Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literackie wyzwanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literackie wyzwanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 czerwca 2013

W pogoni za miłością ("The Pursuit of Love" - Nancy Mitford)

Trudno jest pisać o Nancy Mitford, a szczególnie o „The Pursuit of Love”, bez wzmianki o jej siostrach. Siostry Mitford – piękne, zdolne i kontrowersyjne, stały się legendą w kręgach  angielskiej arystokracji lat dwudziestych i trzydziestych. Nancy, najstarsza, została znaną i cenioną pisarką. Diana poślubiła kontrowersyjnego przywódcę angielskich faszystów Oswalda Mosley'a (było to dla obojga drugie małżeństwo) i w czasie wojny była aresztowana. Najbardziej kontrowersyjna z sióstr, Unity, była blisko związana z Adolfem Hitlerem (niektórzy twierdzą wręcz, że była jego kochanką) i po wybuchu wojny usiłowała popełnić samobójstwo. Z kolei Jessica, znana w rodzinie jako „czerwona owca”, była zaprzysiężona komunistką, w dodatku poślubiła niewłaściwego mężczyznę i wyjechała do Stanów. Najmłodsza siostra, Deborah, została żoną księcia Devonshire i obecnie jako księżna-wdowa mieszka w wiosce przy pałacu Chatsworth, rodzinnej posiadłości, którą obecnie zarządza jej syn, 12 książę Devonshire. I tylko Pamela, druga w kolejności starszeństwa siostra, przeszła przez życie cicho, bez skandali i kontrowersji. (Dla zachowania porządku dodam też, że siostry Mitford miały również brata, Toma, który zginął w czasie II wojny światowej).

„The Pursuit of Love” Nancy Mitford to mała, niepozorna książeczka – moje wydanie pochodzi z 1979 roku i notka na okładce jest wspaniale zwięzła i treściwa. Dzięki temu mogłam w spokoju, a przede wszystkim samodzielnie, odkryć tę uroczą powieść. „The Pursuit of Love” to (w wielkim skrócie) historia Lindy Radlett, jej dzieciństwa spędzonego w rodzinnym majątku Alconleigh, nieudanych związków i jej poszukiwań miłości swojego życia. Całość da się podsumować jednym zdaniem, ale ta książka (a właściwie książeczka) naprawdę mnie urzekła. 

Choć „The Pursuit of Love” była piątą książką w dorobku pisarki, to jednak była to pierwsza jej powieść, która stała się bestsellerem, wywołała niezły szum i przyniosła jej sławę. Stalo się tak również dzięki temu, że książka zawiera wiele elementów autobiograficznych, szczególnie w pierwszej części, opowiadającej o dzieciństwie, które główna bohaterka, jej rodzeństwo i kuzynka Fanny, narratorka powieści, spędzają w wiejskim majątku Alconleigh. Postacie sióstr Lindy zdradzają cechy charakteru prawdziwych sióstr Mitford, choleryczny i zabawny wuj Matthew i ciocia Sadie są niewątpliwie wzorowane na jej rodzicach, niektóre historyjki zawarte w powieści są również prawdziwe. Co najważniejsze, postać Fabrice, francuskiego kochanka Lindy i ich wielkiego romansu jest oparta na związku Nancy z Gastonem Palewskim, wielką (niezupełnie odwzajemnioną) miłością Nancy. Jemu to też autorka zadedykowała powieść. Przyznaję, że dopiero teraz, czytając sobie tu i ówdzie o życiu sióstr i o samej książce, zaczynam pojmować, jak wiele autorka zaczerpnęła z własnych wspomnień, jak bardzo autobiograficzna jest miejscami ta książka! Sama Nancy Mitfrod wspominała o niej w listach do sióstr jako o książce „o mojej rodzinie”, natomiast jej matka pisze w liście do jednej ze swoich córek: „znów ta rodzina!”, przewidując, że powieść kiepsko się sprzeda. Pomimo zmienionych imion i historii, ekscentryczne postacie bohaterów były łatwo rozpoznawalne nie tylko dla ich pierwowzorów, ale też dla ich przyjaciół. Nic dziwnego, że powieść zaczerpnięta ze wspomnień autorki, opowiadająca o jej własnym, znajomym świecie, odniosła tak wielki sukces. Poza tym czytanie „The Pursuit of Love” to świetna zabawa, proza Nancy Mitford jest miejscami ironiczna, zabawna, a jej cięty portret angielskiej klasy wyższej można nazwać wprost satyrycznym. A jednak – chociaż „The Pursuit of Love” to lekka, dowcipna opowieść o beztroskiej młodości i poszukiwaniu miłości, to jednak końcówka powieści niesie ze sobą jakiś tragizm, szczególnie ostatnie słowa powieści, jakie wypowiada matka narratorki, które nagle zmieniają nasze spojrzenie na postać Lindy... Nancy Mitford nazywa w książce generację swoich bohaterów (a także i swoją) „straconym pokoleniem”. Opublikowana tuż po zakończeniu wojny, w grudniu 1945 roku, ta powieść jest też pewnym wspomnieniem autorki z beztroskich lat młodości.

