czwartek, 17 marca 2016

Klap klap i puk puk, czyli o Jasiowych czytankach


Stało się to, na czym mi bardzo zależało, Mini Ulubiony Anglik wychowuje się wśród książek. Dosłownie, bo mam ich mnóstwo a Mini już się dochował własnych półek, a nawet własnego stosiku. Jego książki są wszędzie, w salonie, w sypialni (najlepiej czyta się przecież przed snem), a ostatnio znalazłam jedną w kuchni. Musze przyznać, że bardzo staram się, by polskich książek miał również pod dostatkiem. To fakt, czasem kupowanie ich bywa frustrujące, bo ja lubię książkę przed zakupem obejrzeć, a tu czasem się nie da. Na szczęście dzięki stronom internetowym i blogom o książkach oraz polecankom znajomych mam, mam niejakie pojęcie, co lubię, co się Mini UA spodoba, a czego kupować nie warto… Czasem jednak natknę się na książkę-perełkę zupełnie sama! 
-->
Tak właśnie było z „Klapu klap” Madaleny Matoso wydawnictwa Babaryba. Znalazłam ją przypadkiem w jakiejś księgarni, zupełnie już nie pamiętam gdzie. Duże, piękne i kolorowe ilustracje spodobały mi się od samego początku, a w dodatku odkryliśmy, że to książka interaktywna. Koncept nie jest nowy, bo przecież wiemy, że książki nie służą tylko i wyłącznie do czytania! Na przykład Mini UA odkrył, ze można na nich usiąść, stanąć, można się o nie podeprzeć, zrobić z nich tunel, można je też żuć, albo zrobić z nich bębenek. “Klapu klap” to książka przy której czytaniu nie można się nudzić! Na każdej stronie są jakieś dźwięki do naśladowania, jest też coś do policzenia. Najpierw patrzyliśmy na obrazki, a potem okazalo się że jeśli książkę się zamknie, to zabawa będzie jeszcze lepsza!
-->

Ten filmik pokazuje, jak książką można się bawić. Czerwone punkciki pokazują, gdzie strony książki powinny się zetknąć. Obrazki wprawiane w ruch aż proszą o to, żeby naśladować ukazane na nich dźwięki.
-->
„Klapu klap” zdecydownie należy teraz do naszych ulubionych książek. Jaś sięga po nią często i nauczył się dzięki niej kilku słów. Lubi sobie pukać, cmokać i fru fru fruwać, a koncept zamykania i otwierania książki bardzo mu przypadł do gustu i cieszy go za każdym razem. Podobnych książek mamy zresztą jeszcze kilka. Interaktywne książki wspierają rozwój sprawności manualnej dziecka i uczą koncentracji. Dodatkowo zastosowane w niej onomatopeje pomagają w rozwoju języka, ćwiczą wymowę, a wszystko podczas świetnej zabawy. Do tego ilustracje bardzo, ale to bardzo mi się podobają - proste, kolorowe, wyraziste. Zdecydownie odcinające się od innych. W dodatku pełno w nich podstawowych kolorów i różnych kształtów do rozróżniania. Jednym słowem - coś świetnego! Zachęcam wszystkich do wspólnego klaskania.

poniedziałek, 14 marca 2016

Bailey's Women Prize for Fiction 2016 - nominacje

-->

--> -->
W zeszłym tygodniu, 8 marca, obchodziliśmy Dzień Kobiet, a jak wszystkim wiadomo, mnie najlepiej świętuje się z książką. Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że to właśnie w Dzień Kobiet ogłoszono nominacje do mojej ulubionej nagrody literackiej. Bailey’s Women Prize for Fiction przyznano po raz pierwszy w 1996 roku, jeszcze jako Orange Prize for Fiction, jako nagrodę przyznawaną pisarkom publikującym w języku angielskim. Ze wszystkich nagród przyznawanych na Wyspach, Bailey’s Prize jest moją ulubioną, bo zawsze znajduję wśród tych książek jakąś perełkę. To prawda, zazwyczaj książki –finalistki mniej mnie interesują niż te, które nagrody nie zdobyły, ale i tak lista jest zwykle bardzo różnorodna. Zresztą, sprawdźcie sami. Poniżej lista nominowanych książek…


Kate Atkinson: A God in Ruins – akurat tej autorki nie trzeba przedstawiać. „Jej wszystkie życia” wydano jakiś czas temu w Polsce, a ta książka to właściwie jej kontynuacja, opowiadająca o bracie Ursuli Todd. Waham się, czy przed lekturą nie przypomnieć sobie poprzedniej powieści Atkinson, która mi się szalenie podobała… Zdecydowanie należy przeczytać. 

Shirley Barrett: Rush Oh! – debiut Australijskiej autorki, powieść osadzona w 1908 roku wśród społeczności wielorybników starających się przetrwać jeden z najcięższych sezonów.  Do tego dorastająca narratorka, tajemniczy przybysz i miłość. Do zapamiętania.

Cynthia Bond: Ruby – pierwsza Amerykanka na liście i kolejny debiut. „Ruby” to pierwsza część trylogii, książka, o której zaczęło być głośno dzięki Oprah Winfrey i jej klubie książki. Kobieta wraca do miasteczka, w którym się wychowała, by zmierzyć się z przeszłością. Mężczyzna musi wybrać między lojalnością a miłością. Może być ciekawie.

