznego autora. Gervase Phinn najpierw pracował przez czternaście lat jako nauczyciel, a potem podjął pracę w inspektoracie szkolnym w hrabstwie Yorkshire. „The Other Side of the Dales” to pierwszy tom jego poczytnej autobiograficznej serii opartej na doświadczeniach z okresu pracy jako szkolny inspektor i doradca zawodowy. Gervase Phinn jest nazywany „szkolnym Jamesem Herriotem” i nie sposób uciec temu porównaniu. Kiedyś już pisałam o tym, że uwielbiam książki Jamesa Herriota o pracy weterynarza w angielskim hrabstwie Yorkshire. Książka Phinna wywarła na mnie równie pozytywne wrażenie – ciepła, pełna anegdot i interesujących charakterów – to opowieść, która poprawia humor, a jednocześnie wyzwala nostalgiczne wspomnienia ze szkolnych lat. 

„The Other Side of the Dales” opowiada o pierwszym roku spędzonym na wizytowaniu szkół, poznawaniu nowych kolegów, a także na nieśmiałych próbach nawiązania znajomości z Christine Bentley, dyrektorką szkoły Winnery Nook. Pojawiają się w książce wyraziste postacie drugoplanowe, jak chociażby sprzątaczka Connie, czy Sidney i Harold, koledzy-inspektorzy, czy pani Savage, potwór w spódnicy, przed którym drżą wszyscy pracownicy placówki. Gervase Phinn, jest bardzo sympatycznym narratorem, który na swoje doświadczenia potrafi patrzeć z dystansem. Potrafi też pisać zabawnie, szczególnie jeśli temat dotyczy jego ulubionego tematu: szkół, a zwłaszcza dzieci. To właśnie uczniowie z wizytowanych szkół są w tej książce są bardzo trafnymi obserwatorami, zabawnymi komentatorami, a ich dialogi z Gervasem, szczere do bólu, czasem obnażające niewiedzę inspektora (jak można nie znać się na rasach owiec?!), są chyba najzabawniejszymi fragmentami tej książki. I chociaż pojawiają się tez momenty, w których autorowi pióro nieco oklapło, to całość czyta się bardzo dobrze. Jedyne, co może sprawić czytelnikowi trudność, to fragmenty dialogów, w których Phinn posługuje się gwarą, ale myślę, że jeśli przeczyta się je na głos, można je lepiej zrozumieć.

Zdjęcie pochodzi ze strony autora
W przypadku książki opartej na wspomnieniach zawsze zastanawiam się, na ile szczery jest autor w ukazywaniu swoich doświadczeń – myślę, że Gervase Phinn chciał przede wszystkim skoncentrować się na doświadczeniach pozytywnych. W jego wspomnieniach praca inspektora pełna jest niespodzianek, ale zawsze przynosi olbrzymią satysfakcję. Czytelnik może tylko podziwiać inwencję i zapał nauczycieli malutkich wiejskich szkółek, którzy zapałem dbali o wychowanie i edukację małych podopiecznych. Nie ma w tej książce właściwie żadnych smutków, żadnych niepowodzeń, nieprzyjemności. Z jednej strony – rozumiem, że książka według założenia autora miała być zbiorem wesołych anegdot, ale myślę, że dla kontrastu, przydałoby się też trochę mniej zabawnych wspomnień.

Jak już wspomniałam, czytając „The Other Side of the Dales” nie sposób uniknąć porównań z Jamesem Herriotem. Kolejnym motywem łączącym te książki jest wyraźna fascynacja autora pięknem przyrody hrabstwa Yorkshire. Phinn zachwyca się mijanymi w czasie swych podróży krajobrazami, na pozór niegościnnymi i odludnymi, ale pełnymi ukrytego piękna. Lecz chociaż mieszkańcy Yorkshire zawsze są wobec niego serdeczni, dla miejscowych wciąż pozostaje „obcym". Mam nadzieję, że w kolejnych częściach cyklu sympatyczny narrator  wreszcie zostanie uznany za człowieka "swojego"...

Polecam „The Other Side of the Dales” wszystkim miłośnikom cyklu Herriota, wielbicielom Yorkshire i nauczycielom. Sama pozostaję pod wpływem Yorkshire - właśnie kończę lekturę bardzo podobnej książki - „Teacher, Teacher!!” Jacka Sheffielda. Mam zamiar zabrać się też za wspomnienia wiejskiego policjanta opisane w książce „Now Then Lad” , której autorem jest Mike Pannett. A może polecicie mi jakieś inne, podobne książki?

