niedziela, 20 października 2013

Ian Rankin - "Knots and crosses" ("Supełki i krzyżyki")

Kiedy Ian Rankin przystąpił do pisania „Knots and Crosses” w 1985 roku, nie przypuszczał, że to jest początek świetnej, popularnej serii, która przyniesie mu sławę i rzesze wielbicieli na całym świecie. Rankin miał zresztą zamiar uśmiercić swojego głównego bohatera – na szczęście zmienił zdanie i „Knots and Crosses” to pierwszy tom przygód detektywa Johna Rebusa, edynburskiego śledczego. Jak możecie się domyśleć, lektura tej książki sprawiła mi podwójną przyjemność, bo zupełnie inaczej czyta się powieści, których akcja rozgrywa się w znanym nam miejscach. Co więcej, kiedy zabrałam ze sobą „Knots and Crosses” na wycieczkę do Edynburga, nie spodziewałam się, że wrócę z autografem autora! Skończyłam czytać kryminał Rankina już w domu i cóż mogę powiedzieć – poproszę o więcej!

Detektyw John Rebus zostaje przydzielony do zespołu, który prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstw dziewczynek w Edynburgu. Właśnie zaginęła trzecia ofiara, policja obawia się, że i ona zostanie niebawem odnaleziona martwa. Dla Rebusa ta sprawa nabiera niebezpiecznych osobistych kolorów – ktoś przysyła mu dziwne listy, sznurki powiązane w supełki, krzyżyki z zapałek – czy jest to robota szaleńca, czy też może ktoś przesyła mu jakieś wskazówki?

Jak już wspomniałam, „Knots and Crosses” („Supełki i krzyżyki”) to pierwszy kryminał w serii, ale jego główny bohater jest pełnowymiarowy, ze skomplikowaną historią i pełen wewnętrznych rozterek. John Rebus to bohater naznaczony – pije i pali zdecydowanie za dużo, jego małżeństwo zakończyło się rozstaniem, a jego relacje z jedynym bratem są równie pogmatwane. Do tego przeszłość Rebusa jest nieco tajemnicza – wiadomo, że zanim został detektywem był żołnierzem jednostek specjalnych, a do tego w pewnym momencie przeżył załamanie nerwowe. Tylko o czym detektyw tak usilnie stara się zapomnieć?
Rakninowi udało się zaserwować czytelnikowi odpowiednio wyważoną mieszankę intrygującej zagadki, nietuzinkowych postaci i świetnej prozy. Sam autor we wstępie do późniejszego wydania powieści przyznaje, że „Knots and Crosses” była zainspirowana bardziej słynną powieścią Stevensona „Doktor Jekyll i pan Hyde”, a nie klasycznymi powieściami detektywistycznymi. A jednak udało mu się napisać świetny kryminał, który pozostawia w czytelniku ochotę na więcej. Co jeszcze można powiedzieć o kryminale Iana Rankina? Dla mnie jedną z największych przyjemności było poruszanie się śladami Rebusa po Edynburgu. Co prawda akcja „Knots and Crosses” toczy się w latach osiemdziesiątych, a część miasta została przez pisarza wymyślona, ale już teraz cieszę się z przyjemności, jakiej zapewne dostarcza mi dalsze tomy serii, bardziej współczesne, w których Rebus porusza się prawdziwymi ulicami, odwiedzając znane bary i knajpy... 

Przyznam się, że spotkaniu z Rankinem w Edynburgu trochę się obawiałam, czy „Knots and Crosses” sprostają moim oczekiwaniom. Jego powieści polecano mi już niejednokrotnie, według wielu moich znajomych cała seria jest znakomita, a nowsze książki są zresztą podobno jeszcze lepsze. Jednym słowem, poprzeczkę zawieszono mi wysoko. Na szczęście były to obawy bezpodstawne. Jednym słowem – przechodzę na stronę wielbicieli Rankina! Tych, którzy jeszcze nie czytali jego książek, informuję, że z Rebusem warto się zapoznać. Ci, którzy go znają, zapewne powiedzą, że znajomość powinno się kontynuować. Co też właśnie zamierzam uczynić... Do poczytania!

PS. Na szczęście "Supełki i krzyżyki" ukazały się również po polsku, więc znajomość z Rankinem można zacząć od zaraz, bez czekania na przekład!

wtorek, 15 października 2013

And the winner is... Man Booker 2013

Panie i panowie, oto zwyciężczyni Man Booker Prize 2013!
Eleanor Catton, autorka powieści "The Luminaries" przechodzi do historii jako najmłodsza zdobywczyni Man Booker Prize - pisarka ma teraz 28 lat, a powieść zaczęła pisać już trzy lata temu. "The Luminaries" to także najdłuższa nagrodzona książka - liczy sobie bowiem 832 strony. Wraz z wygraną Catton kończy się też pewna era w historii tej nagrody. Od przyszłego roku o nagrodę będą się mogły ubiegać nie tylko powieści opublikowane w krajach Wspólnoty Brytyjskiej i Irlandii, ale i te wydane w Stanach Zjednoczonych.