Geraldine Brooks: The Secret Chord – znana polskim czytelnikom pisarka, nagrodzona Pulitzerem za powieść „March”, tym razem sięgnęła po biblijną tematykę – jej powieść to historia biblijnego króla Dawida. Bardzo podobali mi się „Ludzie księgi” tej autorki, więc jestem dobrej myśli…

Becky Chambers: The Long Way to a Small, Angry Planet – najciekawsza z nominowanych powieści, bo przecież nie często do Bailey’s Prize nominowane są książki, w których pojawiają się statki interplanetarne. Statki, których załoga zajmuje się tworzeniem tuneli w kosmosie, należy dodać. Nie często też nominowane powieści zaczynają życie jako projekt na crowdfundingowej stronie internetowej. Tak jest, Becky Chambers skończyła w ten sposób książkę, wydała ją własnym kosztem, a dopiero potem podpisała umowę z wydawnictwem.  Dla miłośników powieści z gatunku space opera (czyli dla mnie też).

Jackie Copleton: A Dictionary of Mutual Understanding – powieść o rodzinach, Nagasaki i bombie atomowej. Miłość, odwaga, poczucie winy i sekret, który wychodzi na jaw po latach. Przejmujący debiut angielskiej autorki, zainspirowany jej pobytem w Nagasaki.

Rachel Elliott: Whispers Through a Megaphone – powieść o przyjaźni pomiędzy Miriam, która po śmierci swojej matki od trzech lat nie opuściła progów swego domu i Ralphem, który z domu ucieka że jego żona go nie kocha. Niezwykły, dowcipny i oryginalny debiut.

Anne Enright: The Green Road – dorosłe dzieci Rosaleen Madigan wracają na święta do domu, który ona zamierza sprzedać. Powieść o rodzinie, egoizmie i współczuciu. Powieść autorstwa jednej z najlepszych współczesnych autorek irlandzkich.

Petina Gappah: The Book of Memory – pierwsza powieść autorki z Zimbabwe, która w 2009 roku zdobyła Guardian First Book Prize za zbiór opowiadań „An Elegy for Easterly”. Jej bohaterką jest Memory (Pamięć), albinoska, która w więzieniu w Harare oczekuje wyroku śmierci za zabójstwo. Jej prawnik radzi jej, by przygotowując się do apelacji, opisała zdarzenia w ten sposób, w jaki je pamięta. Powieść o miłości, obsesji i o tym, jak zawodna jest nasza pamięć. Zdecydowanie interesująca książka.  

Vesna Goldsworthy: Gorsky – powieść o wielkich pieniądzach, rosyjskich pięknościach i o dobrych książkach. „Wielki Gatsby” opowiedziany na nowo, w XXI wiecznym Londynie. Dla wielbicieli powieści Fitzgeralda?

Clio Gray: The Anatomist’s Dream –w latach 40 XIX wieku, Philbert, chłopiec urodzony z defektem czaszki, porzucony przez rodziców,  znajduje swoje miejsce pośród trupy podróżującego cyrku. Namówiony na to, by zbadał go znany doktor, specjalista od badania czaszek, wplątuje się w przygodę, która może odbić się na losach całego kraju.

Melissa Harrison: At Hawthorn Time – poetycki portret angielskiej wsi, opowieść o życiu czworga ludzi, ich związkach z naturą i zapuszczaniu korzeni. Dla wielbicieli sielankowej melancholii.

Attica Locke: Pleasantville – powrót amerykańskiej autorki nominowanej do tej samej nagrody za jej debiut „Black Water Rising” i powrót głównego bohatera, prawnika Jay Portera, który zostaje wplątany w polityczne rozgrywki na wysokim szczeblu. Dla wielbicieli wyrafinowanych thrillerów.

Lisa McInerney: The Glorious Heresies – autorka tego debiutu jest znana na irlandzkiej scenie blogerskiej, swego czasu pisała bowiem popularnego bloga (Arse End of Ireland - Irlandzkie zadupie) o upadku ekonomicznym Irlandii. Ta książka jest opowieścią o  narkotykach, prostytucji i morderstwie, podejrzanym półświatku hrabstwa Cork, pełną ciekawych bohaterów. Powieść naturalistyczna, ponura i miejscami pełna czarnego humoru.

Elizabeth McKenzie: The Portable Veblen – powieść pełna bohaterów, których trawią nerwice i obsesje. Książka o kapitalizmie, przemyśle medycznym, rodzinie, miłości i wiewiórkach. Dla wielbicieli humoru i szarych gryzoni.

Sara Nović: Girl at War – debiutancka powieść młodej niesłyszącej autorki, powieść pokolenia dotkniętego wojną w byłej Jugosławi. Historia beztroskiego życia, które na zawsze zmienia wojna i konfrontacji z bolesną przeszłością. Powieść zakorzeniona w historii i przeżyciach bliskich. Debiut jak najbardziej do przeczytania.

Julia Rochester: The House at the Edge of the World – historia pewnej rodziny i rodzinnego domu nad morzem w hrabstwie Devon. Ekscentryczni bohaterowie i tajemnicza mapa dziadka, odkrywająca rodzinne sekrety –  brzmi to całkiem ciekawie. 

Hannah Rothschild: The Improbability of Love – dzięki przypadkowemu zakupowi w antykwariacie, główna bohaterka wciągnięta zostaje w świat sztuki, w którym o bezcenny zaginiony obraz rywalizują różne indywidua. Przy okazji kobieta poznaje na nowo samą siebie. Zdecydowanie jestem zaciekawiona.

Elizabeth Strout: My Name is Lucy Barton – najnowsza powieść amerykańskiej pisarki o relacjach między matką a córką. Jej akcja toczy się w szpitalu, w ciągu pięciu dni, ale składają się na nią historie i wspomnienia z życia obu kobiet i łączących ich relacji.

Hanya Yanagihara: A Little Life – książka, o której głośno było w zeszłym roku. Historia czworga młodych ludzi w Nowym Jorku, historia przerażającego dzieciństwa i ludzkiej wytrzymałości. Kontrowersyjna powieść, która zbiera sprzeczne opinie.