„The Pursuit of Love” to książka miejscami zabawna, miejscami smutna, a w dodatku napisana przez kogoś, kto żył w tamtych czasach. I to właśnie kiedy uświadomiłam sobie to, że przecież Nancy Mitford opisuje czasy swojej młodości, wtedy uderzyła mnie pewna nostalgia płynąca z kart tej powieści. Pomimo żartobliwego, lekkiego tonu, „The Pursuit of Love” to też książka o minionej epoce i o utraconym na zawsze świecie przedwojennym. Żałuję, że nie została (jak rozumiem) przetłumaczona na polski. Jeśli macie taką możliwość, przeczytajcie książkę Nancy Mitford w oryginale. Ja mam z kolei zamiar poczytać więcej o szalonych siostrach Mitford. Pochwalę się, że mam w planach wizytę w Chatsworth w lipcu, stąd rosnące zainteresowanie tą rodziną. Na swoją kolej czekają „The Mitford Girls” Mary S Lovell, biografia rodziny, „The Mitfords. Letter Between Six Sisters”, czyli zbiór listów, a także autobiografie dwóch sióstr: „Hons and Rebels” Jessiki Mitford i „Wait for Me!” Debory Devonshire. Z boku przypomina o sobie biografia innej słynnej księżnej Devonshire, „Georgiana. Duchess of Devonshire” Amandy Foreman to podobno wciągająca opowieśc o niezwykłej kobiecie... Jak zwykle nie wiem, kiedy to wszystko przeczytam, ale jeśli macie ochotę na rozpoczęcie znajomości z Nancy Mitford i jej rodziną, polecam wam na dobry początek właśnie „The Pursuit of Love”. Miłej lektury!


niedziela, 19 maja 2013

Bernhard Schlink - "The Reader" ("Lektor")

Wiadomo nie od dziś, że książki podobają nam się z różnych powodów. Dla niektórych najwyższym kryterium będzie to, że dana pozycja dostarczyła im wiele wrażeń, że wciągnęła nas niebotycznie, do białego rana, że od tej książki po prostu nie sposób się oderwać. Dla innych będzie ważniejsze to, czy książka skłoniła ich do myślenia, do głębokiego analizowania treści, że jest napisana pięknym językiem, że czasem trzeba się nad nią zastanowić, żeby zrozumieć jej wartość. Ciężko jest mi ocenić książkę, która mnie nie rzuciła na kolana, którą czasem czytałam bez większego zaangażowania, a która jednak, w jakiś sposób, skłoniła mnie do myślenia i próby przeanalizowania przekazywanych przez nią treści.
Pierwszy raz o książce „The Reader” („Lektor”) Bernharda Schlinka usłyszałam, kiedy na ekranach miał się pojawić film na jej podstawie. Schlink, niemiecki pisarz, profesor i wykładowca prawa, otrzymał za „Lektora” kilka różnych nagród literackich. Była to też pierwsza książka niemieckiego autora, która znalazła się na pierwszym miejscu listy bestsellerów NY Timesa. Panie wypożyczające tę książkę w mojej bibliotece bardzo polecały, ja tytuł zanotowałam gdzieś w zakamarkach pamięci, książkę zdobyłam i tyle. Musiało minąć dobrych kilka lat, żebym sobie o niej przypomniała. A ponieważ chciałabym obejrzeć film, wiadomo, że najpierw musiałabym książkę przeczytać. Dlatego pojawiła się na mojej Subiektywnej Liście Książek Do Przeczytania. 

„Lektor” to powieść o pierwszej, młodzieńczej miłości, a także o Holokauście, o rozliczaniu się z przeszłością, i o próbie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ta przeszłość nas określa. Jej bohaterem jest Michael Berg, który jako nastolatek wdaje się w romans ze starszą o dwadzieścia lat kobietą, Hanną Schmitz. Ich romans to wspólne spotkania w jej mieszkaniu, kąpiel, seks i czytanie na głos. Niespodziewanie Hanna znika z jego życia, a kiedy ich drogi ponownie się schodzą, Hanna jest jedną ze strażniczek obozów koncentracyjnych zasiadających na ławie oskarżonych, a Michael – obserwującym proces studentem prawa. Ale nie jest to jedyny sekret, który Kobieta przed wszystkimi ukrywa...

Przyznaję uczciwie, że po „Lektora” Schlinka sięgnęłam teraz przede wszystkim dlatego, że była niewielka rozmiarowo, a po niefortunnej przygodzie z niewłaściwą książką, potrzebowałam czegoś cienkiego, żeby nadrobić szybko stracony czas. Ach, niechlubne to wyznanie, nie tak powinno się wybierać powieści do czytania, ale co zrobić, własnoręcznie sobie książki wybrałam, teraz mnie gryzie sumienie. No i mam problem. Bo "The Reader" (pomimo znaczącego tytułu i intrygującej treści) wcale mnie nie rzucił na kolana. Zaczęłam czytać z zaciekawieniem, ale suchy styl Schlinka, jego rzeczowa i pozbawiona połysku proza, sprawiły, że za nic nie mogłam się przekonać do tej powieści. Motyw młodzieńczej miłości, której doświadczenie pozostaje z bohaterem na zawsze wcale mnie nie zaciekawił. Motyw starszej kobiety uwodzącej nastolatka – też nie. Dopiero w dalszej części powieści, w której Hanna ukazana jest w zupełnie innym świetle, gdzie czytelnik musi przewartościować własne spojrzenie na jej postać, pojawiła się we mnie nadzieja, że książka jednak mi się spodoba bardziej. Że coś z niej wyniosę. A jednak – rozważania etyczne autora nad problemem odpowiedzialności zbiorowej, nad problemem winy i kary, prawa jednostki do prywatności – choć ciekawe, też jakoś nie przekonały mnie do tej powieści. Podobnie jak moralne dylematy bohaterów. Michael czuje się winny swoich uczuć do Hanny, jako zbrodniarki wojennej, z drugiej strony czuje się winny, bo jej w żaden sposób nie pomógł, choć jego czyn mógł złagodzić wymiar jej kary. Sekret Hanny, kiedy wreszcie wychodzi na jaw, po raz kolejny każe nam przewartościować jej wizerunek, ale mnie wciąż czegoś w tej powieści zabrakło. Dopiero przy samym końcu, w ostatnich rozdziałach, kiedy wraz z Michaelem znalazłam się w więziennej celi, coś we mnie zapikało. Bohaterowie pokazali na krótko ludzkie oblicze, by zresztą zaraz potem schować się pod sztywnymi maskami.