A teraz ręka do góry - kto ma ochotę przeczytać "The Luminaries" Eleanor Catton?

niedziela, 13 października 2013

Niedzielne czytanie (10)

Niedzielne czytanie zapowiada się leniwie i satysfakcjonująco, w przeciwieństwie do dzisiejszej pogody, która z kolei zapowiada się ponuro i deszczowo. I całe szczęście, bo po całym wyczerpującym tygodniu pracy po prostu nic mi się nie chce. Na szczęście na czytanie ochoty mi nie brakuje, więc już od rana oddaję się temu błogiemu zajęciu. Po obejrzeniu w telewizji nowego programu na mojej ulubionej doktor Lucy Worsley (tej od „If Walls Could Talk” - niezmiennie polecam!) zatytułowanego „A Very British Murder”, nabrałam ochoty na odnowienie znajomości z niejaką Agathą Christie. Dziś rano skończyłam więc „A Mysterious Affair at Styles”, czyli „Tajemniczą historię w Styles”, zaraz też zabrałam się za kolejną Agatkę – tym razem trafiło na „Cat Among the Pigeons” („Kot wśród gołębi”), powieść, w której znów odegrają rolę małe, szare komórki słynnego belgijskiego detektywa. Jednym słowem, książka w sam raz na leniwe, niedzielne przedpołudnie. 

Kryminały Agathy Christie chyba nigdy mi się nie znudzą – czytam je co jakiś czas, najlepiej, gdy nieco pozapominam przebieg akcji i – co najważniejsze! - kto zabił. I nawet jeśli w pamięci coś tam jeszcze kołacze, to i tak czytanie jej książek to dla mnie czyta przyjemność. Nie staram się zresztą usilnie domyśleć, kto jest sprawcą, żeby nie zepsuć sobie niespodzianki, która mnie czeka na końcu każdej (niemal) jej książki. Natomiast coraz bardziej ciekawią mnie inne pisarki ze złotej epoki detektywistycznej – Ngaio Marsh, Margery Allingham, Dorothy Sayers – zwłaszcza ta ostatnia, bo Lucy Worsley wychwalała w swoim programie jej książki. Trzeba przecież porównać style różnych twórców, prawda? Być może po przeczytaniu obecnej Agatki wezmę się więc najpierw za książkę Lucy Worsley „A Very British Murder”, która została wydana przy okazji programu telewizyjnego, a potem zdecyduję, czy wrócić do Rankina i jego Johna Rebusa (pierwszy kryminał z tej serii już za mną!), czy może zapoznać się z jakimś zupełnie nowym detektywem, najlepiej takim przedwojennym, obracającym się w wyższych sferach... Bo przecież tylu jeszcze nieznanych autorów przede mną...!

Życzę wam więc miłej niedzieli, najlepiej takiej beztroskiej i leniwej, wypełnionej ciekawymi książkami i niezmiennie pytam - co teraz czytacie?

niedziela, 6 października 2013

Literacki Edynburg Dabarai

Edynburski zamek we mgle...
Edynburg, stolica Szkocji, to miasto przepełnione historią i literackim dziedzictwem. Nie sposób przejść ulicami, by od razu nie natknąć się na literackie ślady – pomniki poświęcone sławnym literatom, zaułki, w których współcześni twórcy osadzili akcję swoich książek, miejsca odwiedzane przez współczesnych i dawnych powieściopisarzy... Edynburg to nie tylko miasto, w którym mieszkali Robert Burns, Robert Louis Stevenson, czy Walter Scott, tu także tworzą dzisiaj znani pisarze tacy jak J. K. Rowling, Ian Rankin, czy Alexander McCall Smith. Wszystko to tworzy niesamowitą atmosferę literackiego tygla. W dodatku 2004 roku Edynburg został ogłoszony pierwszym na świecie Miastem Literatury UNESCO i ten tytuł zobowiązuje. Dlatego tam ciągle coś się dzieje – wydarzenia literackie trwają cały rok, nie tylko podczas międzynarodowego festiwalu książek (Edinburgh Book Fest) – odbywają się spotkania z pisarzami, prężnie działają biblioteki (między innymi Scottish Poetry Library, czyli Szkocka Biblioteka Poezji) i inne instytucje kulturalne i stowarzyszenia, takie jak Scottish Storytelling Centre (Szkockie Centrum Opowiadań), czy Scottish Book Trust (organizacja zajmująca się promocją literatury i czytania). 
Pomnik Greyfriars Bobby - psa, który czuwał przez niemal 14 lat przy grobie swego właściciela Johna Graya. W tle pub, w którym psa podkarmiano, nazwany jego imieniem.
Nic więc dziwnego, że od dawna chciałam Edynburg odwiedzić! W tym tygodniu wraz z UA spędziliśmy tam kilka pełnych wrażeń dni i już teraz wiemy, że chcemy tam pojechać na dłużej. Poniżej przedstawiam wam moją fotograficzną relację z pobytu – jak przystało na książkowego mola skoncentrowałam się w niej przede wszystkim na literackich ciekawostkach, ale Edynburg to przecież znacznie więcej! Oczywiście, nie wszystko udało mi się zobaczyć, nie o wszystkim też wspominam, ale przyznaję, że szkocka stolica zrobiła na mnie duże wrażenie i będę ją bardzo ciepło wspominać...

Przystanek pierwszy - The Writers' Museum

Smakowity kąsek ukryty w jednym z zaułków Royal Mile, ciągu ulic w centrum historycznego Edynburga, The Writers' Museum mieści się w historycznym Lady Stair's House, który pod koniec XIX wieku kupił (i w ten sposób ocalił przed wyburzeniem) piąty earl Rosebery. Po renowacjach budynek przekazał miastu i obecnie mieści się w nim muzeum poświęcone życiu i twórczości trzech szkockich twórców: Roberta Burnsa, Sir Waltera Scotta i Roberta Louisa Stevensona. W małych salkach zebrano liczne portrety, zdjęcia, pamiątki, przedmioty należące niegdyś do tych twórców, a także pierwsze wydania ich dzieł.
Cytat z wiersza Burnsa "Do wszy" na ścianie budynku szkockiego parlamentu.
Żaden z trzech twórców, którym poświęcono to muzeum nigdy nie przebywał w tym domu, ale Burns mieszkał w pobliskim Baxter's Close.
Na dziedzińcu przed muzeum można z kolei przyjrzeć się płytom z cytatami pochodzącymi z dzieł słynnych twórców, które tworzą żywy pomnik literacki miasta. Takich literackich cytatów można zresztą w Edynburgu znaleźć o wiele więcej – na przykład ściany szkockiego Parlamentu pokrywają cytaty pochodzące między innymi ze znanych wierszy szkockich poetów – w tym i Roberta Burnsa.