Co myślicie o tej liście? Znalazło się na niej aż jedenaście debiutów, a także powieści uznanych już autorek – Enright jest zwyciężczynią Bookera, otrzymała też w 2012 roku nominację do Bailey’s Prize for Fiction, Atkinson zdobyła Costa Novel Award (i podobnie jak Enright była też nominowana wcześniej i do Bailey’s Prize), a Hanya Yanagihara została za swoją książkę nominowana do ubiegłorocznego Bookera. Geraldine Brooks to, jak już pisałam, zwyciężczyni Pulitzera, podobnie jak Strout, kolejna autorka, która była już wcześniej nominowana do Bailey’s Prize, a Gappah zdobyła nagrodę Guardiana. Nie czytałam (jeszcze) żadnej z tych książek, ale na mojej liście „do przeczytania” pierwsze miejsce zajmuje Atkinson. Finalistki nagrody poznamy już 11 kwietnia, a zwyciężczynię 8 czerwca. Wtedy się okaże, czy moja teoria o tym, że najmniej podobają mi się książki, które nagrodę tę zdobywają, jest słuszna. A może tym razem wygra moja faworytka? Obiecuję jedno, na blogu pojawią się w tych okolicach wpisy…

sobota, 26 lipca 2014

Karzeł, tron i korona (Elżbieta Cherezińska, "Niewidzialna korona")

Już prawie od tygodnia zastanawiam się, co mam napisać o "Niewidzialnej koronie" Elżbiety Cherezińskiej, żeby nie było bałwochwalczo, a jednak od serca i na temat. Najchętniej nie pisałabym nic, tylko kupiła dziesięć egzemplarzy książki i rozdawała ją jako prezenty. Uwielbiam, kiedy znajomi pytają mnie o książkowe rekomendacje, polecam wtedy moje ulubione powieści i czekam na odzew - zazwyczaj jak najbardziej pozytywny. No i mam teraz kolejną autorkę, której książki będę ludziom wpychać. Kupię w ciemno każdą książkę Cherezińskiej i mam tylko nadzieję, że kiedyś coś napisze o czasach królowej Bony, to osiągnę pełnię szczęścia.
 
Okazało się, że chociaż zawsze wydawało mi się, że Jagiellonowie są ciekawsi, to Piastów można pokochać, jeśli ktoś o nich będzie pisał tak, jak to robi Elżbieta Cherezińska. Chociaż lubię historię, to rozbicie dzielnicowe zawsze przyprawiało mnie o ból głowy (tyle małych księstw, w dodatku wszyscy książęta mieli na imię Henryk, Bolesław albo Kazimierz), a przecież historia Piastów jest po prostu bardzo, ale to bardzo ciekawa. Szczególnie ta, o której mowa w "Niewidzialnej koronie". 
 
Tak jak bohaterem poprzedniego tomu był Przemysł II, pierwszy po rozbiciu dzielnicowym król Polski, tak w tym tomie poznajemy losy kolejnych władców polskich, a główną postacią jest Władek, zwany Karłem, czyli Władysław Łokietek. Który wcale kolejnym królem Polski nie był, nie on też nosił niewidzialną koronę, wspomnianą w tytule, symbol państwa i polskości. (Doprawdy, moja znajomość historii kraju jest żenująca.) Łokietek to zresztą postać, której nie sposób nie polubić, mimo jego wad, jego porywczości, zapalczywości i upodobania do polowań. Przypominał mi zresztą postać Kmicic, bo podobnie jak on, Władek po prostu „dorasta” do swojej przyszłej korony. Ale sam Władek to nie wszystko, są też (jak i w poprzednim tomie) inni bohaterowie, równie mi bliscy – Rikissa, córka Przemysła, Jakub Świnka (zdecydowanie go za mało!), Michał Zaremba... Jest i praski Przemyślida, Vaclav II i jego syn-obżartuch. Niecierpliwie czekam na kolejny tom serii, żeby się dowiedzieć, jak potoczą się losy wielu postaci, które przewinęły się przez karty tej książki. 
 
Co więcej mogę napisać. Od „Niewidzialnej korony” nie sposób się oderwać. Ta potężna (rozmachem i objętością) powieść po prostu powala na kolana. I nie chodzi mi tu tylko o niesamowitą ilość zamachów, morderstw, małżeństw, przymierzy i sojuszów, które mogą przyprawić o ból głowy i którymi można by obdzielić kilka innych książek, ale o to, jak to jest wszystko opisane. Soczyście. Wciągająco. Z postaciami co to jak żywe, tylko co wylezą z książki i pojadą na polowanie, albo się okładać mieczami. Z odrobiną magii, która przyjmuje postać trzech bawiących się lwów, latającego gryfa czy żywych tatuaży. Aż się chce czytać, czytać i czytać. I kiedy dociera się do końca – nagle i niespodziewanie – kiedy okazuje się, że to już koniec i już, a reszta książki to tylko dodatki – to człowiekowi robi się strasznie żal. Mimo iż – według słów samej autorki – Odrodzone Królestwo powróci. Oby jak najszybciej.

Kiedy w 2012 roku skończyłam czytać "Koronę śniegu i krwi" Elżbiety Cherezińskiej okryłam się niemalże żałobą i pośpieszyłam zamęczać autorkę pytaniami o kolejny tom. Okazało się, że musiałam na niego czekać niemalże dwa lata. Przez ten czas zdążyłam polecić "Koronę..." kilku osobom, przeczytać dwa z czterech posiadanych tomów sagi Północnej Drogi i zaopatrzyć się w "Legion" oraz "Grę w kości". Mam nadzieję, że jak będę sobie te książki dawkować to starczy mi ich do czasu, kiedy autorka napisze kolejny tom serii Odrodzonego Królestwa. A najlepiej, gdyby już zaczęła go pisać, rzesze fanów czekają. O co autorkę pięknie proszę. Z przysiadami.