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Janina Fedorowicz, Joanna Konopińska - "Marianna i róże"


Wszystko zaczęło się od kufra z rodzinnymi pamiątkami, należącego do prababki jednej z autorek, Róży Malinowskiej. Kufer ten, pełen rodzinnych zapisków, dokumentów i listów, stał się kanwą tej niezwykłej opowieści o życiu ziemiańskiej rodziny z Wielkiego Księstwa Poznańskiego, toczącej się na przełomie XIX i XX wieku. Napisana w formie pamiętnika powieść „Marianna i róże” Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej, to zapis codziennego życia zwyczajnej rodziny, której przyszło żyć w burzliwych czasach.

W 1891 roku Marianna i Michał Jasieńscy przeprowadzili się wraz z piątką dzieci do Polwicy, w powiecie średzkim w Wielskopolsce. Majątek ten został zakupiony przez Michała po latach pracy w majątku znanej polskiej działaczki, Emilii Szczanieckiej, w Pakosławiu. Pamiętnik Marianny zaczyna się w 1892 roku od odwiedzin jej starszej siostry, Józi, a kończy w 1914 roku, w przededniu wojny, która, jak napisały we wstępie autorki, częściowo zniszczyła, a częściowo na zawsze zmieniła świat, w którym żyła rodzina Marianny.

„Marianna i róże” to książka o fascynująco zwyczajnym życiu średniozamożnej ziemiańskiej rodziny, to pieczołowicie i z pietyzmem zrekonstruowany wycinek nieistniejącego już świata ze swymi tradycjami i zwyczajami, pełen szczegółów zapis życia jakie wiodła rodzina Jasieńskich. „Marianna i róże” to przede wszystkim zapis życia ziemiańskiego domu – chociaż rodzina podróżowała czasem w odwiedziny do krewnych, nad morze lub w góry, w celu podreperowania zdrowia matki Marianny, Róży (zwanej Busią), to życie toczyło się głównie w domu, wokół spraw powszednich. Mamy więc w książce opisy ślubów, pogrzebów, chrzcin, imienin, opisy świątecznych uroczystości, dożynek i innych uroczystości rodzinnych. Są też i opowieści o miłości, rodzinne dramaty, i codzienne drobne sprawy domowe, problemy z nauczycielkami, przygotowania do wyjazdów panienek na pensję, zakupy w poznańskich składach... Są interesujące opisy sukien, ślubnych wypraw, wystroju wnętrz. Na głowie pani domu leżało sprawowanie pieczy nad domowym gospodarstwem, służbą, wychowanie siódemki dzieci, obowiązki towarzyskie. Do tego Marianna wraz z mężem angażowała się w działalność społeczną, mającą na celu krzewienie polskiej kultury, pomoc najbiedniejszym i poprawę stanu polskich majątków, sporo jest więc w książce rozważań na temat wzorowego prowadzenia gospodarstwa, wspomnień o znanych wielkopolskich działaczach i ich pracy. Wszystko to splata się w niesamowicie wciągającą, pełną fascynujących detali i momentami wzruszającą opowieść.

W tle powieści – równie fascynująca historia. Przełom XIX i XX wieku to ostatnie lata zaborów, które dla mieszkańców Wielkiego Księstwa Poznańskiego były szczególnie dotkliwe – postępujące wysiłki władz pruskich zmierzające do germanizacji polskiego społeczeństwa, szczególnie usunięcia języka polskiego ze szkół, napotykały na opór Polaków, wciąż toczyła się walka o zachowanie polskości. Jasieńscy utrzymują kontakty tylko z polskimi sąsiadami, zakupy robią tylko w polskich sklepach. Uczą dzieci – zwłaszcza jedynego syna, Stasia, który musiał uczyć się w szkole w języku niemieckim – poszanowania ojczystego języka i historii. Wśród kart tej opowieści przewijają się też postacie wybitnych i zasłużonych Polaków, których Marianna i Michał znali, lub mieli okazję spotkać. Wzruszają się więc wystąpieniami Henryka Sienkiewicza, Ignacego Padarewskiego, podziwiają prace czołowych polskich społeczników, takich jak Emilia Szczaniecka, biorą udział w przedstawieniach teatralnych, chodzą na odczyty. 