Jestem zawiedziona, bo w „Lektorze” nie znalazłam żadnej pasji, a jedynie chłodne, racjonalizatorskie spojrzenie autora. Ciężko jest ocenić książkę, jeśli widzi się jej literacką wartość, ale niewiele poza tym. To bardzo dobra książka do rozmowy, bo można nad nią dyskutować, spierać się i różnie ją interpretować. Cóż jednak, skoro wina, kara, miłość, przebaczenie - potężne motywy, silne emocje - nie zdołały mnie porwać i zachwycić. Być może o doświadczeniach Holokaustu nie można pisać z patosem, jeśli chce się uniknąć trywializacji, banału i sztampy. Ale skoro nie mogłam z siebie wykrzesać żadnych uczuć do głównych bohaterów, skoro ich los właściwie pozostał mi obojętny – to według mnie czegoś mi w tej książce zabrakło. I szkoda, bo „Lektor” to bardzo interesująca powieść, pełna moralnych dylematów i etycznych dywagacji. Ale chyba raczej nie dla mnie.

sobota, 6 kwietnia 2013

W londyńskim tyglu "Białych zębów" ("White Teeth" - Zadie Smith)

Są książki, które się zna i lubi, są i takie, które nic nam nie mówią, są wreszcie i takie, które Znać Wypada. Do nich należą między innymi „Brick Lane” Ali, „Wysepka” Levy, „Musimy porozmawiać o Kevinie” Shriver czy „Notatki o skandalu” Heller – książki, które swego czasu odniosły literacki i komercyjny sukces, o których było głośno, których autorzy zdobywali literackie nagrody i definiowali nowe style i trendy literackie. Wiele z tych książek zostało wydanych jeszcze przed moim przyjazdem do Londynu, a pomimo to wciąż o nich było głośno – widziałam je w sklepach, pytano o nie w bibliotekach, mimo że często od ich wydania minęło już kilka lat, pojawiały się w różnych zestawieniach, rankingach, listach grup czytelniczych i tak dalej. Szybko stworzyłam sobie własną mini-listę tytułów, które chciałam poznać. Niektóre przeczytałam dość szybko, z innymi nie było mi po drodze, ale zawsze obiecywałam sobie, że kiedyś je przeczytam – biedactwa, niektóre czekają na półce do tej pory, a inne wreszcie się doczekały na swoją kolej. Do tych szczęśliwców należy między innymi debiutancka powieść Zadie Smith, za którą otrzymała ona w 2000 roku nagrodę Whitbread (obecnie Costa) i trzy inne nagrody – „White Teeth”, czyli „Białe zęby”.

Zaryzykuję stwierdzenie, że gdybym książkę przeczytała zaraz po jej wydaniu, to odebrałabym ja zupełnie inaczej. Być może mniej bym w niej odkryła, mniej by mi się spodobała, co innego bym z niej wyniosła. „Białe zęby” to powieść o emigracji, o próbach integracji i jednoczesnego zachowania własnej odrębności, to historia, którą najlepiej zrozumie ktoś, kto ma za sobą bagaż podobnych doświadczeń. Kiedy więc zaczęłam czytać „Białe zęby”, miałam wrażenie, że dzielę z bohaterami część ich przeżyć, że patrzę na Londyn podobnie jak oni. Przeczytałam więc powieść Zadie Smith z przyjemnością, zanurzając się w wielonarodowościowym, wielopokoleniowym, multikulturowym Londynie-tyglu, przemierzając wraz z bohaterami znajome kąty, przysłuchując się ich rozmowom i od czasu do czasu kiwając ze zrozumieniem głową. 

W skrócie, by nie psuć przyjemności lektury tym, którzy wciąż mają „Białe zęby” przed sobą, wspomnę tylko, że książka Zadie Smith to wielopokoleniowa opowieść o bardzo różnych rodzinach, których losy splatają się ze sobą za sprawą przypadku, historii i pewnej myszy. A wszystko zaczyna się od nieudanej próby samobójstwa – zamiast pożegnać się z dotychczasowym życiem, Archibald Jones zaczyna jego nowy rozdział. Zadie Smith najpierw zabiera czytelnika w podróż przez życie Archiego i jego przyjaciela Samada Iqbala, sięgając korzeniami do początków ich znajomości, do II wojny światowej, a potem jej historia zatacza jeszcze szerszy krąg, zahaczając po drodze o Jamajkę i Bengal, pojawiają się nowi bohaterowie, nowe pokolenie, nowe relacje między postaciami. Świat bohaterów „Białych zębów” to świat wielokulturowy, wielonarodowościowy, świat w którym zderzają się pokolenia, kultury, religie i przekonania. Mnogość charakterów i wątków podejmowanych przez autorkę oznacza, że chociaż czasem możemy odnieść wrażenie przesytu, to z drugiej strony różni czytelnicy odnajdą w tej książce coś dla siebie.