PS. A wy co tu jeszcze robicie? Idźcie czytać Cherezińską, a sio!

środa, 23 lipca 2014

Cormoran Strike powraca! (Robert Galbraith, "The Silkworm")

Pamiętacie sensacyjną wiadomość z zeszłego roku, że Robert Galbraith to pseudonim literacki pod którym ukryła się J.K. Rowling i że to ona była autorką kryminału „The Cuckoo Calling”? Ilu z nas sięgnęło po tę książkę zachęconych nazwiskiem autorki? Muszę przyznać, że książka spodobała mi się na tyle, że z niecierpliwością oczekiwałam na pojawienie się tomu drugiego przygód londyńskiego detektywa, Cormorana Strike’a. Już w kilka dni po premierze mogłam ją wypożyczyć z mojej biblioteki, więc rzuciłam w kąt Dostojewskiego i kilka innych pozaczynanych powieści, żeby przekonać się, czy Galbraithowi Rowling udało się napisać kolejny dobry kryminał. No i teraz z zadowoleniem mogę stwierdzić, że Rowling pisze fajne kryminały, że „Wołanie kukułki” to nie był jakiś tam ewenement, a dalsze części będę chyba kupować w ciemno. 

Tym razem Cormoran Strike, który po rozgłosie jaki zyskał rozwiązawszy sprawę Luli Landry na brak zajęcia raczej nie narzeka, podejmuje się mało lukratywnej sprawy odnalezienia zaginionego pisarza, Owena Quine’a. Z prośbą tą zwraca się do detektywa żona zaginionego, a sprawa wydaje się raczej błaha, bo Quine najprawdopodobniej chowa się w jakimś pisarskim ustroniu, albo hotelu, albo u kochanki. Szybko jednak okazuje się, że pisarz tuż przed swoim zniknięciem naraził się wielu osobom, pisząc powieść, w której sportretował w bardzo niepochlebny sposób większość znanych mu osób. Nic więc dziwnego, że sprawa zaginięcia szybko przekształca się w morderstwo, Quine zostaje odnaleziony w dziwacznych okolicznościach, a Strike naraża się znajomym prowadząc śledztwo zupełnie pod innym kątem niż policja. W śledztwie pomaga Cormoranowi wierna asystentka Robin oraz kilku użytecznych przyjaciół. Podobnie jak i w poprzedniej części tak i teraz Galbraith przedstawia środowisko zamożnych i wpływowych ludzi, tym razem zamiast świata mody koncentrując się na świecie literackim.

Żeby nie było zbyt różowo, od razu przyznam się, że bez wad się nie obyło – według mnie początek książki rozwijał się dość ospale, miałam wrażenie, że więcej uwagi poświęcono innym sprawom, którymi zajmował się Strike, zupełnie bez związku z głównym wątkiem powieści. Natomiast sam wątek zaginięcia/zabójstwa pisarza bardzo mi się spodobał, a zakończenie zaskoczyło. Moim zdaniem to dobrze napisany kryminał – nie koniecznie nowatorski i pełen fajerwerków, ale raczej w dobrym, angielskim stylu, nieco podrasowanym na współcześnie. Pomimo początkowych dłużyzn, „The Silkworm” wciąga – język Rowling jest łatwy w odbiorze, historia ciekawa, do tego Rowling stworzyła galerię interesujących postaci – zaniedbana żona, zadufany w sobie znany pisarz, nieprzyjemna agentka... Również wątek Robin robi się coraz bardziej interesujący, pojawiają się bowiem nowe szczegóły z jej przeszłości, które mnie zaczynają intrygować (mam nadzieję, że dowiemy się o bohaterce więcej z kolejnych tomów). Pojawiają się kolejni „krewni i znajomi królika”, czyli użyteczni znajomi Cormorana (kto wie, jakie jeszcze znajomości nawiązał nasz detektyw!), na krótko pokazuje się duch z przeszłości... W dodatku środowisko, w którym toczy się akcja powieści jest zdecydowanie interesująco sportretowane – kliki, koterie, animozje, zazdrości i dramaty, a do tego książka, która w tym kociołku nieźle zamiesza. Tło społeczne tego kryminału bardzo mi przypadło do gustu.

Jeśli lubicie niezłe kryminały, w których pojawia się interesujący detektyw, którego można polubić od pierwszych stron (robi się to coraz trudniejsze, wybór przecież jest wielki, trudno znaleźć coś oryginalnego), sięgnijcie po „The Silkworm” i zapoznajcie się z Cormoranem Strike'm. To idealna letnia lektura, którą można połknąć w czasie urlopu, wylegując się na plaży, lub (w przypadku braku odpowiedniej pogody) w łóżku. Fajny kryminał, udana kontynuacja – pani Rowling, mam ochotę na więcej!

sobota, 19 lipca 2014

A w najbliższym czasie (2)

Cóż, wiedziałam, że tak będzie, że ze starannie ułożonych planów czytelniczych na urlop w Polsce wyjdą nici, że silnej woli mi zabraknie, żeby dokończyć to, co pozaczynane, a nie jak ten fredrowski osiołek szamotać się pomiędzy owsem i sianem (ba, do tego żytem, karmą sztuczną i wszelakim innym zbożem rozmaitem). Ale pojawiła się TA książka i moja silna wola stopniała jak bałwanek na wiosnę. 
Kończę Cherezińską najnowszą z bólem, że to już. Że znów  trzeba będzie czekać lata całe na kolejny tom - chlip, chlip. W związku z tym dawkuję sobie ostatnie strony, nie chcę kończyć, przerywam lekturę i na pociechę czytam sobie tom pierwszy, "Koronę śniegu i krwi", którą zresztą pożyczyłam od mamy także w formie audiobooka - już ostrzę sobie uszy na tę literacko-dżwiękową ucztę. 