Chociaż „Mariannaróże” to nie jest prawdziwy pamiętnik, nie można zapomnieć o tym, że bohaterowie książki to postacie prawdziwe. Zapiski Marianny przybliżają czytelnikowi nie tylko życie mieszkańców dworku, ale i ich charaktery, osobowości i osobiste problemy. Córki Jasieńskich po kolei dorastają, wychodzą za mąż, rodzą dzieci, Marianna i Michał starzeją się, ich życie zwalnia tempo – posłowie książki to zapisek z 1926 roku, kiedy to państwo Jasieńscy szykują się do przeprowadzki do Poznania. O ich dalszych losach, sprzedaży Ostrowieczka, kupnie mniejszego majątku Żelazno koło Kościana, o przekazaniu majątku synowi, o losach ich dzieci i wnuków w skrócie opowiada sporządzona przez autorki notatka na końcu książki. Można tylko pokręcić z podziwem głową nad gospodarnością Michała, któremu ciężką pracą udało się nie tylko zapewnić dostatnie życie licznej rodzinie, ale i zakupić w 1904 roku większą posiadłość, Ostrowieczko, nad pracowitością i zapobiegliwością Marianny, której udało się szczęśliwie wydać za mąż wszystkie córki. A potem można tylko zamknąć książkę i z westchnieniem żalu odłożyć ją na półkę.

„Marianna i róże” to książka którą gorąco polecam tym, którzy jak ja uwielbiają czytać o życiu prawdziwych ludzi, o dawno minionych latach, o zapomnianych zwyczajach i codziennym życiu. Znajdziecie w niej nie tylko wspaniale nakreślone tło historyczne, stanowiące społeczną kronikę życia pod zaborami na przełomie XIX i XX wieku, wciągające opowieści, ale i fascynujące szczegóły i detale, wycinki z życia zwykłych ludzi, tę niecodzienną codzienność, czyli to, co sama lubię chyba w podobnych książkach najbardziej.

poniedziałek, 2 lipca 2012

"Darowane kreski" - Joanna Papuzińska

Czy znacie książki i wierszyki pani Joanny Papuzińskiej? Ja pamiętam „Naszą mamę czarodziejkę” i „Rokisia”. Natomiast nie wiedziałam, że autorka napisała też tomik wspomnień z dzieciństwa spędzonego w okupowanej i powojennej Warszawie. Dziękuję więc Yenn, bo to ona poleciła mi jakiś czas temu na blogu „Darowane kreski” Joanny Papuzińskiej. Znalazłam je w magazynie POSKu (wraz z innymi skarbami) i właśnie skończyłam czytać. Od razu dodam, że moje wydanie ma zupełnie inną okładkę, zieloną, a pochodzi z 1994 roku. Sama zaś książka została napisana w 1989 roku.
Darowane kreski” to książka opisująca świat widziany z perspektywy dziecka, pełen zapamiętanych szczegółów, małych zdarzeń i wspomnień. Często autorka waha się, przyznając, że jej pamięć jest niedoskonała, ale zapamiętane szczegóły są interesujące, ciekawe i ukazują nam obraz Warszawy powojennej i nieprzeciętnej rodziny małej Joasi. Pisarka urodziła się bowiem w styczniu 1939 roku i wczesne dzieciństwo spędziła w okupowanej Warszawie i podwarszawskich miejscowościach.