Przystanek drugi - Scott Monument

Kiedy w 1832 roku zmarł Walter Scott, w okrytej żałobą Wielkiej Brytanii ogłoszono konkurs na pomnik, który miał uhonorować wielkiego pisarza. Wygrał projekt autorstwa George Meikle Kempa, który zaprojektował pseudogotycką wieżę, a jej budowę ukończono w 1844 roku. Monumentalna budowla liczy sobie 61.11 metrów, a najwyższą z platform widokowych umieszczonych na różnych wysokościach, prowadzą 287 schody. Panoramiczne widoki Edynburga roztaczające się z wysoka na pewno osłodzą trudy tej wysokiej wspinaczki. 
Autorem samego pomnika Scotta, który spoczywa majestatycznie pomiędzy kolumnami wieży, jest John Steell, a pomnik przedstawia pisarza odpoczywającego w towarzystwie swej ulubionego psa, charcicy Maidy.
Pamiątek poświęconych Scottowi jest zresztą w Edynburgu więcej – na przykład na George Street znajduje się dom, w którym pisarz mieszkał wraz z rodzicami, cytaty z jego prac zdobią dziedziniec Muzeum Pisarzy i ścianę parlamentu. Ponadto główna stacja kolejowa Edynburga, Waverley, nosi imię jednej z jego powieści, a obok katedry św. Idziego (St Giles High Kirk) znajduje się tajemnicza mozaika zwana Heart of Midlothian... W tym miejscu stało kiedyś edynburskie więzienie, Old Tolbooth, które Scott opisał w swojej powieści „Heart of Midlothian” (polskie tłumaczenie „Więzienie w Edynburgu”) - kiedy w 1817 roku budynek zburzono, władze miasta oznaczyły to miejsce mozaiką, noszącą imię powieści Scotta... Dodam jeszcze, że jedna ze szkockich drużyn piłkarskich też nazywa się Heart of Midlothian, a ich logo przypomina tę właśnie mozaikę.. Zaiste, potęga Scotta nie zna w Szkocji granic!

Przystanek trzeci - J. K. Rowling

Kiedy w grudniu 1993 roku J. K. Rowling przeprowadziła się do Edynburga, nic w jej życiu nie zapowiadało sukcesu i sławy. Pisarka przyjechała z Portugalii jako samotna matka i pierwsze lata w tym mieście spędziła w biedzie, żyjąc z zasiłków.  Pracując nad manuskryptem swojej pierwszej powieści, pisarka spędzała dużo czasu w edynburskich kawiarniach, które teraz stały się miejscem pielgrzymek wielbicieli twórczości pisarki. Jedna z nich, The Elephant House, przy George IV Bridge, reklamuje się jako miejsce narodzin Harry'ego Pottera.
W tej samej kawiarni bywali również Ian Rankin i Alexander McCall Smith, który wspomina ją zresztą w jednej ze swoich książek. Jak to z Edynburgiem bywa, sieć literackich powiązań jest znacznie gęstsza, niż mogłoby się to na pierwszy rzut oka wydawać... Kolejną ciekawostką jest to, że Rowling zwykła była spacerować po pobliskim cmentarzu Greyfriars, gdzie pochowany jest William McGonagall – według niektórych źródeł najgorszy poeta w historii brytyjskiej poezji. 
Oto próbka twórczości McGonagalla, pochodząca z jego wiersza „The Tay Bridge Disaster” (przedstawia on tragiczny wypadek, kiedy to podczas wichury most na rzece Tay zawalił się, gdy przejeżdżał przez niego pociąg):
I must now conclude my lay
By telling the world fearlessly without the least dismay
That your central girders would not have given way,
At least many sensible men do say,
Had they been supported on each side with buttresses,
At least many sensible men confesses,
For the stronger we our houses do build,
The less chance we have of being killed.”
 
Nie odważę się przetłumaczyć tego dzieła, ale pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden cytacik z wiersza zatytułowanego „Beautiful Nairn”: 
 
„All ye tourists who wish to be away
From the crowded city for a brief holiday;
The town of Nairn is worth a visit, I do confess,
And its only about fifteen miles from Inverness.”
Wnikliwi czytelnicy od razu zauważą, że to stąd pochodzi nazwisko pewnej nauczycielki transmutacji... McGonagall pisał może prawdziwe rymy częstochowskie, ale za to jego sława zatacza teraz coraz szersze kręgi! Zresztą podobnych niespodzianek jest więcej, bo Rowling znalazła inne, ciekawe nazwiska na cmentarnych nagrobkach i wykorzystała je w swoich powieściach...
Grób Thomasa Riddle, czyli Voldemorta!
Cmentarz w Edynburgu dostarczył Rowling pomysłów na imiona postaci, natomiast spekuluje się, że pobliska szkoła, George Heriot's School, zainspirowała ją do stworzenia słynnej szkoły magii, czyli Hogwartu.
Oprócz tego rozśmieszyło nas pewne ogłoszenie, które znaleźliśmy na drzwiach jednego ze sklepików na popularnej ulicy Grassmarket: 
Autorka "Harry'ego Pottera", J. K. Rowling, nigdy nie odwiedziła tego sklepu. 