Jedyna konkurencja, której udaje się mnie od Piastów oderwać (a i książki nie chcę przetrzymywać, bo w bibliotece kolejki), to "The Silkworm"  Roberta Galbraitha, czyli J. K. Rowling. Pierwszy tom mi się spodobał, na drugi więc rzuciłam się jak na świeże bułeczki. Na razie Cormoran Strike nie zawodzi, chociaż mam wrażenie, że akcja rozkręca się wolniej, niż w poprzednim tomie... 

Natomiast jeśli chodzi o pozostałe wspomniane kilka tygodni temu książki, to wrócę do nich, kiedy skończę z Galbraithem i Cherezińską - niestety, z taką konkurencja wygrać nie mogły! Jedynie  "Zbrodnia i kara" dalej się czyta i chociaż postępy czynię niewielkie, zawsze to coś, lektura posuwa się do przodu, więc kiedyś wreszcie tego Dostojewskiego przeczytam.Aha, George skończona, tylko recenzji brak. Winię za to pogodę. 

A wy co czytacie w te upały?

środa, 16 lipca 2014

Książkochłona stosik ekspresowy

Wróciłam z pierwszej, rodzinnej wyprawy do Polski. Cóż mogę powiedzieć, księgarnia była obok przewijalni dla dzieci...
"Księga bajek polskich" - prezent dla Mini UA, a w niej same znane legendy i bajki - o bazyliszku, Janosiku, Warsie i Sawie, złotej kaczce.. Poczeka sobie, aż mały czytelnik trochę podrośnie.
Beverly Edge, "Liczby" - czyli liczymy do dwudziestu! W dodatku z fajnymi, oryginalnymi ilustracjami. I w twardej oprawie, czyli w sam raz nawet na teraz.
Marta Kisiel, "Nomen Omen" - autorki "Dożywocia" (alleluja) nikomu chyba nie trzeba przedstawiać. Co prawda jej nowa książka to coś z zupełnie innej beczki, ale po pochlebnych recenzjach Znajomych Blogerów nie mogłam sobie tej książki odmówić w wersji papierowej. Zwłaszcza, że akurat była w ofercie 2 za 1... Przygody Salki Przygody już nadgryzione, bo Wrocław (podobno miasto gnomów?! - ktoś wie coś na ten temat, a propos?), bo tajemnicza kamienica, nietypowi współlokatorzy, brat Niedaś, no i ten język giętki autorki, co to po prostu wymiata... Poczekam jednak na odpowiedni czas, bo na razie wgryzam się w coś innego...
Olga Rudnicka, "Fartowny pech" - jak wyżej - "Natalii 5" i kontynuacja tejże ("Drugi przekręt Natalii") zrobiły na mnie jak najlepsze wrażenie, więc czym prędzej nabyłam i najnowszą książkę autorki, licząc na dobra zabawę. Mam nadzieję, że Posterunkowy Nadziany, detektyw Dziany, gliny, mafia i pechowe przypadki wywołają uśmiech na mojej stroskanej twarzy i przyczynią się do poprawy koniunktury emocjonalnej. 
Anna Włodarczyk, "Zapach truskawek. Rodzinne opowieści" - najpierw zachęciła mnie okładka (uwielbiam truskawki), potem treść (rodzinne historie toczące sie wokół kuchennego stołu, do tego przepisy, mniam, mniam!), a ostatecznie przekonała recenzja Manii Czytania. 
Bogna Ziembicka, "Tylko dzięki miłości" - książka autorki "Drogi do Różan" (przeczytanej dawno temu) i "Wiosny w Różanach" (jeszcze nie przeczytanej). Kiedyś narzekałam, że historia Zuzanny jest zdecydowanie bardziej ciekawa niż Zosi, głównej bohaterki poprzednich książek, więc kiedy tylko zorientowałam się, że to własnie ona jest bohaterką "Tylko dzięki miłości", złapałam książkę - może trochę w ciemno, ale mam nadzieję, że się nią nie rozczaruję. Liczę na to, że magiczne międzywojnie po raz kolejny nie zawiedzie. 
Tan Twan Eng, "Ogród wieczornych mgieł" - japońskie ogrody, miłość, bolesna przeszłość i Malezja. A wszystko to wina Padmy i jej recenzji. A wszystko to dzięki Padmie i jej recenzji.
Luz Gabas, "Palmy na śniegu" -  Hiszpańsko-afrykańskie klimaty, kolonializm, plantacje, miłość i tajemnice z przeszłości. Książka pożyczona od mamy, też trochę w ciemno, zobaczymy, jak się zakończy moja przygoda z wyspą Fernando Poo (przyznaję się, prycham, czytając te słowa) ...
Elżbieta Cherezińska, "Niewidzialna korona" - tak, tak, tak, tak! Wreszcie się doczekałam kontynuacji "Korony śniegu i krwi", teraz czytam powoli, dawkując końcówkę, żeby historia polskich Piastów, historia Karła, nie skończyła się zbyt szybko. I mam nadzieję, że Autorka szybko coś o Piastach napisze, bo co ja będę czytać!!!
Elżbieta Cherezińska, "Korona śniegu i krwi" - przywieziona od mamy - to co, że przeczytana i opisana, muszę mieć je obok siebie, zresztą tak jakoś mimochodem zaczęłam podczytywać ją znowu... 

No i co wy na to?