Joanna Papuzińska koncentruje się na detalach zapamiętanych z dzieciństwa – widziane oczyma dziecka, w dodatku dziecka obdarzonego bujną wyobraźnią, tworzą one kanwę opowieści. Dopiero gdzieś w tle czytelnikowi ukazuje się większy obraz – wojenne dzieciństwo, powojenne lata szkolne... Wojna, okupacja, powstanie, odbudowywanie Warszawy – to zdarzenia w świecie małej Joasi zajmujące dalsze miejsce. Jakże ważniejsze są wspomnienia matki, utraconej w czasie wojennej zawieruchy, zapamiętane zabawy w chowanego, tajemnicze tramwaje pojawiające się na suficie, zabawy wśród gruzów, spacery ze szkolnymi przyjaciółkami, czy letnie wyjazdy do podwarszawskiej gajówki, Stefanki.
Wkrótce pojawiają się we wspomnieniach ciemniejsze tony, okazuje się, że zakończenie wojny nie przynosi upragnionego pokoju – dorośli mają swoje tajemnice, które omawiają szeptem, są niezrozumiane przez dzieci zakazy, są też sprawy, o których się po prostu nie mówi.
Joanna Papuzińska napisała książkę pełną ciepła i nostalgii. Kiedy wspomina lata wojenne, tułaczkę po obcych domach, pisze o tych trudnych tematach w sposób prosty, oszczędnymi słowami, tak, jak rozumiało je małe dziecko, którym wtedy była. Pojawiają się postacie mamy i taty, rozlicznych ciotek, tych prawdziwych i przyszywanych, a także rodzeństwa. Pisarka wspomina skromne życie w przepełnionym mieszkaniu, proste zabawy dzieci, pierwsze szkolne przeżycia. Pojawiają się też książki i wspomnienia pierwszej wizyty w pobliskiej bibliotece.
Z kartek książki przebija pozytywna, pełna ciepła atmosfera – czy mowa jest o przygotowaniach do świąt, czy o codziennych obowiązkach, dzielonych pomiędzy członkami rodziny. Ważne jest poczucie patriotyzmu, zakorzenione w dzieciach od maleńkości, poczucie wspólnoty i koleżeństwa. „Darowane kreski” to cieniutka książeczka w zamierzeniu adresowana jest chyba do młodszego czytelnika, ale nie jestem pewna, czy znalazłaby dzisiaj w tej grupie wiekowej wdzięcznego odbiorcę. Natomiast ja przeczytałam ją z przyjemnością i uśmiechem na twarzy.
Na zakończenie, smakowity fragment z książki opisujący świąteczny zwyczaj, który nadzwyczaj przypadł mi do gustu: „Po wigilijnym wieczorze dom nasz zapadał w rozkoszne świąteczne odrętwienie. Nadchodził pierwszy dzień świąt, który też miał swoje obyczaje. Tego dnia w ogóle nie robiło się śniadania i nie wstawało się z łózek do bardzo późnej godziny. Cały dom zamieniał się w wielką sypialną czytelnię, a to dlatego, że połowę co najmniej prezentów stanowiły książki. Lecz nie żadne tam nudziarstwa, tylko wspaniale dobrane czytadła, każdemu według gustu i najskrytszych pragnień.”
Czyż nie jest to wspaniały opis kształtującej się pasji?