Przystanek czwarty - ciekawostki

Edynburg naprawdę jest miastem literatury – nie sposób zapomnieć o jego literackich powiązaniach, gdy z każdego zaułka wygląda historia słowa pisanego, gdy cmentarze zapełniają duchy dawnych twórców i ich muz... Na małym cmentarzyku przy kościele Canongate pochowany jest na przykład Adam Smith, autor „Bogactwa narodów”, ojciec współczesnej ekonomii, a także poeta Robert Fergusson, którego pochowano tam w nieoznakowanym grobie – dopiero Robert Burns ufundował prywatny nagrobek i zamieścił na nim epitafium własnego autorstwa. Na tym samym cmentarzu znajduje się też grób słynnej Clarindy, ukochanej Burnsa, której poświęcił on wiele swoich utworów. 

Warto po Edynburgu chodzić i zaglądać też do atmosferycznych zaułków, bo nigdy nie wiadomo, jakie się w nich kryją skarby. Na przykład w malutkiej uliczce Anchor Close znaleźliśmy tablicę informującą, że tu właśnie mieściła się kiedyś słynna drukarnia Williama Smelliego, w której wydano pierwszą edycję „Encyklopedii Britanniki”, a także dzieła Burnsa. 
Należy też pamiętać o tym, że w Edynburgu mieszka i tworzy wielu znanych współczesnych pisarzy – nie tylko J. K. Rowling, ale i bardzo popularny Alexander McCall Smith, który akcję swoich powieści umieszcza często w Edynburgu. Szkocka stolica jest zresztą popularnym miejscem akcji wielu innych powieści, między innymi kryminałów Quintina Jardine'a i Iana Rankina. Przed wyjazdem zaczęłam czytać pierwszą powieść Jardine'a o przygodach detektywa Boba Skinnera i po przyjeździe odszukałam miejsce, w którym znalezione zostaje ciało ofiary okrutnej zbrodni – Advocate's Close. 
Wspaniale jest podczas czytania wędrować śladami postaci z książek, jestem pewna, że książki Jardine'a będzie mi się zupełnie inaczej czytało teraz, kiedy Edynburg widziałam na żywo... Natomiast jeszcze wspanialej jest, gdy się ma trochę szczęścia i Ulubionego Anglika, który sokolim okiem wypatrzy i rozpozna słynnych pisarzy na ulicy. Otóż ostatniego dnia pobytu natknęliśmy się na samego Iana Rankina, autora serii kryminałów o Johnie Rebusie, który w towarzystwie ekipy telewizyjnej przemierzał mgliste i deszczowe ulice swego miasta. 
"Supełki i krzyżyki" z autografem!
Tak oto udało mi się zdobyć autograf pisarza, który podpisał mój egzemplarz swojej książki „Knots and Crosses”, który miałam przy sobie. Co więcej, pisarz sam zaproponował, żeby UA zrobił nam zdjęcie! 
Z Ianem Rankinem - pozujemy na tle plakatu reklamującego sztukę teatralną jego autorstwa, którą można obejrzeć w teatrze w Edynburgu.
Tak więc mam niesamowita pamiątkę z Edynburga i motywację, żeby jak najszybciej przeczytać całą serię o inspektorze Rebusie. 
 
Na tym chyba zakończę moją wycieczkę po tym uroczym mieście. Mogłabym zresztą pisać jeszcze cały dzień, bo szkoda nie wspomnieć i innych wspaniałości – pubu, w którym bywał Burns, domu, w którym mieszkał, ulic wspominanych w powieściach McCalla Smitha, księgarni, antykwariatów, bibliotek... A przecież Edynburg to nie tylko miasto literatury, ale i miasto pełne historii, pełne współczesnych inicjatyw i aż przesycone unikatową atmosferą. Mam więc nadzieję, że choć na trochę przeniosłam was do Szkocji, a sama już zaczynam obmyślać, kiedy znowu uda mi się to niesamowite miasto odwiedzić...

poniedziałek, 30 września 2013

Pitu i Kudłata, czyli "Dziecko dla odważnych" Leszka K. Talki

Moją życiową dewizą jest zdanie: "wszystkiego można dowiedzieć się z książek". Jedziesz na wakacje? Zaopatrz się w przewodnik turystyczny i mapki. Chcesz się odchudzać? Kup kilka książek o bieganiu, zdrowym odżywianiu i ćwiczeniach. Uczysz się chińskiego? Bez słownika się nie obędzie. Myślisz o kupieniu nowego zwierzątka? W bibliotekach pełno jest nowych poradników o hodowli rybek, piesków, czy innych tam kameleonów. Najlepsze są natomiast takie książki, które pokażą ci wszystkie informacje z perspektywy kogoś, kto to już wszystko przeżył - pamiętniki podróżników, hodowców zwierząt, czy biegaczy. Takie pozycje pokazują świat takim, jaki naprawdę jest, bez osłonek, bez różowych okularów, czy zakłamań. Dlatego więc ostatnio wypożyczyłam sobie z biblioteki „Dziecko dla odważnych” Leszka K. Talki, żeby dowiedzieć się z książki wszystkiego o hodowli dzieci. Okazuje się jednak, że na posiadanie potomstwa nic nas nie może przygotować, za to czytane o doświadczeniach innych może co najwyżej w jakiś sposób nam ten szok złagodzić…