Ps. W roli tła wystąpiła polska flaga, zakupiona na życzenie UA...

niedziela, 6 lipca 2014

Poczytanki w wersji Mini

Chcę wychować Mini Ulubionego Anglika na mola książkowego. Wypożyczam i kupuję mu książki, przeglądamy je razem, zachęcam UA, żeby też mu czytał jak najczęściej. Przyznaję, że na początku panikowałam, że mały rośnie, a ja mu nic nie czytam, ale teraz zrozumiałam, że na wszystko jest pora. Na czytanie nigdy nie jest za wcześnie - ale i nie jest też za późno! Dopiero jakiś czas temu MUA zaczął się książeczkami interesować. Kiedy pokazuję mu obrazki widzę, jak otwiera szeroko oczy, uśmiecha się na widok znajomych książeczek, chwyta strony i nawet próbuje je przewracać... (No dobrze, próbuje je wsadzić do buzi, ale liczy się zaangażowanie, prawda?) 
Książeczki-dotykanki
 Jakie książki czytamy, zapytacie? Otóż przede wszystkim książeczki-dotykanki, które na każdej stronie przyciągają oko błyszczącymi fragmentami obrazków, albo fakturą - dzieci dotykając chropowate, mięciutkie, gładkie lub szorstkie strony uczą się rozpoznawać nowe kształty, kolory, materiały. MUA jest jeszcze zbyt mały, by samemu je czytać, ale już widzę, że gdy czytamy je razem, wpatruje się w nie z natężeniem, dotyka (czy też próbuje dotykać), głośno przy tym komentując... Ponieważ niektóre książki wypożyczyliśmy z biblioteki, staram się, żeby ich nie obśliniał i nie pakował rogów do buzi. Do tego służą książeczki-przytulanki z materiału. Mini UA ma taką swoją ulubioną książeczkę wydawnictwa Ladybird - na każdej stronie inne zwierzątka, a do tego strony przyjemnie szeleszczą, kiedy się je przewraca lub żuje! Ta książeczka często podróżuje z nami w wózku, MUA może też sam "przerzucać" materiałowe strony, bo można je łatwo chwycić i przytrzymać.

Szeleszcząca książeczka z materiału
Wszystkie książki, które razem przeglądamy, mają ładne, kolorowe obrazki, przedstawiające przede wszystkim podstawowe kształty i kolory, przedmioty codziennego użytku lub zwierzęta. Mimo że większość z nich to książeczki z angielskimi wyrazami, łatwo o nich z małym rozmawiać - oto kotek, to kółko, zielony listek, czerwony kwiatek. To książki, które i ja i UA możemy bez problemu czytać małemu.
Mini Biblioteczka
Przed nami jeszcze tyle nowych odkryć, wiele nowych wrażeń i dużo wspólnego czytania. Ale ja już się cieszę, że oboje chcemy Mini Ulubionemu Anglikowi pokazać fascynujący świat książek. Już teraz rośnie nam dziecięca półeczka, przede mną wyjazd do Polski i obowiązkowa wizyta w księgarni. Będzie nam książek przybywało, dlatego cieszę się, że sporo będziemy mogli wypożyczyć z biblioteki, do której MUA został zapisany już w drugim tygodniu życia...

Ostatnio UA powiedział mi, że kiedy MUA dostał książkę do ręki, to od razu przestał płakać. Ot, rośnie mi molik...!

czwartek, 3 lipca 2014

Dobry człowiek i wojna - William Nicholson, "Motherland" ("Wojna uczuć")

Nie wiem dlaczego, ale napisanie czegokolwiek o przeczytanym niedawno kryminale Elizabeth George sprawia mi trudność, więc pomyślałam sobie, że aby się blogowo odetkać, skrobnę najpierw kilka słów o "Motherland" Williama Nicholsona, czyli "Wojnie uczuć", według polskiego przekładu. Nie pamiętam już, co skłoniło mnie do sięgnięcia po tę właśnie książkę. Być może była to recenzja na blogu Cornflower Books? Być może skusiła mnie okładka papierowego wydania? (Okładka angielska, dodam, bo ta polska, ściągnięta z innego, angielskiego wydania,  jakoś mi się nie podoba.) Cokolwiek to było, jestem bardzo zadowolona z mojego wyboru. "Motherland" Nicholsona to równocześnie romans wojenny i powieść obyczajowa z historią w tle, dobra wciągająca książka, w sam raz na nadchodzące wakacje i letnie czytanie.

Fabuła to historia stara jak świat. Latem 1942 roku Kitty Teale poznaje dwóch mężczyzn - Ed Avenell jest komandosem Royal Marines, a jego przyjaciel, Larry Cornford, jest oficerem łącznikowym w sztabie Mountbattena. Kitty i Ed zakochują się w sobie, Larry pozostaje w cieniu. Okazuje się jednak, że wojna zawsze pozostawia ślad na duszy tych, którzy ją przeżyli. Ed powraca jako odznaczony bohater, ale czy odnajdzie się w nowej, powojennej rzeczywistości, jako mąż i ojciec? Z kolei Larry próbuje swoich sił jako artysta, próbując zapomnieć o Kitty w ramionach innej.

"Motherland" to kawał solidnej opowieści o miłości, wojnie, ciemnej stronie ludzkiej natury i o tym, co to znaczy być dobrym człowiekiem. Postacie przeżywają swoje własne dramaty - nieudane związki, trudne wybory, poszukiwanie swojej drogi w życiu, a w tle toczy się historia - kończy się wojna, brytyjskie imperium chwieje się w posadach, Powstają niepodległe Indie i Pakistan. Szkoda tylko, że podział Indii - dramatyczny fragment historii tego kraju - nie został przez autora bardziej rozbudowany. Nicholson traktuje wydarzenia historyczne wyłącznie jako tło, nie zgłębiając się zbytnio w przyczyny i skutki, traktując je raczej jako kanwę, na której można ciekawie przedstawić losy bohaterów powieści.  Moją ulubioną postacią jest Larry, który chociaż nie ma charyzmy Eda, jest dobrym człowiekiem, który stara się żyć według zasad moralnych, nawet jeśli nie jest to łatwe. W zderzeniu z ciemną, pesymistyczną stroną osobowości Eda, Larry jest mniej skomplikowanym, ale nie mniej interesującym bohaterem.