sobota, 28 stycznia 2012

Siostry Kossakówny ("Maria i Magdalena" - Magdalena Samozwaniec)

Dawno temu, był sobie mały, śliczny dworek na przedmieściach Krakowa, w którym mieszkał Tatko, Mamidło i dwie siostry. Była też Babunia i Dziadzio, brat, wujkowie i ciocie. Były psy, ptaszki, świnki morskie i koń. Były zabawy z kuzynami i przyjaciółmi w ogrodzie. Dom pełen był ciepła i radości, bo mieszkające tam siostry wiodły sielskie życie, które potem młodsza opisała w pewnej książce. Tym domem była Kossakówka, siostrami – przyszła poetka i dramatopisarka, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i przyszła satyryczka, Magdalena Samozwaniec, a książka to oczywiście „Maria i Magdalena” autorstwa Magdaleny Samozwaniec.
Nie jest to moje pierwsze spotkanie z tą książką. Czytałam ją wiele razy wcześniej jako studentka, a potem, po wyjeździe do Londynu, czytywałam ją fragmentami podczas wakacji spędzanych w domu – lubiłam zanurzyć się w rozdziałach, podczytywać je po kawałku i zostawić resztę na kolejny raz. Mój „domowy” egzemplarz, poniszczony i poklejony, nie zniósłby podróży i rozstania z moją mamą, więc kiedy jakiś czas temu dowiedziałam się, że Świat Książki wydał wznowienie tej książki, podskoczyłam z radości, kupiłam i przytargałam ją do domu. Przeczytałam ją jednak dopiero teraz – po raz pierwszy od wielu lat w całości.
Magdalena Samozwaniec napisała „Marię i Magdalenę” w 1956 roku. Maria nie żyła już od ponad dziesięciu lat, rodzice zmarli kilka lat wcześniej. Książka, w której satyryczka powraca do swojego dzieciństwa i czasów młodości, to swoisty hołd złożony ukochanej siostrze i ojcu. Wydaje mi się, że Samozwaniec chciała w ten sposób przywołać do życia minione, beztroskie lata, zachować w pamięci bliskie jej osoby, w szczególności siostrę, z którą wojna ją brutalnie rozłączyła. Przy okazji chciała tez sportretować minioną epokę, świat, który zmieniła się na zawsze i ludzi, którzy odeszli wraz z nim.
Rezultatem jest właśnie ta nieprawdopodobnie interesująca książka, pełna rodzinnych anegdot i historii, portret jednej z najbardziej znanych rodzin artystycznych, a równocześnie barwny zapis życia i obyczajów społecznych dwudziestolecia międzywojennego.
Maria, zwana Lilką, i Madzia Kossakówny przyszły na świat w 1891 i 1894 roku. Wspomnienia Samozwaniec obejmują więc ostatnie lata zaborów, okres pierwszej wojny światowej, ale koncentrują się przede wszystkim na latach dwudziestych i trzydziestych, opisując życie społeczne i kulturalne niepodległej Polski. Fascynujące są opisy beztroskiego dzieciństwa i młodości sióstr – a szczególnie wspominane przez autorkę ówczesne metody wychowawcze, horrendalne czasem zwyczaje higieniczne, edukacja domowa, wyjścia do teatru i bale, którymi żyły ówczesne panny. Pojawiają się też dowcipne i satyryczne portrety członków rodziny Kossaków i snobistycznych elit Krakowa czy Zakopanego. Wraz z siostrami odwiedzamy krakowskie i zakopiańskie sklepy, domy mieszczańskie i ziemiańskie, bywamy na przyjęciach, w kawiarniach i klubach. Poznajemy malarzy, przyjaciół jej ojca, Wojciecha Kossaka. A kiedy nadchodzi wreszcie czas Drugiej Rzeczpospolitej, niezwykle barwne pióro Samozwaniec przenosi nas też do Warszawy. Autorka przedstawia czytelnikowi świat artystycznej śmietanki – pojawiają się znane nazwiska przyjaciół sióstr – Tuwim, Lechoń, Słonimski, rozwijają się też kariery obu sióstr... Nikt nie może zaprzeczyć, że „sisters” wiodły fascynujące życie! Do tego dochodzą odbywane przez nie podróże i wycieczki zagraniczne, źródło ciekawych anegdotek i interesujących przygód... Osobne rozdziały są poświęcone małżeństwom obu sióstr i ich rozwodom. Samozwaniec bywa często złośliwa, kreśląc sylwetki mężów, nie jest też specjalnie miła, kiedy pisze o ich rodzinach. Jedynie Stefan Jerzy Jasnorzewski, Lotek, trzeci i ostatni mąż Lilki, spotkał się z aprobatą pisarki i zasłużył na łagodne traktowanie.