„Dziecko dla odważnych” składa się z trzech wydanych wcześniej książek: „Dziecko dla początkujących”, „Dziecko dla średnio zaawansowanych” i „Dziecko dla profesjonalistów”, które z kolei powstały w oparciu o felietony autora w miesięczniku „Dziecko”. A ponieważ czytałam „Talki w wielkim mieście” porykując ze śmiechu co kilka stron (ach, ta pipsa z dropcikiem! – zainteresowanych odsyłam tutaj), nie mogłam przejść obok „Dziecka...” obojętnie. No i stało się – moje życie już nigdy nie będzie takie samo. Już wiem, że do posiadania potomstwa trzeba przygotować się: a) psychicznie – nieprzespane noce to pestka, ale nikt nie powiedział rodzicom, że małe dzieci są świetnymi terrorystami, jeśli trzeba mają cierpliwość fakirów i potrafią prowadzić zaawansowane gry psychologiczne (czy zignorować zachowanie malucha i zyskać chwilę spokoju, czy też spróbować zachowywać się konsekwentnie i odbierać mu niebezpieczne przedmioty?); b) fizycznie – trzeba nie tylko dokonywać akrobatycznych wygibasów, by złapać spadające z wysokości maleństwo, ale i potrafić się szybko uchylić, by przelatująca butelka nie wyrżnęła nas w czółko; c) finansowo – dziesięcioletnia butelka porto może łatwo wylądować na podłodze, a zmywanie twórczości dzieci ze ścian też kosztuje – nie mówiąc już o odtwarzaczu dvd, do którego ktoś wepchnął banana.

W zasadzie żadnych poradników czytać już nie muszę, bo Leszek Talko w „Dziecku do odważnych” porusza najważniejsze sprawy, które mogą zainteresować świeżo upieczonych rodziców. Po przeczytaniu tej pozycji jestem być może mniej optymistycznie nastawiona do rodzicielstwa,  pozbawiona złudzeń, ale za to jaka jestem przygotowana! W dodatku książka składa się z krótkich felietoników, które pod znaczącymi tytułami takimi jak „Co zrobić, kiedy dziecko płacze, czyli niech ta cholera wyłączy syrenę” czy „Jak karmić małego niejadka, czyli jeszcze jedna muta i zwariuję”, skrywają całe morze narzekań na ciężki los rodzica dobrych rad i złotych myśli. Rozdzialiki są króciutkie, w sam raz do poczytania podczas karmienia lub drzemki dziecka, a do tego zabawne – trzeba więc uważać, żeby radosny rechot czytającego broń boże nie obudził bachora dzidziusia. Po przeczytaniu „Dziecka dla odważnych” zostaje tylko wierzyć w to, że to wszystko to tylko literacka fikcja...  Czego i wam, rodzice pociech, szczerze życzę.

niedziela, 29 września 2013

Niedzielne czytanie (9)

Nic z tego nie rozumiem. Czy książki się rozrastają? Czy ja czytam wolniej? Przecież kiedyś książki na urlopie połykałam, a do tego robiłam w tym czasie tysiąc innych rzeczy. W tym roku na wakacjach u mamy kończę dopiero drugą książkę, moje ambitne plany przyjrzenia się kilku innym pozycjom pod kątem potencjalnej lektury spełzły na niczym, co najwyżej na książki wypożyczone z biblioteki załapie się moja mama, albo je może pooddaje, kto tam wie. Nic, będą musiały poczekać na lepsze czasy. Na razie kończę Leszka Talki "Dziecko dla odważnych" - okazuje się, że mogę czytać to tylko w małych dawkach, inaczej dostaję drgawek i zastanawiam się, czy posiadanie dzieci naprawdę jest dobrym pomysłem... Tak więc jednym okiem podczytuję Talkę, a drugim z zaciekawieniem zaglądam do pierwszego tomu "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza. Za Grzędowicza odpowiedzialna jest zresztą Kasia.eire i jej powalająca notka, którą można poczytać o, tutaj. No i faktycznie, wciąga jak cho... jak ho, ho. Trzeba będzie się zaopatrzyć w ebooka, bo i tak nie zdążę, a tu są przecież cztery tomy...! Oprócz tego, skoro w Polsce niebawem wychodzi i "Inferno" Browna i "I góry odpowiedziały echem" Hosseiniego, wypadałoby też przeczytać, żeby być na bieżąco... Do tego jutro wywożę z Polski zakupione w tym tygodniu lektury - zadziwiająco mała kupka, jak na mnie, na razie tylko sześć, więc pewnie i coś z tego trzeba będzie ruszyć... (Piszę na razie sześć, bo przede mną jedna jeszcze wizyta w księgarni, więc kto mnie tam wie.) Na szczęście pzed mną kilka wolnych dni, więc mam nadzieję rozkręcić się czytelniczo. Czego i wam życzę.
 
A co wy czytacie w tym tygodniu?

sobota, 28 września 2013

Wołanie kukułki, czyli Rowling w nowym wcieleniu ("The Cuckoo's Calling", Robert Galbraith)

W lipcu internet obiegła elektryzująca wieść, że Robert Galbraith, autor kryminału „The Cuckoo’s Calling” („Wołanie kukułki”) to pseudonim, pod którym ukrył się nie kto inny, a J. K. Rowling. Z dnia na dzień sprzedaż ruszyła z kopyta, a kiedy następnego dnia sprawdziłam tę książkę na naszej bibliotecznej stronie internetowej, okazało się, że tytuł zarezerwowało już ponad dwieście osób. Ponieważ ja właśnie wtedy przeżywałam kryzys czytelniczy, wzruszyłam tylko ramionami i stwierdziłam, że Rowling nie Rowling, a książka i tak poczeka. I dopiero całkiem niedawno, kiedy wreszcie mnie odetkało, przypomniało mi się, że „The Cuckoo’s Calling” to przecież kryminał, a ja mam fazę na kryminały, więc właściwie dlaczego nie, można by tę Rowling wreszcie przeczytać. Od razu przyznaję, że tematyka była dla mnie znacznie bardziej interesująca niż „Trafny wybór”, który zresztą wciąż czeka cierpliwie na półce...