Nicholson to scenarzysta filmowy i mogę z łatwością sobie wyobrazić jego książkę jako film - sceniczne ujęcia, plenery Indii i Jamajki, interesujące postacie, dobre dialogi -wszystko to chętnie zobaczyłabym na ekranie. Jedyne co początkowo irytowało mnie w stylu tego autora, to użycie czau teraźniejszego - ale i do tego się po jakimś czasie przyzwyczaiłam. Do tego uważam, że klamra spinająca całą historię - jest nią opowieść Pam o jej matce, która przeżyła wielką miłość, opowiedziana niedawno poznanej wnuczce Pam, Alicji - jest zupełnie zbędna.  Moim zdaniem taki początek i zakończenie niczemu nie służą, opowieść mogłaby się bez nich obyć.

Oprócz tych paru mankamentów, powieść Nicholsona zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jeśli szukacie książki, która jest jednocześnie wojennym romansem i powieścią obyczajową z historią w tle, sięgnijcie po "Motherland" Williama Nicholsona. To idealna książka na lato, wciągająca, a równocześnie niezbyt wymagająca. Nada się na popołudnie spędzone na leżaku, albo na wieczorne czytanie w ogrodzie. Czego i wam życzę w ten letni wieczór...

czwartek, 26 czerwca 2014

Na co czekam, czyli Subiektywne Zapowiedzi na lato i jesień 2014

Książek czekających na czytanie mam, jak wiadomo, zatrzęsienie. Regularnie odwiedzam biblioteki, skąd co rusz taszczę do domu nowe tomy. Więc dlaczego wciąż niecierpliwie przeglądam strony internetowe w poszukiwaniu interesujących zapowiedzi? Cóż, taka jest już widać dola mola...

Poniżej prezentuję zupełnie subiektywną listę książek, które właśnie się pojawiły w księgarniach lub w najbliższym czasie zostaną wydane w Wielkiej Brytanii lub Polsce, i które kiedyś chciałabym przeczytać.
Katarzyna Zyskowska-Ignaciak, "Nie lubię kotów" (lipiec 2014) - tytuł interesujący, a pozostałe książki autorki były fajne. Historia sześciu postaci i ich splecionych ze sobą historii też intryguje.
Polska premiera głośnej powieści Chimamandy Ngozi Adichie, "Amerykaana" już za nami. Jak zwykle jeszcze jej nie czytałam, ale słyszałam o niej wiele dobrego (nominacja do Bailey's Women's Prize for Fiction!). To historia dwojga młodych ludzi, którzy decydują się na emigrację z Nigerii na Zachód. Powieść o miłości, tożsamości i problemach rasowych.
Jedna z najbardziej oczekiwanych przeze mnie premier! "The Silkworm" ("Jedwabnik"), czyli nowa książka J.K. Rowling piszącej jako Robert Galbraith (tu pisałam o "Wołaniu kukułki"), ukazała się dosłownie kilka dni temu. Mam zamiar ją wypożyczyć z mojej biblioteki i natychmiast przeczytać. Natomiast polska premiera podobno już w lipcu. Tym razem Cormoran Strike prowadzi śledztwo w sprawie zniknięcia znanego pisarza. Owen Quine właśnie zakończył pisanie najnowszej książki, która może skompromitować wiele osób... Dla mnie - pozycja obowiązkowa.
"The Collected Works of A.J. Fikry" (polskie tłumaczenie "Między książkami) Gabrielle Zevin, to jeszcze jedna książka, którą powinnam przeczytać przed jej lipcową premierą na polskim rynku. Ciepła historia o właścicielu małej księgarni, zmagającego się ze śmiercią żony, dziecku znalezionym między książkami i przedstawicielce pewnego wydawnictwa. Pozycja obowiązkowa dla moli książkowych. 
Na tę książkę czekam baaardzo niecierpliwie! Na szczęście kilka dni po jej premierze (początek lipca, chyba) będę w Polsce i obiecuję sobie, że bez niej nie wyjadę. Po fantastycznej "Koronie śniegu i krwi" nadszedł czas na kolejną opowieść z czasów piastowskich. Tym razem jej bohaterem jest Karzeł - czyli Władysław  Łokietek. Liczę na podobne emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania poprzedniej książki. 
"Lamentation" C.J.Sansoma, to zapowiadany na październik kolejny tom przygód Matthew Shardlake'a, garbatego prawnika żyjącego w XVI-wiecznej Anglii. Tym razem Shardlake zostanie wplątany w sprawę kradzieży niebezpiecznego manuskryptu należącego do ostatniej żony Henryka VIII, Katarzyny Parr. Kolejna powieść, którą zdecydowanie muszę przeczytać. 
Również na październik zapowiadana jest premiera drugiego tomu serii The Bone Season,  czyli "The Mime Order" Samanthy Shannon. Ponieważ bardzo polubiłam bohaterkę "The Bone Season", ciekawią mnie losy Paige po jej ucieczce z Sheolu. Mam nadzieję, że autorka nie rozczaruje... 
Ta książka z kolei to pozycja, nad którą wciąż się waham. Sophie Hannah napisała powieść o przygodach Herkulesa Poirota, słynnego detektywa stworzonego przez Agathę Christie. "The Monogram Murders" ukaże się we wrześniu, a słynny detektyw zmierzy się w niej z mordercą, który w ustach ofiar zostawia spinkę do mankietów... Przyznaję, że mam wobec tej książki wątpliwości - z jednej strony ciekawa jestem, jak Hannah poradziła sobie z naśladowaniem Christie, z drugiej - uwielbiam Poirota i boję się, że książka nie spełni moich oczekiwań. 
 