„Maria i Magdalena” to książka przy której nie można się nudzić! Trzeba przyznać, że Magdalena Samozwaniec była świetną satyryczką i potrafiła przypiąć łatkę, wyśmiać pewne zjawiska, ukazać w krzywym zwierciadle interesujące postacie... Potrafiła też jak nikt opowiedzieć dowcipna anegdotkę, a znała ich niezliczoną ilość – nie tylko dotyczących własnej rodziny. W książce pobrzmiewa też nutka nostalgii, gdy z westchnieniem smutku opowiada autorka o świecie, który odszedł na zawsze – wspomina ludzi i miejsca, których już nie ma. I tak jak Samozwaniec nie potrafi pozostać obiektywna pisząc o swojej siostrze, tak i ja nie potrafię pozostać obiektywna wobec tej książki – to jedna z moich ulubionych lektur, zawsze zajmująca, zawsze pełna interesujących postaci, dowcipna, pełna czaru i uroku - zupełnie jak siostry Kossakówny. Fascynująca podróż do dawnej epoki, w której każdy czytelnik odnajdzie coś interesującego.
Jak już wspomniałam, książkę przeczytałam już wielokrotnie, ale dopiero tym razem spojrzałam na nią w nieco inaczej. Po raz pierwszy zauważyłam niemal bałwochwalczy stosunek autorki do Ojca – Wojciecha Kossaka, swojej uwielbianej siostry, Lilki, drobne złośliwości pod adresem niektórych postaci pojawiających się w książce, a także pewne ominięcia. Muszę przyznać, że do mojego odbioru „Marii i Magdaleny” przyczyniła się do tego między innymi lektura rozdziału książki Sławomira Kopra „Życie prywatne elit artystycznych drugiej Rzeczypospolitej”, poświęconego rodzinie Kossaków. To właśnie Koper wspomina o „wielkiej nieobecnej”, Teresie Starzyńskiej, córce Magdaleny, o jej bracie Jerzym, również pomijanym w opowieściach i anegdotkach rodzinnych. Interesujące, że tak ważni (wydawałoby się) członkowie rodziny Kossaków zajmują tak marginalne miejsce w tej opowieści. Oczywiście, książka z założenia opowiada historię „sisters”, utalentowanych sióstr, ulubienic światka artystycznego i sama autorka przyznaje się, do swojego bezkrytycznego stosunku do siostry i ojca. Nie jest to przecież udokumentowana biografia, jest to raczej opowieść biograficzna, pełna subiektywizmu i oparta na wspomnieniach – mimo iż napisana w trzeciej osobie. Nie dziwi mnie taki, a nie inny stosunek autorki do postaci opisywanych w książce. Napisała ją przecież siostra i córka, oparła ją na swoich własnych wspomnieniach i w dodatku nigdy nie zaprzeczała, że nie jest obiektywna. 
Natomiast nie mogę nie wspomnieć o jednej rzeczy, która nie tylko zdenerwowała mnie, ale i zepsuła nieco lekturę tej książki, a mianowicie niechlujną korektę. Nie dość, że w książce znalazłam jakieś literówki, to (co najgorsze) znalazłam też dwa miejsca, w którym kawałek tekstu został w jakiś sposób ominięty – przez co te fragmenty straciły sens... Specjalnie zadzwoniłam do mamy i kazałam jej porównywać fragmenty jej wydania. Cóż. Mam nadzieję, że w ewentualnych przyszłych wydaniach, te błędy zostaną naprawione. Mam tez nadzieję, że pomimo mojego ostrzeżenia przeczytacie książkę. Naprawdę warto. 
(Zdjęcia użyte na blogu pochodzą z tej strony.)