Przyznaję, że „Białe zęby” czytało mi się czasem z trudnością – powieść miejscami (szczególnie tak bliżej początku) wydała mi się nieco przegadana i trochę przyciężkawa (zwłaszcza gdy autorka pisała o genetyce). W dodatku wyjątkowo ciężki tydzień w pracy nie sprzyjał lekturze. Natomiast po jakimś czasie przywykłam do specyficznego stylu Zadie Smith, polubiłam jej cięty humor i wczytałam się w książkę tak, że sama nie wiem, kiedy zaczęłam połykać ją coraz szybciej, od czasu do czasu uśmiechając się szeroko, gdy natrafiłam na jakieś wyjątkowo interesujące zdanie („Past tense, future perfect”- fantastyczna gra słów!), albo kiwając głową, kiedy autorka pisała o czymś, co znam, czego sama doświadczyłam (spotkania z ulicznymi charakterami, angielskie puby, w których spotykają się tylko „miejscowi”). W dodatku bardzo spodobał mi się język, jakim posługują się poszczególne postacie – fantastycznie napisane dialogi, gdzie autorka świetnie posługuje się różnymi dialektami – podczas czytania po prostu słyszałam bohaterów, tak, jakby mówili wprost do mnie!

Myślę, że chociaż powieść do autobiograficznych nie należy, to autorka przy jej tworzeniu na pewno czerpała pełnymi garściami z własnych doświadczeń – jej matka podobnie jak Clara, jedna z bohaterek książki, pochodzi z Jamajki i wyszła za mąż za znacznie starszego od siebie białego Anglika. Smith dorastała w północno-zachodniej dzielnicy Londynu, gdzie toczy się akcja jej powieści. Myślę, że to doświadczenie dodało prawdziwości jej książce, uczyniło ją bardziej autentyczną. A może najlepsze powieści o Londynie piszą po prostu Londyńczycy?

Przede mną kolejna powieść Zadie Smith - niedawno wydana „NW”, kolejna powieść o dorastaniu w jednej z londyńskich dzielnic. Po przeczytaniu (kiedyś, dawno temu) „On Beauty”, czyli „O pięknie”, myślałam, że proza Smith nie jest dla mnie. Natomiast po lekturze „Białych zębów” zdecydowanie nabrałam ochoty na więcej. Cieszy mnie też, że wreszcie udało mi się przeczytać kolejną z „głośnych” powieści, w dodatku trzecia z mojej Subiektywnej Dwudziestki. Tym z was, którzy jeszcze twórczości Zadie Smith nie znają, polecam „Białe zęby” jako książkę, od której warto tę znajomość zacząć.

sobota, 23 lutego 2013

Kazuo Ishiguro - "Never let Me Go" ("Nie opuszczaj mnie")

Kiedy zabierałam się za czytanie „Never Let Me Go” (polski tytuł to „Nie opuszczaj mnie”) Kazuo Ishiguro, niewiele wiedziałam o samym autorze. Pamiętałam, że jest Brytyjczykiem japońskiego pochodzenia, że dwukrotnie został wyróżniony jako jeden z obiecujących autorów przez magazyn Granta i że za jedną ze swoich powieści („Okruchy dnia”) otrzymał Bookera. Specjalnie nie szukałam żadnych informacji o książce, żeby do jej czytania podejść bez żadnych oczekiwań. 

Teraz siedzę i zastanawiam się, w jaki sposób zebrać w sensowną całość to, co o „Never Let Me Go” chciałabym powiedzieć, jak przekazać to, co czułam pożerając kolejne strony i jak mogę podzielić się z wami moimi wrażeniami, a jednocześnie nie zdradzić zbyt wiele, by zostawić wam przyjemność odkrywania książki Ishiguro samodzielnie. Myślę, że często zapominamy, że czytanie bez uprzedniego przygotowania, bez głębszej wiedzy o tym, o czym książka jest, czytanie niemal „na ślepo”, bez uprzedniego przygotowania gruntu, bez czytania recenzji, opisów, spostrzeżeń innych czytelników – takie czytanie wywołuje w nas prawdziwe emocje.

Kiedyś, Młoda Pisarka pisząc na swoim blogu o „Korektach” Franzena, wspomniała, że ta książka dała jej „poczucie "obcowania z literaturą" czyli czegoś więcej niż "czytanie książki"”. Tak właśnie czuję się teraz, po przeczytaniu „Never Let Me Go”. Okazuje się, że czasem pozornie nieskomplikowane historie, opisane w prosty sposób mogą wywrzeć na nas największe wrażenie, i na tym chyba polega prawdziwy kunszt pisarski. 

Powieść Kazuo Ishiguro toczy się w dystopijnej rzeczywistości ukrytej pod płaszczem pozornej normalności. Trzydziestoletnia Kathy zaczyna swoją nieco chaotyczną opowieść stojąc na ważnym, życiowym zakręcie. W swoich wspomnieniach przywołuje obraz idyllicznego dzieciństwa spędzonego w szkole Hailsham, pod czujnym okiem opiekunów, a także swojej przyjaźni z dwojgiem innych studentów, Ruth i Tommym. To od czytelnika zależy ile prawdy uda mu się odczytać z pojawiających się od czasu do czasu niedomówień, wtrącanych mimochodem wzmianek, które po jakimś czasie stają się coraz bardziej realne. Obraz, który powoli układa sobie w głowie czytelnik, staje się coraz bardziej niepokojący, portret pozornie idyllicznego dzieciństwa kaleczą mroczne niuanse i niedopowiedzenia. Prawdy o Hailsham i uczniach dowiadujemy się więc stopniowo, ale mimo to zetknięcie z prawdziwą rzeczywistością okazuje się solidnym wstrząsem. 