Za mną dopiero trzy tomy przygód Departamentu Q, a we wrześniu będzie miała miejsce premiera piątego tomu serii. "the Marco Effect" Jussi Adler-Olsena. Tym razem Morck i jego drużyna zajmą się sprawą finansowych machlojek i zaginięć, w które zamieszany jest pewien nastoletni chłopiec.
Na koniec - kolejna niecierpliwie oczekiwana premiera. We wrześniu ukaże się kolejny tom w serii Rzeki Londynu,. W "Foxglove Summer" Bena Aaranovitcha, policjant Peter Grant zostanie wysłany poza bezpieczne i znane granice ukochanego Londynu, żeby w małej wiosce, w której wszyscy chodzą spać z kurami, rozwiązać zagadkę znikających dzieci. Nie mogę się już doczekać!

Mam nadzieję, że w mojej mieszance firmowej znalazły się książki, które was również zainteresują. A może o czymś zapomniałam wspomnieć? Czekam na wasze propozycje zapowiedzi!

sobota, 21 czerwca 2014

A w najbliższym czasie..

Jestem bardzo zadowolona, że jakoś znajduję czas na czytanie... Jedyny problem to ilość pozycji wypożyczonych z biblioteki, które muszę przeczytać w najbliższym czasie. Wymyśliłam więc strategię, która powinna mi pomóc w uporaniu się z zaległymi stosami. Podzieliłam książki na łatwe do ogarnięcia segmenty i czytam je w kawałkach... Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że to nieco OCD, ale cóż, jak dla mnie to działa... 

A oto, co w najbliższym czasie zamierzam przeczytać... 
Książka "Motherland" Williama Nicholsona została przetłumaczona na polski i wydana jako "Wojna uczuć". Jest to obyczajowa opowieść o miłosnym trójkącie, wojnie i jej niszczycielskim wpływie na ludzi. Już zaczęta, czyta się na razie bardzo dobrze. 
"Great Deliverance" ("Wielkie wybawienie") amerykańskiej autorki Elizabeth George, pierwsza w serii o inspektorze Lynley'u - moje pierwsze spotkanie z tą popularną autorką. Rzecz dzieje się w Yorkshire, a dotyczy brutalnego morderstwa, które zakłóci spokój angielskiej wsi. Pozycja również zaczęta, inspektor Lynley (prywatnie earl Asherton) i jego partnerka, sierżant Havers to ciekawe postacie... 
Z kolei w powieści Kimberley Freeman "Lighthouse Bay" część współczesna przeplata się z historią - w 1901 roku Isabella Winterbourne podróżuje do Australii w towarzystwie znienawidzonego męża. Jako jedyna ocalała z katastrofy statku usiłuje odciąć się od swojej przeszłości. W czasach współczesnych Libby Slater po śmierci swego wieloletniego kochanka powraca do rodzinnej Australii. Jestem ciekawa, co połączy ze sobą obie części... Na język polski przetłumaczono tylko jedną książkę Kimberley Freeman, "Wzgórze dzikich kwiatów", Jeśli "Lighthouse Bay" mi się spodoba, to sięgnę też i po tę druga książkę.  
 
Dwie pierwsze książki Mary Lawson jeszcze co prawda przede mną, ale  za to zabrałam się za czytanie jej najnowszej powieści, "Road Ends". Lawson, Kanadyjka z urodzenia, na stałe mieszkająca w angielskim Kingston (niedaleko mnie!), jak zwykle osadza akcję swoich powieści w mroźnej Kanadzie (chociaż tym razem obok Kanady pojawia się i Londyn lat sześćdziesiątych). Miejscem akcji jest małe, zasypane śniegiem miasteczko w prowincji Ontario, a autorka przedstawia nam obraz dysfunkcyjnej rodziny, którą dotknęła tragedia. Po "Road Ends" sięgnęłam zachęcona wywiadem z autorką wysłuchanym w BBC Radio 4. Za mną dopiero fragment powieści, ale duszna, opresyjna atmosfera książki zaczęła na mnie silnie działać, więc póki co odłożyłam ją na bok i zabrałam się za coś lżejszego...

Czy Helen Fielding i jej "Bridget Jones: Mad About the Boy" ("Bridget Jones. Szalejąc za facetem") komuś należy przedstawiać? Książka zaczęta bardzo dawno temu, wciąż czekająca na skończenie. Może zmotywuje mnie to, że już dostępne jest polskie tłumaczenie tej książki... 

Na koniec - zabrałam się za "Zbrodnię i karę" Dostojewskiego i mam zamiar przeczytać książkę na spotkanie klubu czytelniczego na początku lipca... Trzymajcie za mnie kciuki.. Jak już wspominałam, rosyjska klasyka jakoś się ze mną nie zgadza... Ale tym razem nie zamierzam się tak łatwo poddać!

I co myślicie o moich książkowych wyborach? Dodam uczciwie, że nie są to wszystkie książki czekające na przeczytanie, a jedynie niektóre zaczęte... Ciekawi mnie jednak, co sądzicie o tych lekturach? Czy może zachęciłam was do przeczytania którejś z nich? 

Życzę wszystkim udanego weekendu i mam nadzieję, że znajdziecie podczas niego czas na czytanie...