środa, 25 stycznia 2012

"Call the Midwife" - Jennifer Worth

Urodzona w 1935 roku Jennifer Worth w latach pięćdziesiątych zaczęła pracę jako położna w dzielnicy portowej Docklands, najbiedniejszej części Londynu. W slumsach East Endu, gdzie wciąż jeszcze widniały ślady bombardowań wojennych, gdzie ludzie często żyli w pośpiesznie i byle jak skleconych tymczasowych schronieniach, gdzie panowało przeludnienie i bieda, młoda Jenny Lee pracowała u boku sióstr z anglikańskiego zakonu Świętego Raymunda Nonnatusa (w rzeczywistości był to zakon Nursing Sisters of St John the Divine). Dla Jenny, która pochodziła z zamożnej rodziny, warunki w jakich kobiety rodziły dzieci były szokiem – jeszcze pięćdziesiąt lat temu kobiety rodziły przeważnie w domach, bez asysty lekarzy, w bólu i cierpieniu, a śmiertelność noworodków była na porządku dziennym, podobnie jak i wielodzietność – a mówimy tu nie o kilkorgu dzieciach, a kilkunastu, stłoczonych wraz z rodzicami w dwóch-trzech pokojach. W 2008 roku powstała bestsellerowa książka, „Call the Midwife”, oparta na wspomnieniach Jennifer Worth z tego okresu. Książka niesamowicie wciągająca, poruszająca i bardzo ciekawa. 
Bardzo wcześnie w „Call the Midwife” Worth pisze, że nie myślała, że ludzie mogą tak żyć... Ten szok i niedowierzanie towarzyszy jej podczas pierwszych wizyt, podczas pracy w poradni dla kobiet w ciąży, prowadzonej przez zakonnice, kiedy bada kobiety, odwiedza je w domach i poznaje powoli świat, w którym żyją. Stopniowo jej niedowierzanie (a nawet niechęć) przeradza się w podziw i uznanie. Kobiety, z którymi się spotyka z racji wykonywanego zawodu, zaczynają jej imponować – nie tylko tym, że rodzą dzieci, wychowują je, są żonami i matkami, ale też i tym, że żyjąc w potrafią też żartować, śmiać się i po prostu ŻYĆ.
Przeczytałam gdzieś, że „Call the Midwife” to niemalże dokument socjologiczny.  Autorka wiele uwagi poświęca opisom życia mieszkańców dzielnic East Endu. Nie tylko wspomina okropne warunki mieszkaniowe, brak toalet, ciepłej wody, przeludnienie i zatrważające nieraz warunki higieniczne, ale pisze też o wielu innych problemach, z jakimi musiały zmagać się kobiety w tamtych czasach, takich jak dzieci ze związków mieszanych, prostytucja, odbieranie dzieci rodzicom... Co ciekawe, Worth pisze, że jej zawód cieszył się tak wielką estymą, że chociaż policjanci nie zapuszczali się w dzielnice doków pojedynczo, położne i pielęgniarki mogły bezpiecznie chodzić na wezwanie bez niczyjej asysty i wszędzie były przyjmowane z szacunkiem.
W tej bardzo kobiecej książce, zaludnionej przez kobiety, dotyczącej problemów kobiet – mężczyźni pojawiają się bardzo rzadko. Mężowie nie mieli prawa wstępu do pokoju, w którym rodziła kobieta, nie sądzę też, żeby im przeszło do głowy, by być przy porodzie obecnym. Są więc traktowani marginesowo, zazwyczaj pojawiając się w opowieści tuż po szczęśliwym rozwiązaniu. Jest jednak w tej historii kilka wyjątków... Przede wszystkim mężczyzn reprezentuje w tej powieści Fred, człowiek od wszystkiego pracujący w domu zakonnic, pojawia się też kilku przyjaciół Jenny, z którymi spędza ona wolne wieczory. Z nimi też są związane zabawne rozdziały tej książki.
Oprócz opowieści o matkach i ich potomstwie, Jennifer Worth pisze też o swoich współpracownicach – mniej miejsca w książce poświęca innym położnym, które z nią pracowały, za to dużo pisze o zakonnicach i ich pracy. Wydaje mi się, że siostry bardzo jej imponowały swoim poświęceniem, spokojem i oddaniem zarówno swojej pracy jak i swojej wierze. Sceptyczna początkowo Worth często wspomina w książce o swoich doświadczeniach związanych z rozwojem duchowym i wędrówką ku wierze.
Mimo iż „Call the Midwife” to książka oparta na wspomnieniach autorki, pewne tematy są frustrująco pominięte. Nie wiele wiemy o życiu Jenny we wczesnej młodości, nie wiemy też, co skłoniło ją do wybrania kariery położnej. Z gazet dowiedziałam się jednak, ze w latach siedemdziesiątych Worth porzuciła położnictwo, by zająć się muzyką. I jest to jedyny zgrzyt w tej powieści – doprawdy sądziłam, że Worth była położną z zamiłowania, że kochała ten zawód i pracowała w nim przez wiele lat... Mimo wszystko jej wspomnienia są fascynujące i niosą ze sobą potężny ładunek emocjonalny.
„Call the Midwife” to książka momentami dowcipna, momentami zaskakująca, a czasem poruszająca i przerażająca. Niektóre historie wywołują na twarzy uśmiech, inne są po prostu okropnie smutne, a wszystkie są bardzo prawdziwe. Bohaterami „Call the Midwife” są nie tylko siostry i położne, ale też zwykli ludzie – matki i ich dzieci, te niechciane, utracone, a także te kochane i wytęsknione. Każda historia opowiedziana przez Worth jest inna, każda porusza na swój sposób. Każda zostawia w czytelniku ślad.
Nie muszę chyba pisać, że gorąco zachęcam wszystkich do lektury? Na zachętę dodam jeszcze, że niedawno BBC rozpoczęła nadawanie serialu na podstawie książki Jennifer Worth - poniżej zwiastun. Muszę powiedzieć, że pierwszy odcinek bardzo mi się spodobał i czekam z niecierpliwością na kolejne!