„The Cuckoo’s Calling” to kryminał, w którym prywatny detektyw, Cormoran Strike, rozwiązuje zagadkę samobójstwa pięknej modelki. Lula Landry trzy miesiące wcześniej wyskoczyła ze swojego balkonu w ekskluzywnym apartamencie w dzielnicy Mayfair, ale jej brat, John Bristow, który zleca Strike’owi to zadanie, podejrzewa, że było to morderstwo. Zlecenie przychodzi w samą porę – Strike właśnie rozstał się ze swoją narzeczoną, sypia w biurze, jego agencja detektywistyczna znajduje się na skraju bankructwa, a w dodatku pojawia się przysłana przez agencję sekretarka, której detektyw i tak nie ma jak zapłacić. Jednym słowem - sprawa Luli spada mu jak z nieba, zwłaszcza, że Bristow zobowiązuje się zapłacić podwójną stawkę. Detektyw spotyka się ze przyjaciółmi modelki i świadkami jej samobójstwa, a z rozmów wyłania się portret skomplikowanej, pełnej problemów młodej dziewczyny. Lula to adoptowana przez zamożną parę dziewczyna mieszanej rasy, cierpiąca na zaburzenie afektywne dwubiegunowe, próbująca poradzić sobie z wymaganiami, sławą, samotnością i niezbyt udanym związkiem. A jednak – Strike powoli nabiera wątpliwości, czy Lula faktycznie odebrała sobie życie…

„The Cuckoo’s Caling” nie wyróżnia się może fantastyczną i nowatorsko skonstruowaną intrygą, są i tacy, którzy będą marudzić, że Rowling bawi się ogranymi schematami, że nic nowego i oryginalnego nie wymyśla, do tego gdzieś się doczytałam, że relacje między Strike’m a jego sekretarką przypominają te pomiędzy Bondem a Moneypenny (nie wiem, skąd to porównanie, mnie się bynajmniej tak nie skojarzyło)... Natomiast mnie książka zdecydowanie przypadła do gustu. Nie mam nic przeciwko schematom, jeśli są tylko dobrze napisane, a co jak co, tego Rowling odmówić nie można. Wydaje mi się, że pisarka stworzyła bardzo udany pierwszy kryminał, pełen dobrych, miejscami dowcipnych, spostrzeżeń i dialogów, z ciekawą intrygą i zgrabnie zakończony. Do tego akcja powieści rozgrywa się w Londynie, w interesująco sportretowanym środowisku „pięknych i bogatych”, albo przynajmniej tylko bogatych. Paparazzi, prywatne limuzyny, blichtr i przepych, a przede wszystkim koneksje – jak się w tym wszystkim odnajdzie nasz prywatny detektyw?

Strike to postać poturbowana nie tylko psychicznie ale i fizycznie, bohater z intrygującą przeszłością, pełen problemów, nie tylko materialnych, ale i emocjonalnych. Wiadomo, że detektyw ma ciekawą przeszłość, nie mniej ciekawych znajomych, a więc jest to ktoś jak dla mnie interesujący, o kim chciałabym się jak najwięcej dowiedzieć. Co więcej, strasznie spodobało mi się imię głównego bohatera – Cormoran Strike to nie tylko brzmi intrygująco, ale i zapada w pamięć, co też jest ważne bo autorka planuje wydać cały cykl z Strike’m w roli głównej. Sekretarka Strike’a, Robin Ellacott, to także sympatyczna postać, młoda dziewczyna marząca skrycie o pracy w agencji detektywistycznej, do tego nad wyraz kompetentna i zorganizowana, czyi ideał sekretarki. (Na szczęście Rowling nie wpadło do głowy, by dwójkę bohaterów wiązać w od razu w jakiś romans – Robin ma narzeczonego, a Cormoran właśnie zakończył wieloletni, burzliwy związek, więc nie w głowie mu romanse i miłostki.) Reszta postaci też wypada całkiem nieźle, szczególnie Lula i jej przyjaciel, projektant mody, Guy Somé, który nazywa dziewczynę Kukułką, a także Rochelle, bezdomna dziewczyna, z którą Lula zaprzyjaźniła się w trakcie terapii.

Bardzo się cieszę, że Rowling zaplanowała cały cykl z Cormoranem Strike’m w roli głównej, cieszę się też, że przybyła nam kolejna, ciekawa postać literacka. Zdecydowanie jest to lektura dostarczająca przyjemnych wrażeń, więc będę czekać na kolejne części z zainteresowaniem. Tych z was, którzy mają możliwość przeczytania „The Cuckoo’s Calling” w oryginale, zachęcam do lektury, chociażby po to, byście sami przekonali się, jak Rowling poradziła sobie z kryminałem. Tym, którzy czekają na polskie tłumaczenie, życzę, żeby książkę jak najszybciej przetłumaczono. A tych, którzy Rowling w ogóle nie znają, zachęcam do rozpoczęcia znajomości – na przykład od tej książki.  

sobota, 21 września 2013

Jussi Adler-Olsen, "Redemption"