W powieści Ishiguro najbardziej poruszyła mnie postawa jej bohaterów. Tak naprawdę, chociaż narratorką powieści jest przecież Kathy, uczniowie Hailsham funkcjonują w niej jako podmiot zbiorowy, ubezwłasnowolniony, a jednak żyjący w stanie szczęśliwej nieświadomości. Nawet ich indywidualność, kreatywność i oryginalność celebrowana przez opiekunów staje się w szerszym kontekście tylko fasadą. Próby ukazania im prawdy są bezcelowe, bo chociaż każde z nich w inny sposób radzi sobie z tym ciężarem, to tak naprawdę żadne z nich nie buntuje się przeciw istniejącemu porządkowi. Dlatego też chłodna, kliniczna narracja wywarła na mnie niepokojące wrażenie – Kathy rozliczając się z przeszłością nie kwestionuje jej, nie stara się buntować, czy jej się sprzeciwić. W jakiś sposób jej bierna, niemal obojętna postawa jest jeszcze bardziej porażająca.

Czym jeszcze jest książka Ishiguro? Na pewno nie jest tylko powieścią dystopijną, ale także opowieścią o dorastaniu, wchodzeniu w życie, do którego właściwie nie jesteśmy przygotowani, a trochę też książką o miłości. Autor niespodziewanie stawia też pytania, których czytelnik początkowo się nie spodziewa: pytania o lęk przed nieznanym, czy o to, co nas czyni ludźmi. Pisząc tę notkę mam świadomość, że nie tylko nie uda mi się zasygnalizować wszystkich ważnych motywów, ale że wręcz nie powinnam tego robić. „Never Let Me Go” Kazuo Ishiguro jest bowiem książką, nad którą po prostu trzeba się zatrzymać dłużej, dokładnie i w skupieniu ją przemyśleć. To jest literatura, po którą powinno się sięgnąć bez żadnych oczekiwań, czy wyobrażeń, ale wierzcie mi, zdecydowanie warto ją przeczytać.

czwartek, 17 stycznia 2013

Christina Schwarz - "Drowning Ruth" ("Tonąca Ruth")

W 1919 roku, młoda pielęgniarka, Amanda Starkey, powraca do rodzinnego domu w Wisconsin, by tam dojść do siebie po zakończonym, nieudanym romansie. Jednak na małej farmie nad jeziorem dochodzi do tragedii – pewnej nocy ginie siostra Amandy, Mathilda, a Amanda od tej pory musi zająć się wychowaniem jej córeczki, Ruth. Co jednak stało się tamtej nocy? I dlaczego Ruth twierdzi, że utonęła?

Dom and jeziorem, tajemnica otaczająca jego mieszkańców, małe miasteczko w Stanach, gdzie wszyscy się znają – powieść Christiny Schwarz „Drowning Ruth” (wydana również po polsku pod tytułem „Tonąca Ruth”) ma wszystkie moje ulubione składniki. W dodatku była to jedna z książek rekomendowanych przez Padmę, więc cóż miałam robić. Musiała mi się spodobać! Przeczytałam ją więc z zainteresowaniem i teraz spieszę donieść, że jeśli macie ochotę na dobrą opowieść o rodzinnych tajemnicach, jeśli fascynują was ludzkie relacje i sekrety, to powinniście sięgnąć po „Tonącą Ruth”. Tak, to prawda, że ostatnimi czasy wprost zasypywani jesteśmy podobnymi książkami. Czytelnicy sarkają, że co drugiej powieści można odnaleźć podobne motywy i nic już nowego pisarze nie potrafią wymyślić. W dodatku poszatkowana narracja, która co rusz cofa się w przeszłość – to też już przecież było! Ponieważ jednak „Drowning Ruth” została wydana w 2000 roku, zanim podobne schematy zaczęły być modne, myślę, że należy jej dać szansę. I chociaż tak naprawdę szybko można zgadnąć, jakie niespodzianki szykuje nam autorka, to przyjemność czytania pozostaje taka sama.

Przede wszystkim Christine Schwarz udało się stworzyć interesujące postacie dwóch kobiet, które na zmianę relacjonują nam wydarzenia – mimo iż żadna z nich nie jest wiarygodną narratorką. Amanda jest zaborcza, irracjonalna, niestabilna, niewiarygodna. Tak naprawdę nie chce, by ktoś poznał prawdę, niechętnie opowiada swoją historię, wciąż się usprawiedliwiając. Czytelnik sam musi sobie zadać odpowiednie pytania – co Amanda przed nami ukrywa? Co właściwie stało się z Mattie? Z kolei Ruth – dziewczynka odmienna od swoich rówieśników, nieco dzika, jest zbyt mała, by pamiętać i zrozumieć co się stało. Jej narracja to fragmenty wspomnień i historii, które opowiedzieli jej inni. Dopiero po jakimś czasie Ruth nabiera pewności siebie, odnajduje swój głos. Czy uda jej się odkryć, dlaczego zginęła jej matka? W jaki sposób odpowiedź na to pytanie wpłynie na jej dalsze życie?  Inne postacie stworzone przez Schwarz też są dobrze sportretowane – Carl, zagubiony, poraniony, niepewny, Mathilda, ukochana, utracona siostra, Imogen – najlepsza przyjaciółka Ruth, dziewczyna pełna życia i fantazji. Są jak ściśle zazębiające się trybiki maszyny, wolno zmierzającej przed siebie, ich losy na zawsze połączone. Każda ma do odegrania pewną rolę w tej historii, choć nie zawsze są to postacie, które łatwo polubić.