poniedziałek, 28 lutego 2011

Wszystkie stworzenia duże i małe...

Pozostaję w krainie reminiscencji i powtórek. Na półce znalazłam trzy pierwsze części cyklu „Wszystkie stworzenia duże i małe” Jamesa Herriota i powoli dawkuję sobie „Jeśli tylko potrafiłyby mówić”, „To nie powinno się zdarzyć” i „Nie budźcie zmęczonego weterynarza” jako lekarstwa wspomagające w walce z obrzydliwym choróbskiem które się do mnie przyplątało. Darrowby, piękne doliny i wzgórza, fantastyczny James Herriot, uczynni i życzliwi mieszkańcy Yorkshire i plejada zwierząt (na czele z Tricky Woo), to lekarstwo na wszelkie dolegliwości, w tym bóle gardła, obrzydliwą pogodę, brak pieniędzy i zimowe zmęczenie materiału.
James Herriot to – jak się dowiedziałam niedawno – pseudonim literacki autora. Tak naprawdę nazywał się on James Alfred Wight. Był weterynarzem, który w latach 40 osiadł w Thrisk w hrabstwie Yorkshire (w książce to fikcyjna miejscowość Darrowby) i tam do końca życia (zmarł w 1995 roku) mieszkał i pracował. Tu zaczął też pisać swoje powieści, znane pod wspólnym tytułem „Wszystkie stworzenia duże i małe”, oparte częściowo na swoich wspomnieniach, które przyniosły mu pieniądze i sławę. Muszę przyznać, że nie czytałam (jeszcze!) całego cyklu, który liczy sobie chyba osiem części, ale już wiem, że muszę to zaniedbanie jak najszybciej nadrobić. Na pewno obejrzę też serial BBC  powstały na podstawie jego książek.
Herriot w swoich książkach opisuje to, co sam zna najlepiej – życie weterynarza w małym miasteczku, który leczy głównie zwierzęta na pobliskich farmach. Opowieści Herriota można nazwać książkami o zwierzętach, bo to one stają się głównymi bohaterami jego potyczek z zawodem. Weterynarzem jest być trudno, zwłaszcza, jeśli pacjenci nie chcą współpracować i zamiast stać spokojnie potrafią człowieka kopnąć, uciec mu, nadziać na rogi, nasikać na niego, albo mu niechcący nadepnąć na nogę... Herriotowi zdarzają się często zabawne sytuacje, bo jak to mówi jego szef i przyjaciel, Siegfried Farnon, „bardzo cieniutka granica dzieli naprawdę dobrego weterynarza od piramidalnego głupca”. Akcja tych opowieści toczy się w latach trzydziestych ubiegłego wieku, w czasach, gdy wiele powszechnie używanych dziś lekarstw, narzędzi i różnych udogodnień było jeszcze nieznanych. Leczenie zwierząt w tych warunkach miało w sobie coś z loterii lub magii, a bywało i tak, że proste dziś do wyleczenia choroby potrafiły zakończyć się śmiercią zwierzęcia.
Oprócz plejady przesympatycznych lub złośliwych zwierząt poznajemy też ich właścicieli. Cóż za charaktery możemy spotkać w książkach Herriota! Jest więc Siegfried Farnon, kłótliwy i irytujący czasem pracodawca, świetny weterynarz o wybuchowym temperamencie. Jest jego brat, Tristan, wieczny student, uciekający przed odpowiedzialnością, nie stroniący od pięknych dziewczyn, dobrego trunku i kłopotów. Jest i pani Pumphrey, właścicielka pekińczyka Tricky Woo, który pała miłością do swojego wujka Herriota i przesyła mu świąteczne koszyki w podarunku za uleczenie jego bolipupki czy zwariulkania... Są i farmerzy, właściciele chorych i zdrowych zwierząt, często patrzący na młodego weterynarza z pobłażliwością, niedowierzaniem lub podziwem. Jest i Mallock, właściciel miejscowej rzeźni sanitarnej, który stawia własne diagnozy oparte często mocno zalatujące średniowieczem i zabobonem, i według którego występują tylko cztery choroby bydła: „zablokowanie płuc, czarna zgnilizna (u owiec), wrzody żołądkowe i kamienie golfowe”...
Herriot opisuje zmagania z zawodem w zabawny i żartobliwy sposób, niejednokrotnie naśmiewając się z popełnianych przez siebie błędów, często patrząc na swoje dokonania z perspektywy czasu i kręcąc głową nad własnymi poczynaniami. Opisuje bowiem czasy, kiedy w rolnictwie następowały głębokie zmiany, kiedy konie i inne zwierzęta rolne stawały się przeżytkami, a przełom w leczeniu w postaci penicyliny był tuż za progiem.
Poza tym, urzekła mnie w książkach Herriota jego pasja – on po prostu uwielbiał swoją pracę, weterynaria była jego powołaniem, przynosiła mu wielką satysfakcję, mimo iż potrafiła być czasem uciążliwa i niewdzięczna. Zdarzały się jednak i chwile piękne, wzruszające, i to one właśnie potrafiły wynagrodzić mu codzienny trud, wstawanie w środku nocy i odbieranie cieląt w zimnej szopie.
Herriot pisze też o pięknie Yorkshire, o miejscu, w którym mieszka i pracuje, i choć nadał mu fikcyjną nazwę, to jestem pewna, że krajobrazy, które opisuje, są jak najbardziej prawdziwe. Wiem, że Yorkshire Dales teraz pewnie nie wygląda tak, jak za życia Herriota, ale czytając jego opisy dolin, niedostępnych prawie wyżynnych wzniesień, pięknych widoków, jakie napotykał na każdym kroku, bardzo chcę się tam wybrać...
Przeczytajcie „Wszystkie stworzenia duże i małe” jeśli macie ochotę na jakiś czas zapomnieć o szaleńczym tempie życia i znaleźć się w pięknym hrabstwie Yorkshire, gdzie czas płynie wolno, odmierzany porami roku, a ludzie są życzliwi i gościnni. Przeczytajcie książki Jamesa Herriota jeśli chcecie wraz z autorem zatrzymać się na chwilę gdzieś na drodze, podziwiając wraz z nim wysokie, porośnięte trawą wzgórza, przecinane dolinami, w których wiją się srebrzyste w promieniach słońca rzeki i gdzie rozsiadają się domy rolników. Wsłuchajcie się w śpiew ptaków, szum strumyków, odetchnijcie głęboko świeżym powietrzem... i czytajcie dalej.