Wieczór. Jesienna szaruga za oknem powoduje, że otrząsamy się z obrzydzeniem, zaciągamy zasłony, mościmy się wygodnie w fotelu z książką, by w bezpiecznym zaciszu domowym przeczekać do rana. A jaka to lektura jest najodpowiedniejsza na takie zimne, ponure wieczory? Krwawe, soczyste morderstwo. Ze stolika obok łypie na mnie okładka nowej książki Lucy Worsley, „A Very British Murder. The Story of a National Obsession”, obok kilka kryminałów (między innymi „The Hanging” Lotte i Sorana Hamerów, a do tego „The Cuckoo's Calling” Rowling, „Season of Darkness” Jennings – tej od Murdocha, „The Invention of Murder” Flanders na kindlu...) , a przede mną próba opisania fenomenalnej książki... Jussi Adler-Olsen, moje odkrycie przed sprzed dwóch lat, długo kazał nam, obcokrajowcom, czekać na kolejną swoją znakomitą powieść. Po fenomenalnej „Mercy” (czyli „Kobiecie w klatce” w polskim wydaniu), przyszła kolej na wydanych po polsku „Zabójców bażantów”, a potem długo, długo nic. Aż wreszcie pojawiła się na rynku angielskim kolejna część przygód Carla Morcka i jego ekipy! Hura! „Redemption” to była pierwsza od dwóch miesięcy nowa książka, którą przeczytałam... Dzięki Adler-Olsenowi i jego kryminałowi udało mi się skutecznie (mam nadzieję) pozbyć książkowej zapaści. 

„Redemption” podąża szlakiem poprzednich powieści autora. Tym razem sprawą, która trafia na biurko (a potem na ścianę) Morcka i jego Departamentu Q, jest pewien tajemniczy list w butelce, rozpaczliwe wołanie o pomoc, wyrzucone przez okno w desperackim geście przez związanego i zakneblowanego chłopca. W tym samym czasie czytelnik śledzi poczynania bezwzględnego mordercy, który poszukuje nowej ofiary. W „Redemption” Adler-Olsen przedstawia motyw małych, zamkniętych przed światem środowisk religijnych, portrety ludzi żyjących w hermetycznych wspólnotach, które padają ofiarą bezlitosnego człowieka, żerującego na ludzkim zaufaniu i wierze.

Najnowszy kryminał Adler-Olsena to kolejna świetna pozycja w dorobku tego autora – napięcie rośnie z minuty na minutę, gdy bohaterowie nieświadomie podążają poplątanymi ścieżkami, by w końcu połączyć je w jeden, wspólny trop. Innymi słowy - „Redemption” wciąga, a nawet wsysa czytelnika, powoduje niezdrowe kołatanie serca i nie da się odłożyć na dłużej. Do tego jest coś takiego w książkach tego autora, że czyta się je po prostu z przyjemnością. A to już zasługa zabawnego momentami języka i bohaterów, których nie sposób nie polubić, a którzy z drugiej strony potrafią zaskoczyć i zaciekawić w kolejnych tomach. Nie chodzi mi tylko o Morcka, ale przede wszystkim o Assada, Rose, a także jej siostrę bliźniaczkę, Yrsę – świetnie przedstawione charaktery, o których czytelnik straszliwie chce się dowiedzieć jak najwięcej, a którzy swoje sekrety odkrywają niechętnie i powolutku. Do tego świetne postacie poboczne, historia dzieciństwa mordercy, jego ofiar... Wszystkie te opowieści, jak kawałki układanki zaczynają do siebie pasować, zazębiać się i nakładać na siebie. 

Cóż więcej można powiedzieć o „Redemption”? Okazuje się, że przerwa w pisaniu ma zdecydowanie negatywny wpływ na płynność mojej wypowiedzi, a do tego są pewne książki, które wywołują tak entuzjastyczne reakcje, że właściwie jedyne co można o nich powiedzieć, to „świetna książka, czytajcie, czytajcie”! A ponieważ ten kryminał zdecydowanie do takich pozycji należy, na tym kończę moją nieskładną notkę i z niecierpliwością zabieram się za oczekiwanie kolejnej książki Jussi Adler-Olsena (wychodzi ona na wyspach w lutym przyszłego roku). A czytelnikom czekającym na polskie wydanie tej książki życzę jak najszybszego jej wydania.

wtorek, 10 września 2013

Man Booker 2013 Prize - lista finalistów

Przyznaję się od razu - w tym roku nagroda Bookera przeszła koło mnie zupełnie niezauważona. Nie tylko nie wspomniałam o niej na blogu, ale i sama jakoś w ogóle nie sprawdziłam, jakie książki zostały do niej nominowane. Dziś więc, w dniu ogłoszenia listy finałowej, mam nadzieję trochę się poprawić, przedstawiając wam sześć nominowanych powieści.
We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf
We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf
We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf
We Need New Names”, NoViolet Bulawayo - jedyny debiut w tym gronie, powieść Elizabeth Tshele (NoViolet Bulawayo to niestety pseudonim), autorki urodzonej i wychowanej w Zimbwabwe, obecnie mieszkającej w USA. Książka opowiada o dzieciństwie w Zimbabwe, o dorastaniu w USA i o marzeniach, które nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań. 
„The Luminaries”, Eleanor Catton - pochodząca z Nowej Zelandii pisarka jest najmłodszą z nominowanych autorek, a jej książka jest chyba najdłuższa na liście. Powieść Catton to rozgrywająca się w czasach gorączki złota w XIX wiecznej Nowej Zelandii historia o duchach i kryminał w jednym.
„The Harvest”, Jim Crace - Crace zapowiedział w lutym, że „The Harvest” będzie jego ostatnią powieścią. Książka to alegoryczna opowieść o sielskiej angielskiej wiosce, której idylla zostaje w ciągu siedmiu dni na zawsze zniszczona.
„The Lowland”, Jhumpa Lahiri - Lahiri to doświadczona autorka, zdobywczyni wielu nagród. Jej najnowsza powieść to historia rodzinna przesiąknięta historią Indii i Stanów Zjednoczonych, opowieść o dwóch braciach dorastających w Kalkucie w latach sześćdziesiątych. 
„A Tale for the Time Being”, Ruth Ozeki -  historia pewnego dziennika wyrzuconego na brzeg w pudełku z obrazkiem Hello Kitty i o konsekwencjach tego odkrycia. Ozeki to buddyjska kapłanka, która w swojej powieści mówi zarówno o dojrzewaniu,  cyberprzemocy jak i katastrofie naturalnej, czy filozofii zen.
„The Testament of Mary”, Colm Tóibín - najkrótsza z nominowanych książek, powieść irlandzkiego autora opowiada historię Marii, matki Jezusa, która wiele lat po śmierci syna wciąż próbuje dojść do ładu z tragicznymi wydarzeniami sprzed lat i opowiedzieć prawdę o tym, co się wtedy stało.