Kto lubi klimat małych miasteczek, atmosferycznych miejsc, temu powieść Christiny Schwarz powinna przypaść do gustu. Mała farma w Wisconsin, dom na wyspie, na którą można dostać się tylko łódką, oblodzone jezioro - „Drowning Ruth” to powieść pełna uroku i mroźnego, zimowego nastroju. W dodatku pora jest zdecydowanie sprzyjająca czytaniu tej powieści – znów bowiem  zrobiło się zimno, gdzieniegdzie pada nawet śnieg i pogoda zdecydowanie nadaje się do siedzenia pod kocem, najlepiej przy nagrzanym kaloryferze (a może i kominku). W Polsce powieść Schwarz przeszła chyba właściwie bez większego echa, a szkoda, bo zdecydowanie zasługuje na uwagę – nie jest może specjalnie odkrywcza, ale za to wciągająca i pełna uroku. A ponieważ „Tonąca Ruth” to jedna z moich dwudziestu książek wybranych do przeczytania w tym roku – tym bardziej się cieszę, że mi się spodobała. Mam nadzieję, że taki pomyślny start czytelniczy zmotywuje mnie do przeczytania kolejnych wybranych powieści!

wtorek, 1 stycznia 2013

Subiektywna Lista Książek Do Przeczytania na Rok 2013

Zwykle nie robię postanowień noworocznych, bo i tak ich nie dotrzymuję. Nie dla mnie postanowienia niekupowania książek (chociaż ograniczenie spontanicznych zakupów mogłoby być dobrym pomysłem), czytania książek wartościowych (li i jedynie), czy zakaz spożywania czekolady. Ale tym razem wydaje mi się, że znalazłam odpowiednie wyzwanie, które być może pomoże mi w rozprawieniu się z odwiecznym problemem jakim są stosy nieprzeczytanych książek zalegających wszelakiego rodzaju powierzchnie płaskie i nieco wygięte w naszym domu. Nie wiem jak wy, ale mnie często zdarza się zaopatrzyć w książkę pod wpływem impulsu – kiedy ją zobaczę, po prostu wiem, że muszę ją przeczytać! Są też książki znane, zdobywające nagrody, czy też rekomendowane przez znajomych, które zawsze obiecywałam sobie przeczytać, a nigdy nie miałam ku temu okazji. Oto przyszedł czas na to, by te książki wyciągnąć z lamusa, odkurzyć i wreszcie przeczytać!

Przedstawiam wam dwadzieścia książek, które zawsze obiecywałam sobie poznać, a które już od długiego czasu tkwią na moich półkach zbierając kurz i z niemym wyrzutem szeleszcząc w moim kierunku kartkami... Oto dwadzieścia wybranych tytułów, które mam zamiar wreszcie przeczytać w 2013 roku i (mam nadzieję) zrecenzować na blogu.

Oto moja Subiektywna Lista Książek Do Przeczytania na Rok 2013 (kolejność zupełnie przypadkowa):
  1. A. S. Byatt, „Obsession” („Opętanie”)
  2. Joanna Bator, „Piaskowa góra”
  3. Dodie Smith „I Capture the Castle”
  4. Rabih Alameddine, „Hakawati”
  5. Markus Zusak, „Book Thief” („Złodziejka książek”)
  6. Claire Tomalin, „Jane Austen: A Life” - przeczytane
  7. Claire Tomalin, „Charles Dickens: A Life”
  8. Lew Tołstoj, „Anna Karenina”
  9. Ann-Marie MacDonald, „Fall on Your Knees” („Zapach cedru”)
  10. Susan Fletcher, „Oystercatchers” („Ostrygojady”)
  11. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, „Na plebanii w Haworth”
  12. Ken Follett, „The Pillars of the Earth” („Filary ziemi”)
  13. Sarah Waters, „The Night Watch” („Pod osłoną nocy”)
  14. Peter Hoeg, „Miss Smilla's Feeling for Snow” („Smilla w labiryntach śniegu”)
  15. Lionel Shriver, „We Need to Talk About Kevin” („Musimy porozmawiać o Kevinie”)
Przyznaję od razu, że pomysł zapożyczyłam od Agi z Czytam, bo lubię – uważam, że wart jest dalszego rozpropagowania. Co sądzicie o tej liście? Może coś z niej już czytaliście? A jak to wygląda u was? Podzielcie się tytułami książek, które zawsze chcieliście przeczytać, ale nigdy nie mieliście na to czasu!

Pozdrawiam wszystkich w nowym roku!

wtorek, 11 stycznia 2011

Nowe wyzwania literackie!

Namnożyło się ostatnio tych wyzwań literackich...! Jest w czym wybierać, dla każdego coś dobrego... Wszyscy o nich piszą, napiszę i ja!

Najpierw bardzo ciekawe wyzwanie, w którym celem jest przeczytanie w ciągu roku sześciu książek z zakresu reportażu i literatury faktu. Wyznanie jest bez limitu czasowego, ale w grudniu należy dokonać podsumowania. Szczegóły na blogu Reporterskim okiem, który założyła Mooly z blogu Kartek szelest.

Papierowy zwierzyniec -wyzwanie rozpoczęte przez Bujaczka z blogu Zapatrzona w książki. Nie ma w nim ograniczeń czasowych, ale w ciągu roku należy przeczytać pięć książek o zwierzętach, albo ze zwierzętami w tytule.

Wyzwanie Bracie, siostro, rodzino, którego założycielką jest karto_flana z blogu O moim czytaniu. Jak sama nazwa wskazuje, czytać należy książki o więziach siostrzanych, braterskich i rodzinnych, po jednej z każdego przedziału, a mamy na to rok.