Wydaje się, że w tym roku nie ma wśród nominowanych autorów pewnego zwycięzcy. Wydawcy chwalą „przyjemną różnorodność” nominowanych pozycji, a bukmacherzy obstawiają na razie Catton i Crace'a, ale niewielka różnica dzieli ich od innych nazwisk. Jak już na początku wspomniałam, większość z tych książek znam jedynie „z widzenia”, słyszałam o kilku autorach i autorkach, ale najbardziej intryguje mnie NoViolet Bulawayo i jej debiut. Mam nadzieję, że trafią na tę notkę osoby, które znają pozostałe powieści i coś mi na ich temat jeszcze powiedzą...
Crace with Quarantine (1997) and Tóibín with The Blackwater Lightship (1999) and The Master (2004).  - See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/longlist-2013-announced#sthash.o8KhDzT7.dpuf

We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf
We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf
We Need New Names by NoViolet Bulawayo (Chatto & Windus)
The Harvest by Jim Crace (Picador)
The Lowland by Jhumpa Lahiri (Bloomsbury)
- See more at: http://www.themanbookerprize.com/news/man-booker-shortlist-2013#sthash.TetGGhhD.dpuf

niedziela, 8 września 2013

Stąd do macierzyństwa (Mel Giedroyc, "From Here To Maternity")

Zatrważająco szybko lato odchodzi w zapomnienie – poranki stają się coraz chłodniejsze, do łask wracają koce i ciepłe, rozgrzewające napoje, a zamiast pikników w parku bardzie pociągające wydaje się czytanie przy lampie. I mam nadzieję, że wraz ze zmianą pogody coś wreszcie we mnie drgnie i na nowo zacznę czytać książki w ilościach do których przywykłam i ja i wy, mili czytelnicy bloga (jeśli jeszcze mi się jacyś ostaliście, po tej blogowej posusze)... Kończę ostatnią książkę Eddingsa i zabieram się za czytelniczy remanent. Od ostatniego wpisu nie przeczytałam wiele, ale o kilku książkach „przedkryzysowych” chciałabym wspomnieć, bo ich lektura sprawiła mi wiele przyjemności.
Na pierwszy ogień idzie więc połknięta w jedno popołudnie zabawna książka Mel Giedroyc pod tytułem „From Here To Maternity” („Stąd do macierzyństwa”) - ożywczo zabawna i prawdziwa opowieść o dziewięciu miesiącach zmian przez które przechodzi kobieta po trzydziestce, która do tej pory była odpowiedzialna co najwyżej za świnkę morską, a która dowiaduje się niespodziewanie, że spodziewa się dziecka. 

Mel Giedroyc, połówka popularnego w wielkiej Brytanii komediowego duo Mel & Sue, napisała „From Here To Maternity” jako pamiętnik oparty o własne doświadczenia, i właśnie dlatego jest to taka ciepła, prawdziwa i śmieszna książka. Od razu uprzedzę, że nie jest to żaden poradnik, a raczej luźne zapiski przemyśleń, zabawnych i kłopotliwych sytuacji, które mogą stać się udziałem każdej ciężarnej kobiety... Nie jest to też opowieść o szczęśliwych szczupłych mamusiach ze zgrabnym brzuszkiem, beztrosko sączącym bezkofeinowe napoje i pomykającym rączo na lekcje jogi czy pilates dla ciężarnych. To raczej pozycja dla tych kobiet, które wymiotują na poboczu autostrady, namiętnie zażerają się serem, czy przemawiają do swojego nienarodzonego dziecka przez plastikową nasadkę do prysznica.

Okazuje się, że to, jak odczuwa się książki, zależy w dużym stopniu od okoliczności, w jakich się je czyta. Kilka miesięcy temu odebrałabym „From Here...” zupełnie inaczej niż dzisiaj. A teraz? Cóż. Polecam książkę przyszłym mamom, które potrzebują oderwania od poradników i rad niezawodnych sąsiadek, a także kobietom, które spodziewają się pierwszego dziecka i chcą się upewnić, że to, co się z nim dzieje, jest zupełnie naturalne... Nikt bowiem nie zrozumie rozterek i problemów Mel lepiej niż kobieta w ciąży, która będzie co chwila kiwać głową, chichotać pod nosem, czy ocierać nieco załzawione oczy. Droga od normalnego życia do macierzyństwa jest być może pełna wybojów, ale jest to jedyne w swoim rodzaju przeżycie, które miło jest dzielić z innymi przyszłymi mamami...