Na blogach anglojęzycznych pojawiła się wiadomość o rozpoczęciu Haruki Murakami Reading Challenge - rocznego wyzwania polegającego na przeczytaniu dowolnej ilości książek tego pisarza. Mamy też polską wersję tego wyzwania - szczegóły na blogu.

A na koniec - Literatura japońska. Roczne wyzwanie, w którym celem jest przeczytanie minimum trzech książek, po jednej z każdego przedziału czasowego (literatura feudalna, literatura współczesna do 1980 roku, literatura współczesna po 1980 roku). Wyzwanie to rzuciła Litera z Litera-tour.

Ufff! Ależ lista! A do tego dochodzą wszystkie wcześniejsze wyznania literackie, o jakich pisałam... Jest w czym wybierać. Dajcie znać, czy któreś wyzwania was zainteresowały!

sobota, 6 listopada 2010

Boska trucizna - Anton Cziż

Boska trucizna Anona Cziża to moja pierwsza książka przeczytana w ramach wyzwania Rosja w literaturze, które zaczęło się już – aż mi się nie chce wierzyć – w lipcu. Całe szczęście, że trwa ono do kwietnia, bo w takim tempie daleko nie zajdę... Na szczęście książka mi się podobała, więc może mnie zmobilizuje do czytania większej ilości lektur pisarzy rosyjskich.

Boska trucizna to debiut literacki Antona Cziża, który porównywany jest do Borisa Akunina, ale wydaje mi się, że podobieństwo dotyczy głównie planu historycznego – dziewiętnastowieczna Rosja carska, Sankt Petersburg, pełen intryg, tajnych agentów i pięknych kobiet to idealne tło do przedstawienia pierwszej sprawy radcy kolegialnego Rodiona Gieorgijewicza Wanzarowa.

Wanzarow jest nieźle usytuowanym urzędnikiem, pomocnikiem naczelnika policji śledczej, szczęśliwym mężem i ojcem. Fascynują go powikłane zagadki kryminalne, więc z pasją tropi przestępców i zajmuje się poważnymi przestępstwami, których nie można powierzyć zwykłym posterunkowym. Poza tym wierzy głęboko, że odkrycie prawdy jest ważniejsze od karania przestępców. Jest też zwolennikiem nowoczesnych metod z zakresu kryminalistyki, stosowanych przez eksperta w tej dziedzinie, Lebiediewa. Jednym słowem, arcyciekawa postać, z którą mam nadzieję zapoznać się głębiej w kolejnych książkach. Niestety, idealny Wanzarow ma irytującą wadę wymowy, (wymawia f zamiast sz i ch) przez co czytanie jego wypowiedzi nieco mnie irytowało. Ja rozumiem, że to może i taki chwyt, szczegół służący temu, by postać lepiej zapamiętać, ale jakże mnie to fukanie się nie podobało!!! Za to kiedy wciągnęła mnie fabuła, udało mi się zapominać o tym natręctwie.

W mroźny zimowy poranek 1905 roku znaleziono w śniegu zwłoki młodej kobiety. Główny podejrzany, profesor Sieriebriakow, jest nader dziwnym indywiduum, zafascynowanym jakąś tajemniczą substancją, wkrótce zaczynają się też w śledztwie pojawiać (i znikać) zawoalowane damy, naukowcy i inne ekscentryczne postaci. Kiedy sprawą zaczyna się interesować Ochrana (tajna policja polityczna walcząca z ruchem rewolucyjnym) i Oddział Specjalny (inny odział tajnej policji), Wanzarow będzie się musiał sporo nagimnastykować, by nie tylko znaleźć sprawcę ale nikomu się nie narazić... Tu muszę się przyznać, że jakoś nie udało mi się zrozumieć różnicy pomiędzy tymi oddziałami a ich przedstawiciele mi się strasznie mieszali. I nie mogę zrozumieć dlaczego, bo normalnie strasznie podobają mi się rosyjskie imiona odojcowskie, ale w tej książce jakoś się wśród nich pogubiłam.

Pomimo tego, pierwsze spotkanie z radcą Wanzarowem uważam za udane. Akcja toczyła się wartko od pierwszej strony i nie brakowało mi intrygujących (kobiecych głównie) drugo i trzecioplanowych postaci, zwłąszcza przy końcu książki... Spodobał mi się też dowcipny język Cziża i jego potoczysty styl. Dodatkowo zaciekawiło mnie miasto, gdzie toczy się akcja powieści - Sankt Petersburg, w którym rewolucyjne idee zaczynają właśnie dochodzić do głosu, gdzie bieda i bogactwo niejednokrotnie ocierają się o siebie, Sankt Petersburg pełen dorożek i wolantów, dozorców pilnujących bram, miasto dziwnie nazwanych ulic.... Coraz bardziej chciałabym tam pojechać.

Podobnoż w przyszłym roku wychodzi druga książka, Kamuflet, również wydana przez Wydawnictwo Otwarte. Będę jej oczekiwać z zaciekawieniem.

sobota, 31 lipca 2010

Wyzwania-wyznania

Jutro pierwszy dzień sierpnia a ja zdałam sobie sprawę, że nie napisałam podsumowania wyzwania Nagrody Literackie. Być może dlatego że nie było tam czego podsumowywać… Jednym słowem klapa na całej linii. Z zaplanowanych książek przeczytałam tylko jedną, W ogrodzie pamięci Joanny Olczak-Ronikier. Reszta grzecznie czeka na swoją kolej. Dalej chcę je przeczytać, liczę na to, że mi się to uda już niebawem. Ha ha. Muszę jednak przyznać, że do wyzwania przystąpiłam późno, a ostatnie miesiące miałam bardzo stresujące i nie w głowie były mi „narzucone” lektury. Wolałam słuchać podszeptów serca i czytać to, co mi w danej chwili po prostu wchodziło, pasowało do nastroju lub do poziomu intelektualnego (przed urlopem – raczej zaniżony)…  Dlatego też nie udało mi się zabrać za książkę ze stosikowego losowania. Może na takie stosy czytelnicze powinnam kłaść tylko te bardziej interesujące książki…?
Jednak muszę przyznać, że człowiek nie uczy się na własnych błędach.  Po fiasku czytelniczym jakim zakończył się mój udział w poprzednim wyzwaniu, postanowiłam spróbować ponownie. Tym razem powinno mi się udać. Ruszyło bowiem nowe wyzwanie literackie Rosja w literaturze, zainicjowane przez Prowincjonalną Nauczycielkę. Ja zaś mam w planach przeczytanie Anny Kareniny Tołstoja i kilku innych książek rosyjskich pisarzy współczesnych, zakupionych ostatnio. Znam Akunina i Marininę, podobały mi się ich książki, chcę spróbować innych! Dodatkowym atutem tego wyzwania jest fakt, że mamy przeczytać książki różnych autorów rosyjskich lub książki o Rosji.
Wszystkich blogowiczów serdecznie zapraszam do podjęcia tego wyzwania.

niedziela, 2 maja 2010

W ogrodzie pamięci - Janina Olczak - Ronikier

W ogrodzie pamięci Joanny Olczak – Ronikier to książka, którą wybrałam od wyzwania Nagrody Literackie jako zwyciężczynię literackiej nagrody Nike. Kiedyś czytała ją moja mama i pamiętam, że bardzo jej się podobała, była to też najciekawsza pozycja z listy tytułów nagrodzonych Nike. Zamówiłam ją z wydawnictwa Znak i przeczytałam ją niemalże jednym tchem, do trzeciej w nocy, bo nie mogłam się od niej oderwać!
Joanna Olczak – Ronikier, pisarka i scenarzystka, współzałożycielka kabaretu Piwnica pod Baranami, opisuje z iście epickim rozmachem historię swojej rodziny, rodu Horowitzów, zasymilowanych Żydów polskich, zaczynając od swych pradziadków w dziewiętnastym wieku, kończąc na latach powojennych. Głównymi bohaterami są prababka Julia, jej ośmioro dzieci, ich małżonkowie, dzieci, wnuki... Akcja toczy się głównie w Warszawie a potem wiatry historii, druga wojna światowa, rozrzucają członków rodziny po całym świecie – Europie, Ameryce, Syberii... Najwięcej uwagi poświęca autorka własnej gałęzi rodu, dziadkom – Janinie Mortkowiczowej, pisarce i tłumaczce (to ona przetłumaczyła książki o Doktorze Dolittle, którymi zachwycałam się jako dziecko!) oraz Jakubowi Mortkowiczowi, wydawcy, właścicielowi księgarni w międzywojennej Warszawie, jednak losy dalszej rodziny, nieraz bardzo przejmujące, są także opisane tak dokładnie, na ile na to pozwalała wiedza autorki.
Rodzina Joanny Olczak – Ronikier to klan intelektualistów, socjalistów, lekarzy, prawników, ludzi wykształconych, i pomimo wielu odrębności – bardzo ze sobą zżytych i połączonych silnymi więzami krwi i przyjaźni. To portret rodziny żydowskiej, zajmującej znaczące pozycje społeczne, żarliwych patriotów, wciąż jednak zmagających się z własnym dziedzictwem i „odmiennością”. Lata drugiej wojny światowej były w życiu wszystkich członków rodziny autorki czasem najbardziej dramatycznym i bolesnym, zostawiły we wspomnieniach najboleśniejsze ślady. Być może był to powód , dla którego ta arcyciekawa historia rodzinna nie została spisana wcześniej, mimo że (jak pisze autorka) członkowie rodziny wielokrotnie dyskutowali o takiej potrzebie... Jakże się cieszę, że Joanna Olczak – Ronikier podjęła się tego zadania. Dzięki temu dramatyczne przeżycia wojenne, codzienne sprawy, bolesne przeżycia i gorące uczucia jakie stały się ich udziałem nie zostaną zapomniane.
W ogrodzie pamięci to nie tylko wielopokoleniowa saga, to także barwny obraz społeczeństwa polskiego – zniewolonego i cieszącego się z odzyskanej niepodległości. Nie brak też politycznych powikłań – wuj autorki, Maks Horowitz był jednym ze znaczących członków ruchu komunistycznego, nie zawsze zrozumianym przez innych członków rodziny, inni krewni zaangażowani byli w działalność socjalistyczną i to także miało zasadniczy wpływ na ich dalsze losy.
Akcja W ogrodzie pamięci toczy się przede wszystkim w Warszawie, i dzieje stolicy są równie ważne dla tej opowieści jak dzieje rodziny Horowitzów.
Jak mogę podsumować moje wrażenia z tej lektury? Była przejmująca i porywająca. Nie do zapomnienia. Epicki rozmach, dbałość o detale, ciekawy język i co najważniejsze bohaterowie, którzy ożywali na kartach książki, sprawiły, że ta książka na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Podczas czytania porównywałam ją do Marii i Magdaleny Magdaleny Samozwaniec i Lali Jacka Dehnela – podobna fabuła, równie ciekawie opowiedziana, polecam równie gorąco jak W ogrodzie pamięci.